Kategoria: CIEKAWOSTKI MEDYCZNE

„Męska grypa” istnieje naprawdę

Mamy coraz więcej dowodów naukowych na to, że mężczyźni rzeczywiście znacznie gorzej niż kobiety przechodzą przeziębienie czy klasyczną grypę.

Większość kobiet miała okazję oglądać zjawisko „męskiej grypy” w naturze. Nie chcemy tego wytykać naszym ukochanym panom, ale wyglądają wtedy jak kupka nieszczęścia. Katar, załzawione oczy, ogólna niemoc. Wystarczy temperatura 37,5 stopni Celsjusza by nasz mężczyzna znajdował się niemal na granicy życia i śmierci.  Słownik Oksfordzki podaje następującą definicję „męskiej grypy”: „Przeziębienie albo podobne pomniejsze dolegliwości doświadczane przez mężczyznę, który wyolbrzymia objawy tej choroby.”

Ale czy rzeczywiście panowie wyolbrzymiają objawy infekcji? Kwestią „męskiej grypy” postanowił zająć się na poważnie kanadyjski lekarz Kyle Sue z Memorial University of Newfoundland. Zebrane przez siebie dane opublikował świątecznym numerze „British Medical Journal” (BMJ). Wynika z nich, że takie zjawisko rzeczywiście może istnieć, a jego przyczyny tkwią w biologii.

Wiele wskazuje na to, że mężczyźni „umierają” z powodu zwykłego przeziębienia przede wszystkim dlatego, że ich system odpornościowy działa nieco inaczej niż kobiecy. Winne są temu hormony płciowe. Przemawiają za tym badania prowadzone zarówno na myszach, jak i z udziałem ludzi. Wiele analiz dowodzi na przykład, że u samic gryzoni reakcja immunologiczna na rozmaitego rodzaju infekcje jest znacznie ostrzejsza niż w przypadku samców. Hormonem, który działa ochronnie w tym przypadku jest m.in. estradiol. Potwierdzają to testy na pobranych z nosa ludzkich komórkach nabłonka zainfekowanych wirusem grypy. Kiedy te komórki wystawiono m.in na działanie żeńskiego hormonu estradiolu miano wirusa (stopień skażenia) spadał w przypadku tkanek pobranych od kobiet, ale nie mężczyzn.

Testosteron osłabia 

Podobne wyniki dało inne opisane w „British Medical Journal” badanie. Komórki pobrane od 63 zdrowych ludzi, pogrupowano według płci i wieku, po czym zakażono je rinowirusami (wirusami przeziębienia). Komórki pobrane od kobiet przed menopauzą wykazywały silną odpowiedź obronną. Zjawiska tego nie obserwowano w przypadku pań po menopauzie oraz mężczyzn, co wskazuje na kluczową rolę żeńskich hormonów płciowych w stymulowaniu tego procesu. (Po menopauzie poziom tych hormonów w ciele kobiet drastycznie spada).

Z kolei badania nad skutecznością szczepionek przeciwko grypie wykazują, że kobiety znacznie lepiej na nie reagują. Zauważono również, że mężczyźni z wysokim poziomem testosteronu słabiej reagują na te szczepionki, co sugeruje, że hormon ten pełni rolę immunosupresanta, czyli substancji osłabiającej odpowiedź obronną organizmu.

Nic dziwnego, że w wydanym w 2010 roku komunikacie Światowa Organizacja Zdrowia przestrzega, iż „płeć powinna być brana pod uwagę, gdy mamy oceniać ekspozycję na wirusa grypy oraz skutki infekcji”. Dane epidemiologiczne zebrane w sezonach grypowych w latach 2004-2010 w Hong Kongu dowodzą, że dorośli mężczyźni częściej niż kobiety są przyjmowani do szpitala z powodu grypy. Z kolei dane zebrane w latach 1997 – 2007 w Stanach Zjednoczonych ujawniły, że mężczyźni częściej umierają z powodu grypy niż kobiety w tym samym wieku i to to nawet wtedy, jeśli weźmie się pod uwagę również inne czynniki ryzyka, takie jak choroby serca, czy nowotwory, które mogą być dodatkowym obciążeniem.

Ewolucyjnie przystosowani do walki, ale nie z infekcją

Skąd się jednak się bierze ta zwiększona męska podatność na infekcje? Dlaczego wystarczy zwykły katar i stan podgorączkowy by położyć naszego mężczyznę do łóżka?  Kyle Sue na łamach „British Medical Journal” sugeruje, że podłoże tego zjawiska może tkwić w biologii ewolucyjnej. Przypomina, że dla naszych przodków żyjących na afrykańskiej sawannie najważniejsze było zdobycie partnerki oraz jej zapłodnienie. Rywalizacja o kobiety była wówczas na tyle obciążająca, że istniało większe prawdopodobieństwo śmierci z powodu urazu niż infekcji. Stąd liczyła się siła, wielkość i wytrzymałość, a nie sprawnie działający system odpornościowy.

W tym świetle „męska grypa”, która ścinała mężczyznę z nóg, mogła być kluczowa dla jego przetrwania jako jednostki, gdyż prowadziła do „oszczędzania energii i redukowała ryzyko spotkania drapieżnika”. Dziś lwy już naszym panom nie zagrażają, lecz redukcja wydatków energetycznych wciąż jest dla nich ważna, kiedy mają katar.

W świetle przedstawionych dowodów „męska grypa” może być faktem, a nie tylko ciekawym zjawiskiem kulturowym. Wiele wskazuje bowiem na to, mężczyźni naprawdę mają słabszy system odpornościowy, częściej chorują i umierają z powodu infekcji. Może więc rzeczywiście należy im współczuć, kiedy czują się nieco gorzej?

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Czy zawodnik sumo, choć gruby, może być zdrowy?

To FAKT. Wyróżniane są dwa główne typy otyłości pokarmowej: otyłość z prawidłowym profilem metabolicznym, w której ktoś ma prawidłowe wyniki badań oraz otyłość z wysokim poziomem zaburzeń metabolicznych.

Osoby z typem otyłości „zdrowej” mają prawidłowy profil metaboliczny, czyli mają w normie poziom cholesterolu, cukru i ciśnienie tętnicze, choć są otyłe. Klasycznym tego przykładem są japońscy zapaśnicy sumo, którzy ważą nawet 200 kg, ale wyniki badań mają prawidłowe. Okazało się, że osoby ze „zdrową otyłością” mają inne rozłożenie tkanki tłuszczowej w organizmie. Przypomnijmy, że gromadzi się ona m.in. pod skórą (tzw. podskórna) lub też wokół narządów w jamie brzusznej, takich jak: żołądek, wątroba, jelita czy trzustka (tzw. trzewna).

– Gdy obejrzy się w tomografii komputerowej przekrój ciała zawodników sumo, widać, że tłuszcz podskórny na obwodzie jest bardzo duży i przerośnięty, natomiast tłuszcz trzewny minimalny – podkreśla prof. Andrzej Milewicz, endokrynolog. – Odwrotnie niż w otyłości brzusznej, czyli tej „niezdrowej”, w której tłuszcz trzewny przerasta i powoduje wypchnięcie mięśni brzusznych, przez co panowie wyglądają, jakby połknęli piłkę, natomiast tłuszcz podskórny jest znacznie mniejszy.

Gdy w Japonii zbadano jak gromadzi się tkanka tłuszczowa u profesjonalnych, japońskich zapaśników sumo, okazało się, że wszyscy mieli bardzo wysokokaloryczną dietę. Jedli 5000 do 7000 kalorii dziennie, ale jednocześnie bardzo ciężko ćwiczyli. Mimo, że wszyscy – zgodnie z przyjętymi standardami – uważani są za osoby otyłe – poziom glukozy, trójglicerydów i cholesterolu mieli prawidłowy. Badania tomografii komputerowej wykazały, że mają oni znaczący udział masy mięśniowej. Zdaniem badaczy, właśnie muskulatura i regularne ćwiczenia fizyczne mogą ich chronić przed gromadzeniem się tkanki tłuszczowej trzewnej, która powoduje, że jesteśmy bardziej narażeni na cukrzycę typu 2 czy choroby układu krążenia.

U zawodników sumo, gdy przestają intensywnie ćwiczyć, otyłość często zmienia się w formę niezdrową – podkreśla prof. Milewicz.

U osób ze „zdrową otyłością” nie odkłada się patologicznie tłuszcz w mięśniach i wątrobie. Ale doniesienia opublikowane w Journal of Clinical Endocrinology and Metabolism wykazały, że procent stłuszczenia wątroby u takich osób jest wysoki, a więc mają wyższe ryzyko rozwoju cukrzycy w porównaniu do osób z właściwą masą ciała.

Istotną cechą „zdrowej” otyłości jest też fakt, że często zaczyna się ona już w dzieciństwie, czyli przed 20 rokiem życia. Wykazano zależność między czasem ujawnienia i trwania otyłości, a wrażliwością tkanek na insulinę. Podkreśla się, że w organizmie występują mechanizmy adaptacyjne, które nie dopuszczają m.in. do wystąpienia insulinooporności w dzieciństwie.

Większość polskich i zagranicznych ekspertów ds. zdrowia publicznego zgodnie ocenia jednak, że dla zachowania optymalnego zdrowia najlepsze jest utrzymywanie prawidłowej masy ciała. Z jednej strony chodzi więc o to, aby nie mieć niedowagi, a z drugiej, by nie mieć otyłości.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Kiedy NIE karmić piersią

Mleko matki jest bez wątpliwości najzdrowszym pokarmem noworodka i niemowlęcia. Są sytuacje, kiedy jednak karmić nie można.

Jest to warunkowane stanem zdrowia matki oraz dziecka.

Niektóre choroby matki wykluczające lub ograniczające możliwość karmienia piersią:

  • Uzależnienie od narkotyków,
  • Zakażenie wirusem HIV,
  • Przyjmowanie niewskazanych dla dziecka leków w chorobach przewlekłych,
  • Nieleczona gruźlica,
  • Ciężka choroba psychiczna,
  • Choroba nowotworowa w fazie leczenia cytostatykami – warto konsultować się w tym przypadku z lekarzem, ponieważ w niektórych sytuacjach możliwe jest karmienie pomiędzy kursami chemioterapii,
  • Cytomegalia, ale wtedy, gdy dziecko jest wcześniakiem. Natomiast jeśli dziecko pochodzi z ciąży donoszonej, nie ma przeciwskazań do karmienia piersią,
  • Zmiany skórne o charakterze zakaźnym na obu brodawkach sutkowych do czasu ich wyleczenia (jeśli choroba dotyczy jednej brodawki, należy karmić jedną, niezakażoną piersią, jeśli obie – mleko ściągać i wylewać, ale wrócić do karmienia po wyleczeniu stanu zakaźnego).

Niektóre choroby dziecka wykluczające lub ograniczające karmienie go piersią:

  • Galaktozemia. Niemowlęta, które chorują na tę chorobę, powinny być karmione pokarmem niezawierającym galaktozy;
  • Wrodzona nietolerancja laktozy u dziecka (bardzo rzadkie schorzenie),
  • Fenyloketonuria – zaleca się karmienie piersią do momentu uzyskania ostatecznej i pewnej diagnozy. Jeśli zostanie ona potwierdzona, wskazana jest dieta mieszana: pokarm matki i mleko zastępcze, jednak proporcje obu pokarmów ustala lekarz z poradni leczącej fenyloketonurię

– Obecnie jest mało przeciwskazań do karmienia piersią. Na szczęście skończyły się czasy, kiedy wiele chorób eliminowało taką możliwość. Nie warto z tego pochopnie rezygnować, bo korzyści z karmienia piersią są nieocenione  – mówi pediatra i alergolog dr Jolanta Pietrzak ze Szpitala Specjalistycznego nr 2 w Bytomiu.

Źródło www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Używanie nawigacji ogłupia

Używanie nawigacji satelitarnej może wyłączać te partie mózgu, które w normalnych warunkach odpowiadają za wymyślanie alternatywnych tras dotarcia do celu.  

Wynalazek nawigacji satelitarnej niewątpliwie pomaga w przebijaniu się przez nieznane miasto lub dotarciu do celu na nieznanym terenie. Zdarza się jednak, że zbyt ufne przestrzeganie zaleceń słodkiego głosu z urządzenia GPS kończy się wydłużeniem drogi dojazdu, a czasami dotarciem wręcz daleko od celu, jeśli na przykład urządzenie ma w pamięci dwie miejscowości o tej samej nazwie.

Wynalazek nawigacji satelitarnej jest wciąż stosunkowo nowy (system GPS osiągnął pełną operacyjność w 1995 roku, w 2004 wystrzelono na orbitę 50. satelitę GPS) i wciąż nie wiadomo, w jaki sposób wpłynie na rozwój społeczeństwa i zdolności poznawcze człowieka. Nic dziwnego, że naukowcy starają się poznać wpływ nowego urządzenia na człowieka, a zwłaszcza jego funkcje poznawcze.

Uczeni z University College London (UCL) postanowili sprawdzić, w jaki sposób działa mózg osoby używającej nawigacji satelitarnej. W ich eksperymencie wzięły udział 24 osoby, które w ramach symulacji komputerowej „jeździły” po centralnym Londynie: raz z nawigacją, a raz bez. Naukowcy stworzyli elektroniczną mapę miasta, w której odwzorowano wszystkie, najmniejsze nawet zaułki. W trakcie tej „przejażdżki” badacze rejestrowali za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego pracę mózgu badanych, a ściślej rzecz ujmując – ich hipokampu, który odpowiada za pamięć i wyobraźnię przestrzenną, oraz kory przedczołowej związanej z planowaniem i podejmowaniem decyzji.

Kiedy ochotnicy nawigowali po mieście bez elektronicznego wspomagania, w obydwu tych rejonach mózgu naukowcy odnotowali wzmożoną aktywność, w momencie, gdy badani „skręcali” w nową ulicę. Aktywność ta była tym większa, im więcej było możliwości wyboru. Tego zjawiska nie dało się natomiast zaobserwować, kiedy uczestnicy używali nawigacji.

– Wjazd na skrzyżowanie, gdzie zbiega się siedem ulic, doprowadziłby do wzmożonej aktywności w hipokampie, podczas gdy ślepa uliczka spowodowałaby spadek tej aktywności. Jeśli masz kłopoty podczas nawigowania w mnogości ulic w mieście, twój hipokamp i kora przedczołowa są wystawiane na duże wyzwania – komentuje dr Hugo Spiers z Wydziału Psychologii Eksperymentalnej UCL.

Wyniki badań jego zespołu pasują do założeń, według których w hipokampie rozpatrywane są wszystkie możliwości potencjalnych działań, podczas gdy kora przedczołowa pomaga zaplanować drogę, która doprowadzi nas do celu.

– Kiedy mamy urządzenie mówiące nam, jak jechać, te części mózgu po prostu nie reagują na sieć ulic. W tym sensie mózg wyłącza swoje zainteresowanie tym, co się dzieje dookoła – dodaje dr Spiers. Mówiąc inaczej, nawigacja sprawia, że nasz mózg przestaje zajmować się tym, co istotne za oknem.

Utrata zainteresowania otoczeniem podczas używania nawigacji może tłumaczyć wszystkie anegdotyczne sytuacje związane z wykorzystywaniem tego urządzenia.

Poprzednie badania naukowców z University College London wykazały, że hipokamp londyńskich taksówkarzy rozrasta się, kiedy zapamiętują dokładnie plan centrum miasta. Te najnowsze sugerują, iż kierowcy, którzy podążają za wskazówkami nawigacji i nie angażują swojego hipokampu w myślenie, w ogóle nie uczą się rozkładu miasta.

Badanie było przeprowadzone na małej grupie uczestników, dlatego potrzebne są jednak dalsze studia nad wpływem urządzeń satelitarnych na pracę mózgu człowieka.

Anna Piotrowska (www.zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Cukier napędza raka

Chcesz właśnie posłodzić herbatę? Przeczytaj najpierw ten artykuł. Może zrezygnujesz ze słodzenia w ogóle? Belgijscy naukowcy ustalili, że cukier budzi komórki nowotworowe w organizmie.

I napędza błędne koło rozwoju raka. To odkrycie może się przyczynić do stworzenia specjalnych diet dla osób z chorobą nowotworową.

W trakcie trwającego dziewięć lat projektu, rozpoczętego w 2008 roku pod kierunkiem Johana Theveleina, Wima Vereesa i Veerle Janssensa, badacze skupili się na obserwacji i próbie zrozumienia zjawiska, które polega na tym, że komórki rakowe przerabiają znacznie więcej cukru na mleczan niż komórki zdrowe. Ponieważ jest to jedna ze znaczących cech komórek rakowych, proces jest intensywnie badany i używany do wykrywania m.in. guzów mózgu. Nie było jednak wiadomo, czy jest to przyczyna nowotworów, czy też może ich skutek.

Swoje badania Belgowie przeprowadzili na drożdżach, które w tym przypadku stanowiły idealny organizm modelowy. Ich komórki zawierają białka „RAS”, powszechnie spotykane w ludzkich komórkach nowotworowych. Badacze obserwowali aktywność tych białek i wyjątkowo aktywny metabolizm cukru w drożdżach.

– Zauważyliśmy, że u drożdży rozpad cukru jest powiązany za pośrednictwem półproduktu o nazwie fruktozo-1,6-bisfosforan z aktywacją białek RAS. Białka te stymulują namnażanie się zarówno komórek drożdży, jak i raka. Jest uderzające, że ten mechanizm przetrwał w trakcie długiej drogi ewolucji od drożdży do człowieka – mówi prof. Johan Thevelein z Katholieke Universiteit Leuven i Vlaams Instituut voor Biotechnologie.

Czemu cukier jest niezdrowy?

Naukowcy zauważyli więc, że cukier budzi i stymuluje rozwój komórek nowotworowych.

– Nasze badania ujawniły, w jaki sposób nadmierna konsumpcja cukru przez komórki nowotworowe prowadzi do błędnego koła nieprzerwanej symulacji rozwoju i wzrostu raka – dodaje prof. Thevelein.

Powiązanie między cukrem a rakiem ma daleko idące konsekwencje, nie tylko jeśli chodzi o profilaktykę. Być może stanie się podstawą do opracowania specjalnych diet dla pacjentów z chorobą nowotworową. Oczywiście, odkrycia dokonane na drożdżach wymagają dalszych badań na organizmach wyższego rzędu.

Cukier krzepi – brzmiał slogan reklamowy. Z fałszywym przekazem, bo cukier szkodzi.  Belgijskie badanie jest kolejnym, które stawia pod znakiem zapytania sensowność jedzenia cukru w ogóle. O ile węglowodany są w naszej diecie konieczne, to białe czy brązowe kryształy z cukierniczki – z pewnością nie, a na eliminacji cukru można wyłącznie skorzystać.

Kolejna wskazówka płynie z belgijskiego odkrycia dla osób, które zmagają się z nowotworem. Nie stracą na znacznym ograniczeniu lub całkowitej rezygnacji z cukru (nie mylić z węglowodanami!) już teraz, zanim zostaną przeprowadzone kolejne badania wpływu cukru na komórki nowotworowe. Rezygnacja z cukru wiąże się – także dla nich – wyłącznie z korzyściami zdrowotnymi. Może się okazać, że akurat w tej grupie – z większymi.

O pracach Belgów doniosło „Nature Communication”.

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Czarna herbata pomaga schudnąć

Nie tylko zielona, ale i czarna herbata pomaga walczyć z otyłością. Zawarte w nich polifenole działają na dwa różne sposoby, lecz efekt jest podobny.

Czarna, biała, czerwona i zielona, plus różnego rodzaju mieszanki aromatyzowane. Herbata świetnie rozgrzewa, przydaje się w chłodne dni. Przez wiele lat uważano, że to tylko używka, a więc nie posiada wartości odżywczych. To nieprawda. Z wielu badań wynika, że herbata to produkt wręcz prozdrowotny.

W ostatnich latach na celowniku naukowców znalazły się przede wszystkim zawarte w herbacie polifenole – substancje z grupy przeciwutleniaczy.

Do tej pory uważano, że najwięcej i najbardziej aktywnych tego typu składników zawiera herbata zielona, stąd pojawiły się sugestie, że ma ona najlepszy wpływ na ludzkie zdrowie. Było między innymi wiadomo, że obniża ona masę ciała. Jak wynika z artykułu dr Reginy Wierzejskiej z Instytutu Żywności i Żywienia w Warszawie zamieszczonego na łamach „Przeglądu Epidemiologicznego”, za zjawisko to odpowiada kofeina i galusan epigalokatechiny, które redukują wchłanianie tłuszczu, zwiększają wydatek energetyczny organizmu oraz spalanie tkanki tłuszczowej.

Nowe badania amerykańskich naukowców z University of California w Los Angeles, dowodzą jednak, że „odchudzające” działanie ma nie tylko herbata zielona, ale i czarna. A na dodatek rezultaty utraty wagi w obydwu przypadkach są podobne, choć mechanizmy działania zawartych w nich polifenoli inne.

Herbata czarna odchudza – przynajmniej myszy

W przeprowadzonym przez zespół dr Susanne Henning eksperymencie wykorzystano cztery grupy myszy. Każda z tych grup była na innej diecie:

  • z niską zawartością tłuszczu i wysoką – cukru;
  • z wysoką zawartością tłuszczu i wysoką – cukru (imitującej dietę mieszkańców Zachodu);
  • z wysoką zawartością tłuszczu i wysoką – cukru, z dodatkiem ekstraktu z zielonej herbaty;
  • z wysoką zawartością tłuszczu i wysoką – cukru, z dodatkiem ekstraktu z czarnej herbaty.

Po czterech tygodniach waga myszy, które dostawały ekstrakt z zielonej lub czarnej herbaty wyniosła tyle samo, co waga myszy na diecie niskotłuszczowej.

Co kryją jelita?

Następnie badacze pobrali próbki z wnętrzności gryzoni (by ocenić zawartość bakterii) i próbki wątroby (by ocenić ilość tłuszczu). W przypadku myszy spożywających ekstrakt zarówno z zielonej, jak i czarnej herbaty, w jelitach było mniej bakterii Firmicutes, a więcej Bacteroides. Te pierwsze są powiązane z występowaniem otyłości, a te drugie – ze szczupłym, pozbawionym tłuszczu ciałem.

Wcześniejsze badania dowiodły, iż zawarte w zielonej herbacie polifenole są absorbowane w jelitach i zmieniają metabolizm energetyczny w wątrobie. A co dzieje się z czarną herbatą?

Zespół dr Henning ustalił, że cząsteczki polifenoli zawartych w czarnej herbacie są za duże, by zostać wchłonięte bezpośrednio. Stymulują jednak rozwój bakterii zwanych Pseudobutyrivibrio. Jednym z produktów przemiany tych drobnoustrojów są krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe – głównie kwas propionowy, o którym wiadomo, że zmienia metabolizm energetyczny w wątrobie (m.in. hamuje syntezę cholesterolu).

– Było wiadomo, że polifenole zawarte w zielonej herbacie są bardziej efektywne i dostarczają więcej korzyści zdrowotnych niż polifenole z czarnej, ponieważ są wchłaniane do krwi i tkanek. Nasze nowe odkrycia sugerują, że czarna herbata poprzez wyjątkowy mechanizm związany z mikroflorą jelitową, może również mieć swój udział w spadku wagi i zachowaniu zdrowia przez ludzi – mówi dr Henning.

Według niej obydwa rodzaje herbaty są prebiotykami, a więc substancjami, które powodują rozwój dobroczynnych mikroorganizmów przyczyniających się do lepszego samopoczucia.

– Dla miłośników czarnej herbaty może to być dodatkowy powód, by ją pić – dodaje dr Henning.

Warto tu jednak pamiętać, że zawartość polifenoli w liściach herbacianych jest naturalnie zróżnicowana i zależy od wielu czynników, m.in.:

  • nasłonecznienia upraw,
  • wilgotności powietrza i gleby,
  • wieku zrywanych liści.

Młode listki zawierają więcej polifenoli niż starsze. Jednak poza naturalną zawartością tych substancji w herbacie, wpływ na ich ilość w naparze, ma sposób jego przygotowania. Najwięcej polifenoli mają herbaty zaparzane przez 10 minut. Są one jednak gorzkie, właśnie dlatego, że gorzkie są owe przeciwutleniacze.

Innymi produktami spożywczymi zawierającymi te same substancje są: gorzka czekolada, czerwone winogrona i wino oraz jabłka.

Ograniczenia badania

Herbata jest zdrowa. Niemniej jednak trzeba pamiętać, że opisane powyżej badania przeprowadzono na myszach, które choć podobne do nas, ludźmi jednak nie są. Ostrożność jest też wskazana z tego względu, że nie wiadomo, jak stosowane u zwierząt dawki ekstraktu herbaty przekładać na filiżanki naparu.

Oprócz picia herbaty lepiej więc zachować zdrową dietę, ruszać się i dobrze spać. Wtedy z prawidłową wagą z pewnością nie będzie problemu.

Anna Piotrowska (www.zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Pocenie się – po co nam to?

Każdy z nas wie, że pocenie się to naturalny, związany z naszą fizjologią mechanizm, który pozwala nam utrzymać prawidłową temperaturę ciała. Nie ma zatem nic w tym złego, jeśli nasze ciało pokryją krople potu na przykład po wzmożonej aktywności fizycznej, czy też w czasie upalnych dni. Dlaczego, więc wiele osób uważa, że mokre plamy pod pachami, czy też zroszone potem czoło to coś wstydliwego?  Utarte normy społeczne, kultura, w której żyjemy wyrobiły w nas pogląd, że pot to rzecz nieestetyczna, niepożądana, z którą trzeba za wszelką cenę walczyć. I oczywiście należy zgodzić się z tym, że zachowanie podstawowych zasad higieny to rzecz nadrzędna. Jednak nie możemy popadać w skrajność i tym samym wcale nie dopuszczać do sytuacji, kiedy to nasze ciało zaczyna wytwarzać pot. Pamiętajmy o tym, że świeży pot u zdrowego człowieka nie ma woni, przez co nie powinien być postrzegany jako coś krępującego, wprawiającego w zakłopotanie. Nieprzyjemny zapach pojawia się dopiero później, kiedy to do akcji wkraczają naturalnie bytujące na naszej skórze bakterie, dla których pot staje się pożywką.

Dlaczego pocenie się jest nam tak potrzebne?

Podczas pocenia w naturalny sposób organizm ochładza się, emitując ciepło niezbędne do wyparowania z powierzchni skóry kropelek potu. W ten sposób ewolucja zabezpieczyła nas przed niekontrolowanym przegrzewaniem się ciała. Co ciekawe nie każde ssaki obdarzone są taką umiejętnością – tylko nieliczne potrafią tak oto ochładzać organizm ( np. koń, wielbłąd, hipopotam). Dowiedziono również, że pot pozwala zachować odpowiednie pH skóry, działając przy tym bakteriobójczo i przeciwgrzybiczo, przez co chroni nas przed infekcjami. Ponadto wraz z potem może zostać wydzielonych wiele zbędnych, czasem wręcz szkodliwych dla organizmu związków. Należy pamiętać, że pot to nie tylko woda i sól (98%), ale również tłuszcze, sole mineralne, czy też inne produkty przemiany materii, takie jak kwas mlekowy, mocznik, amoniak.

Pot jest wytwarzany przez gruczoły potowe, które dzieli się na gruczoły ekrynowe i apokrynowe. Pierwsze z nich, czyli ekrynowe zlokalizowane są na całym ciele z tym, że najwięcej jest ich pod pachami, na czole oraz na podeszwach stóp i dłoni. Zazwyczaj kiedy pocimy się aktywują się właśnie te gruczoły – produkujące pot bezwonny, składający się w głównej mierze z wody i soli. Do produkcji potu z gruczołów ekrynowych dochodzi najczęściej pod wpływem wzmożonego wysiłku, z powodu zbyt wysokiej temperatury otoczenia lub gorączki spowodowanej infekcją. To jak pracują one zależne jest również od stanu emocjonalnego danej osoby, stąd możemy obserwować np. pocenie pod wpływem stresu.

Drugim rodzajem gruczołów potowych są gruczoły apokrynowe. Są one umiejscowione pod pachami, w okolicach narządów płciowych, brodawek sutkowych, w okolicach mostka. Zlokalizowane są w towarzystwie włosów i gruczołów łojowych, a produkowany przez nie pot jest bardziej gęsty niż pot ekrynowy, zawiera więcej białka i tłuszczy przez co w sprzyjających do tego warunkach staje się doskonałą pożywką dla bakterii. Co ważne wydzielanie tego rodzaju potu rozpoczyna się dopiero w fazie dojrzewania płciowego, głownie pod wpływem hormonów płciowych, czy emocji.

Jaka jest norma?

Człowiek dziennie może wypocić od 0,5 do 1 litra potu i jest to jak najbardziej naturalna reakcja organizmu. Uciążliwość pojawia się jednak wtedy, gdy ta wartość wzrasta – możemy mówić wówczas o tzw. problemie nadpotliwości (Hyperhidrosis). Z badań wynika, że prawie 3% społeczeństwa boryka się z nadmiernym wydzielaniem potu. Osoby te mogą produkować nawet o pięć razy więcej potu niż przyjęto za normę. Stan taki może utrudniać wykonywanie codziennych czynności, być przyczyną obniżonej samooceny oraz ograniczać kontakty międzyludzkie. Nadmierne pocenie może występować samoistnie lub być jednym z objawów toczącej się w organizmie choroby. Szczególną uwagę powinno zwrócić nagłe, niewystępujące wcześniej obfite pocenie się. Należy wtedy koniecznie skonsultować się z lekarzem, bo może być to sygnał, że mamy kłopoty ze zdrowiem. Do chorób, w przebiegu których jednym z objawów jest nadmierne wydzielanie potu zalicza się m.in. choroby wirusowe i bakteryjne z towarzyszącą gorączką, nadczynność tarczycy, cukrzycę, nowotwory układu chłonnego (białaczka, chłoniak), gruźlicę, raka trzustki, chorobę Parkinsona. Nadmierne pocenie może być również skutkiem zażywania niektórych leków.

Leczenie nadpotliwości

To jak będziemy leczyć nadpotliwość zależy od przyczyny wystąpienia tego stanu i natężenia problemu. W przypadku schorzeń ogólnoustrojowych leczy się chorobę podstawową. Jeśli jednak pocenie występuje na skutek zbyt dużej liczby samych gruczołów potowych i nieprawidłowo działającego systemu produkowania i wydzielania potu, wtedy z pomocą przychodzą liczne preparaty i metody hamujące ten mechanizm. Na rynku kosmetycznym i farmaceutycznym mamy do wyboru liczne preparaty ograniczające wydzielanie potu (dezodoranty, antyperspiranty, preparaty hamujące wydzielanie potu od wewnątrz od wewnątrz). W cięższych przypadkach stosuje się również toksynę botulinową (botoks). Jej działanie polega na odwracalnym porażeniu zakończeń nerwowych, docierających do gruczołów potowych, co przez jakiś czas powstrzymuje nadmierne wydzielanie potu.

 

Redakcja pacjentinfo.pl

Artykuł powstał na podstawie informacji ogólnodostępnych. Nie zastępuje konsultacji lekarskich i nie jest poradnikiem samodzielnego leczenia.

Skala Apgar, czyli za co noworodek dostaje punkty

Pierwsze oceny dziecko dostaje już w pierwszej minucie jego życia – mowa o skali Apgar. Jeśli noworodek otrzyma 8-10 punktów, jego stan uważa się za dobry.

Ocenę stanu noworodka tuż po urodzeniu wprowadziła w 1952 r. Virginia Apgar, opracowując skalę punktacji wydolności układów i narządów (potocznie mówi się punktacja według skali Apgar). To podstawowe narzędzie w ocenie ogólnego stanu noworodka bezpośrednio po urodzeniu.

Ocena według skali Apgar opiera się na sprawdzeniu pięciu głównych parametrów świadczących o kondycji noworodka. Są nimi:

  • oddychanie,
  • czynność serca,
  • zabarwienie skóry,
  • napięcie mięśni
  • odruchy fizjologiczne.

Każdy parametr jest oceniany w skali od 0 do 2 punktów. Łączna suma punktów określa kondycję noworodka.

Taka ocena obejmuje:

  • czynność serca (jeśli jej nie ma – 0 pkt, poniżej 100 uderzeń na minutę – 1 pkt, powyżej 100/min – 2 pkt). Czynność serca powinna być liczona co najmniej przez 30 sekund;
  • czynność oddechową (nieobecna– 0 pkt, zwolniona lub nieregularna – 1 pkt, aktywne ruchy – 2 pkt);
  • napięcie mięśniowe (wiotkie – 0 pkt, obecne – 1 pkt, aktywne ruchy – 2 pkt). W razie niedotlenienia napięcie mięśniowe ulega osłabieniu aż do całkowitego zwiotczenia.
  • reakcja na wprowadzenie cewnika do nosa, w ten sposób sprawdza się odruchy (brak – 0 pkt, grymas – 1 pkt, kichanie – 2 pkt)
  • zabarwienie skóry (blada – 0 pkt, sinica obwodowa – 1 pkt, różowa – 2 pkt). Często zaraz po urodzeniu występuje sinica obwodowa, co powoduje, że większość noworodków otrzymuje tylko 1 punkt za kolor skóry, stąd tylko 15 proc. wszystkich noworodków w 1. minucie życia uzyskuje 10 punktów Apgar.

Obowiązkiem osoby zajmującej się noworodkiem na sali porodowej jest zważenie go i dokonanie pomiaru długości ciemieniowo-siedzeniowej, obwodów: głowy, klatki piersiowej i brzucha. Wszystkie wyniki są odnotowywane w dokumentacji medycznej.

Infografika PAP/Serwis Zdrowie

Ocena wykonywana jest dwa razy lub cztery

Ocenę noworodka lekarz wykonuje:

  • dwukrotnie: w pierwszej i piątej minucie życia – u noworodków urodzonych w stanie dobrym (które otrzymały 8–10 pkt Apgar)
  • czterokrotnie: w pierwszej, trzeciej, piątej i dziesiątej minucie życia – u noworodków urodzonych w stanie średnim (4–7 pkt Apgar) i ciężkim (0–3 pkt Apgar).

Stan noworodka oceniamy jest:

  • jako dobry, jeżeli punktacja w skali Apgar wynosi 8-10 punktów
  • średni, gdy wynosi ona 4-7 punktów
  • zły przy punktacji poniżej 4 punktów.

U noworodków, którym przypisano w 5. minucie co najmniej 5 punktów w skali Apgar zaleca się, jeśli to możliwe, przeprowadzenia badań gazometrycznych w próbce krwi pobranej z tętnicy pępowinowej z zamkniętego zaciskami odcinka pępowiny. Znaczenie może też mieć badanie histologiczne łożyska.

Niska punktacja w skali to nie jest dobra wiadomość, ale – co istotne – także te dzieci, odpowiednio leczone i rehabilitowane mają duże szanse na prawidłowy rozwój.

Według prof. Ewy Helwich, konsultanta krajowego ds. neonatologii, „skala Apgar nie jest odpowiednia do oceny noworodków bardzo niedojrzałych, dlatego podejmowane są próby opracowania innych skal oceny, takich jak „skala CRIB”.

– Zmniejszona punktacja w skali Apgar u noworodków skrajnie niedojrzałych nie musi świadczyć o złym stanie klinicznym po urodzeniu, ani tym bardziej o niedotlenieniu, a taki jest główny cel badania w skali Apgar. U tych noworodków, bardziej niż u innych, potrzebne są dodatkowe badania z krwi pępowinowej – podkreśla prof. Helwich.

Noworodki niedojrzałe to te, które urodziły się przedwcześnie.

Agnieszka Pochrzęst-Motyczyńska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

 

Ile spać, by się wyspać?

Śpisz mniej niż siedem-osiem godzin dziennie? To za mało! Ciągłe niedosypianie zaburza działanie pamięci i jest przyczyną otyłości oraz chorób serca. Trzeba też spać we właściwej porze – inaczej zmęczenia się nie pozbędziemy!

Badania ogólnoeuropejskie dowodzą, że przeciętny Europejczyk śpi około siedmiu godzin, zaś Amerykanin o pół godziny krócej. To mniej więcej półtorej godziny mniej niż nasi dziadkowie – wynika z ustaleń przedstawionych na kongresie Europejskiej Akademii Neurologii.

– Oznacza to, że cierpimy na chroniczny brak snu. Ów niedobór zmniejsza nasze zdolności poznawcze i ma negatywny wpływ na zdrowie fizyczne. Niestety, ta istotna kwestia jest wciąż zbyt często niedoceniana w sektorze opieki zdrowotnej – mówi prof. Pierre Maquet, szef Wydziału Neurologii na Uniwersytecie w Liege.

Niedosypianie upośledza przetwarzanie informacji w mózgu. Chodzi o to, że nowe dane mogą być przyjmowane, ale nie są zapisywane na stałe w pamięci długotrwałej.

Badania dr. Jacka Mellora z Centre for Synaptic Plasticity uniwersytetu w Bristolu dowodzą, że nocna praca mózgu polega na niezwykle szybkim „odtwarzaniu” doświadczeń nabytych w ciągu dnia i segregowaniu ich według ważności. W trakcie snu, to, co istotne, jest zapamiętywane, a reszta ulega zapomnieniu. Ważne dane są zapisywane na naszym „twardym dysku”.

Soma i psyche

To, co już wiadomo na temat wpływu braku snu na zdrowie fizyczne, także nie powinno napawać optymizmem „nocnych Marków”.

– Wciąż nie znamy wszystkich długoterminowych konsekwencji, ale wiemy, że zbyt mało snu sprzyja otyłości i jest czynnikiem ryzyka w przypadku chorób sercowo-naczyniowych – mówi prof. Maquet.

Brak snu zwiększa apetyt i wpływa na zmianę nawyków żywieniowych. Pożądanie niezdrowego jedzenia pełnego cukru oraz tłuszczu sprawia, że BMI takiej osoby szybuje w górę. A u otyłych ludzi pojawia się bezdech senny i nie są się w stanie porządnie wyspać w nocy. Ta sytuacja zwiększa ryzyko wystąpienia u nich chorób serca.

Ponadto badania prof. Hansa Romijna przeprowadzone z zespołem Centrum Medycznego uniwersytetu w Lejdzie dowiodły, że niedospanie zaburza procesy metaboliczne. Wystarczy jedna noc z zaledwie czterema godzinami snu, by wrażliwość danego człowieka na insulinę zmniejszyła się o 25 proc.

– Ten efekt dotyczy zarówno pacjentów z cukrzycą typu 1, jak i osób zupełnie zdrowych – mówi prof. Romijn. Mechanizm stojący za tym zjawiskiem nie został na razie zidentyfikowany, ale niewątpliwie jest ono niebezpieczne.

Dla cukrzyków oznacza bowiem, że mimo zastrzyków z insuliny wciąż utrzymuje się u nich podwyższony poziom cukru we krwi.

– Potrzebuję oni ekstra dawki insuliny po posiłkach, tylko po jednej nocy bez odpowiedniej dawki snu. Stałe niedosypianie nikomu nie jest zalecane, ale szczególnie ta grupa powinna uważać – mówi prof. Romijn.

Szczególną uwagę na wysypianie się powinny zwracać uwagę osoby chorujące na padaczkę. U nich nieprzespana noc zwiększa ryzyko ataku padaczkowego.

Ponadto chroniczny brak snu osłabia działanie układu odpornościowego i zwiększa podatność na infekcje. Długotrwale konsekwencje mogą być nawet bardziej niepokojące.

– Są badania dowodzące, że u pracowników zmianowych notuje się zwiększone ryzyko raka, ale będziemy potrzebować więcej danych by uzyskać wiarygodny dowód tej konkluzji – mówi prof. Maquet.

Z badań samego prof. Maqueta wynika, że niebezpieczne nie jest tylko niedosypanie, lecz wszelkie zaburzenia rytmu dobowego. W ramach prowadzonego przez niego eksperymentu młodzi i całkowicie zdrowi ochotnicy pozostawali aktywni przez 42 godziny. W tym czasie mieli wykonać rozmaite zadania wymagające skupienia. W ich trakcie badacze rejestrowali aktywność mózgu ochotników przy pomocy funkcjonalnego rezonansu magnetycznego. Wyniki eksperymentu kompletnie zaskoczyły badaczy: okazało się, że każdy z regionów kory mózgu ma swój własny, odmienny od reszty zegar biologiczny i każdy sam w sobie reaguje na brak snu.

– Sugeruje to, że przetwarzanie informacji jest optymalne tylko wtedy, gdy śpimy o właściwej porze – podsumowuje prof. Maquet.

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Grafika źródło: www.pixabay.com

Dlaczego podaje się witaminę K zaraz po urodzeniu?

W wielu krajach podawanie witaminy K noworodkom jest standardem. To zapobiega śmiertelnie groźnym krwotokom, które mogą się zdarzyć właśnie u noworodków z uwagi na niedobór witaminy K w ich organizmie.

W Polsce żywa jest teraz sprawa rodziców przedwcześnie urodzonej w szpitalu w Białogardzie dziewczynki. Nie godzili się oni m.in. na podanie jej witaminy K.

– Podawanie witaminy K noworodkom to potrzebna i bezpieczna procedura. Witaminę K otrzymało i otrzymuje miliony noworodków na całym świecie – podkreśla konsultant krajowy w dziedzinie pediatrii prof. Teresa Jackowska.

Funkcje witaminy K

Witamina K odgrywa kluczową rolę w hemostazie, czyli mechanizmie, dzięki któremu krew nie wylewa się z naszych naczyń krwionośnych. Jej niedobór prowadzi do zaburzeń krzepnięcia, a w konsekwencji – do krwotoków.

Dlaczego właśnie noworodkom podaje się witaminę K?

Badania wskazują, że dzieci rodzą się z niedoborem tego składnika. Magazynem witaminy K u dorosłych jest wątroba. Jeśli jednak porównamy zasób witaminy K w wątrobie u dorosłych i u noworodków, okaże się, że w tej ostatniej witaminy K jest zaledwie 1/5 prawidłowych wartości.

Mało tego: deficyt witaminy K w pierwszych dobach życia tylko się powiększa. Dlaczego?

Otóż ustaje transport witaminy K do dziecka w łonie matki, a pokarm kobiecy zawiera jej minimalne ilości. To dlatego dzieci karmione mieszankami zastępczymi mogą mieć nawet 100-krotnie wyższy poziom witaminy K niż dzieci karmione mlekiem matki.

Co więcej, układ pokarmowy, w którym witamina może być w pewnej ilości wyprodukowana, u noworodka nie ma jeszcze odpowiedniej flory bakteryjnej potrzebnej do jej syntezy.

„Dzieci karmione piersią mają niedobór witaminy K do czasu wprowadzenia regularnych dodatkowych posiłków pomiędzy 4. a 6. miesiącem życia. Wówczas w procesie endogennej syntezy dochodzi do wytwarzania witaminy K przez niektóre szczepy bakteryjne zasiedlające jelito grube” – czytamy w artykule poglądowym „Profilaktyka krwawienia z niedoboru witaminy K” opublikowanym w Pediatrii Polskiej.

Przed czym chroni dzieci podanie witaminy K?

Podanie witaminy K w pierwszej dobie życia dziecka (w ciągu pierwszych sześciu godzin po urodzeniu) chroni przed groźnymi krwawieniami. Tego rodzaju schorzenie zostało nazwane chorobą krwotoczną noworodków albo krwawieniem z niedoboru witaminy K (stosowany skrót to VKDB – od angielskiego: Vitamin K Deficiency Bleeding) i po raz pierwszy opisano je w literaturze ponad 100 lat temu.

W 1940 roku duński biochemik Henrik Dam opisał związek między chorobą krwotoczną noworodków a niedoborem witaminy K. Około 50 lat temu wykazano, na próbie 33 tysięcy noworodków, że podanie witaminy K zmniejsza częstość występowania choroby krwotocznej. O tamtej pory setki tysięcy dzieci otrzymały witaminę zaraz po urodzeniu.

To dlatego, że kolejne kraje zaczęły stosować profilaktyczne podawanie witaminy K noworodkom. W Polsce zalecenia ekspertów co do tego rodzaju profilaktyki obowiązują od 10 lat.

Dlaczego zastrzyk?

Zaleca się podawanie noworodkom witaminy K w zastrzyku, ponieważ jest skuteczny.

Przypomnijmy: jednym z powodów pogłębienia się niedoboru witaminy K u noworodków jest fakt, że nie mają jej skąd czerpać (znikome ilości w pokarmie matki, niezdolność układu pokarmowego noworodka do syntezy tej witaminy).

Okazało się, że po podaniu doustnym witaminy K nowo narodzonemu dziecku niedobór zniknie, ale pojawi się znowu podczas pierwszego miesiąca życia, jeśli nie będzie kontynuacji suplementacji tej witaminy (np. gdy rodzice zapominają podać witaminę lub zmniejszają dawkę, dziecko wymiotuje i nie otrzymuje witaminy ponownie czy ma kłopoty z wchłanianiem).

Tymczasem podanie witaminy w zastrzyku nie tylko daje pewność, że bezpieczna i skuteczna dawka zostanie dziecku dostarczona, ale chroni też przed drastycznym niedoborem przez sześć kolejnych tygodni.

Co więcej, w badaniu z 1992 roku wykazano, że noworodki, które otrzymały zastrzyk po urodzeniu, miały wyższą zawartość witaminy K po trzech miesiącach życia niż te, którym podano ją w kroplach doustnie.

Co to jest choroba krwotoczna noworodków?

Krwawienie z niedoboru witaminy K u noworodków występuje w trzech postaciach:

  • wczesnej – ma miejsce w pierwszej dobie życia, a ryzyko wystąpienia zwiększa przyjmowanie przez matkę w czasie ciąży niektórych leków lub choroba matki (np. jeśli choruje na chorobę Leśniowskiego i Crohna);
  • klasycznej – ma miejsce między drugą a siódmą dobą życia dziecka. Czynniki ryzyka to: leki stosowane przez matkę w czasie ciąży, wcześniactwo, poród zabiegowy, zamartwica, hipotrofia, późne rozpoczęcie karmienia piersią, zespół aspiracji smółki;
  • późna – dochodzi do niej między drugim tygodniem a szóstym miesiącem życia dziecka u dzieci zdrowych karmionych piersią lub u dzieci z chorobami wątroby, przewodów żółciowych i cierpiących na mukowiscydozę.

Niezależnie od postaci, krwawienie z niedoboru witaminy K jest zagrożeniem dla zdrowia i życia dziecka i odznacza się wysoką śmiertelnością. Krwawienia mogą się objawiać jako krwotoki w mózgu lub do narządów wewnętrznych (płuc, przewodu pokarmowego, dróg moczowych), a także skóry i pępka.

Czy podawanie witaminy K noworodkom okazało się skuteczne?

Od czasu wprowadzenia tej procedury w Polsce całkowicie została wyeliminowana klasyczna postać VDKB, a zmniejszyła się liczba postaci późnych. Wciąż jednak dochodzi do krwawień u noworodków w postaci późnej (najczęściej są to bardzo groźne krwotoki śródczaszkowe). Przy czym zaobserwowano je często u dzieci, których rodzice albo odmówili podania witaminy K ich dziecku, albo podanie witaminy K było doustne i niepełne.

Czy są przeciwskazania do podania witaminy K?

Dotyczą wyłącznie formy podania. Nie podaje się witaminy K w zastrzyku dzieciom z hemofilią (ale mogą, a nawet powinny, ją przyjąć doustnie).

Justyna Wojteczek (www.zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Poszanowanie godności i intymności w polskich szpitalach

Kolejny raport NIK pokazuje, że sytuacja pacjentów w polskich szpitalach jest trudna w wielu obszarach. Zdaniem Najwyższej …

Nadciśnienie zabija po cichu

Kilka milionów osób w Polsce nie wie, że ma nadciśnienie tętnicze. To cichy zabójca – objawów tej choroby można …

Nie należy pić wody podczas posiłku?

To MIT! Zarówno wodę, jak i inne napoje, można pić w czasie posiłków. Wbrew powszechnej opinii popijanie jedzenia nie …