Miesiąc: Grudzień 2018

Przygotuj się na sezon narciarski

Uprawiasz inny sport niż narciarstwo i stąd myślisz, że będziesz mniej narażony na kontuzję podczas szusowania? Błąd! Poznaj fakty i mity o urazach ze stoków i co zrobić, by ich uniknąć.

Z roku na rok wzrasta popularność sportów zimowych. Ocenia się, że obecnie jest na świecie około 200 milionów narciarzy i 70 milionów snowboardzistów. Nic więc dziwnego, że wzrosła liczba urazów spowodowanych uprawianiem tych zimowych dyscyplin sportu, ale – jak mówi dr Urszula Zdanowicz z Carolina Medical Center – i tak jest ich mniej, niż powszechnie się sądzi.

Lekarka wskazuje, że bezpieczeństwo jazdy poprawiło się dzięki lepszemu przygotowaniu i oznakowaniu szlaków narciarskich, a przede wszystkich dzięki wprowadzeniu nowoczesnych butów narciarskich i samowypinających się wiązań.

Również jazdę na nartach carwingowych trochę łatwiej teraz kontrolować (zwłaszcza dla początkującym narciarzom), rzadziej dochodzi do upadków i tym samym mniejsza jest liczba urazów.

Ciekawostka: ocenia się, że średnio dochodzi o 2-4 urazów na 1000 dni jazdy na nartach.

Ekspertka zaznacza, że ponieważ jednak od kilku lat na stokach jednocześnie pojawiają się narciarze zjazdowi i snowboardziści, doprowadza to do większej liczby kolizji przy dużej prędkości. Zwiększyła się więc liczba poważnych urazów, ze złamaniami wieloodłamowymi.

Jazda na nartach: specyficzne urazy

Najczęściej narciarze narażeni są na urazy stawu kolanowego. Ryzyko to wyraźnie zwiększa się u osób powyżej 26. roku życia. Zdaniem ortopedów i fizjoterapeutów najprawdopodobniej wiąże się to ze zmniejszającą się ogólną aktywnością sportową i rozpoczęciem w tym wieku intensywnej pracy zawodowej.

Osoby takie z trudem znajdują czas na wyjazd narciarski, nie są do niego wystarczająco kondycyjnie i siłowo przygotowane, a jednocześnie starają się maksymalnie wykorzystać czas na zjeżdżanie. Niewiele osób przeprowadza rozgrzewkę, nie chcąc „tracić” na nią czasu.

Również stawiający pierwsze kroki narciarskie mają czterokrotnie większą szansę na kontuzję, niż ich doświadczeni koledzy. Często brakuje im wyobraźni, próbują zjeżdżać ze zbyt trudnych dla stoków.

Wbrew powszechnej opinii uprawianie innego sportu nie zmniejsza ryzyka urazu na nartach. Wręcz przeciwnie – okazuje się bowiem, że osoby wysportowane jeżdżą na nartach bardziej ryzykownie i z większa prędkością, co sprzyja urazom.

Dr Zdanowicz podkreśla, że szczególnie uważać powinni narciarze, którzy już wcześniej doznali urazu więzadła krzyżowego przedniego i nie byli leczeni. Informuje, że aż 6-krotnie zwiększa się u nich ryzyko ponownego urazu, dodatkowo aż 39 proc. tych urazów będzie na tyle poważnych, że wymagać będzie leczenia chirurgicznego.

Na nartach najczęściej dochodzi do urazów:

  • kolana,
  • więzadła krzyżowego przedniego,
  • łąkotki.

Na snowboardzie najczęściej dochodzi do urazów:

  • przedramienia
  • okolic nadgarstka
  • głowy i szyi.

Specjaliści przestrzegają: jeśli masz nadwagę, warto przed sezonem zgubić 2-3 kg, bo każdy kilogram nadwagi działa na niekorzyść układu ruchowego i krążeniowego. Jeśli prowadzisz siedzący tryb życia, a nagle w czasie ferii zaczniesz spędzać pięć godzin na stoku, wówczas bardzo obciążasz stawy, co nie może skończyć się dla nich dobrze.

Od kiedy przygotowania do sezonu narciarskiego?

Warto pamiętać, że podczas jazdy na nartach mięśnie pracują inaczej niż podczas codziennej aktywności, dlatego poprzez ćwiczenia trzeba je przyzwyczajać do tego innego wysiłku. Idealnie byłoby zacząć przygotowania na trzy miesiące przed wyjazdem, ale nawet kilka tygodni ćwiczeń może wiele zmienić.

Trzy podstawowe elementy każdego treningu:

  1. Wydolność fizyczna – wysoki poziom wydolności fizycznej, pozwoli nam bezpiecznie poruszać się na stoku przez wiele godzin czerpiąc przy tym radość i przyjemność z jazdy. Jeżeli chcesz zjeżdżać na nartach i nie łapać zadyszki za każdym razem, przygotuj odpowiednio swój układ sercowo-naczyniowy i oddechowy do tego rodzaju wysiłku. Regularny trening aerobowy o umiarkowanej intensywności to pierwszy krok, jaki powinieneś wykonać.
  2. Siła i wytrzymałość mięśni – drugi bardzo ważny element przygotowania do sezonu narciarskiego to wzmocnienie naszych mięśni. Dotyczy to zarówno mięśni kończyn dolnych, ale również mięśni stabilizujących miednicę, mięśni głębokich CORE stanowiących pewnego rodzaju trzon naszego ciała, mięśni brzucha, pleców i ramion. W tym wypadku idealnie sprawdzi się trening siłowy z obciążeniem zewnętrznym (dla początkujących z ciężarem własnego ciała), w pełnych wzorcach ruchowych.
  3. Koordynacja ruchowa – jest to kolejny bardzo ważny element, który wpływa na bezpieczeństwo jazdy na stoku narciarskim. Zdolność do połączenia umiejętności technicznych z czuciem własnego ciała i przenoszenia środka ciężkości wpływa na płynność jazdy, ekonomiczność i swobodę ruchów. Ćwiczenie koordynacji ruchowej jest również ważne w kontekście umiejętności szybkiego reagowania na sytuacje znajdujące się na stoku np. wyminięcie przeszkody, która pojawiła się w trakcie zjazdu (oblodzenie) lub innego narciarza, który zajechał nam drogę lub przewrócił się tuż przed naszymi nogami.

Jak trenować przed nartami? 

  • Częstotliwość: 2-3 razy w tygodniu
  • Długość trwania jednego treningu: około 1-1,5 h.

Najlepszym miejscem będzie dobrze wyposażona siłownia.

Lekarka zaznacza, że można też ćwiczyć samemu w domu – trening dwa razy dziennie po 20-40 min. pomogą zmniejszyć ryzyko urazu.

Przykładowy schemat treningowy przed sezonem narciarskim:

  1. Rozgrzewka – 5-10 min spokojnego wysiłku tlenowego, który podniesie temperaturę ciała i przygotuje organizm do dalszej pracy.
  2. Po rozgrzewce warto jest wykonać kilka ćwiczeń mobilizacyjnych, które aktywnie rozciągną nasze mięśnie i poprawią zakresy ruchomości. Tutaj w szczególności warto jest zwrócić uwagę na staw kolanowy, miednicę, odcinek piersiowy i lędźwiowy kręgosłupa oraz obręcz barkową.
  3. W dalszej części treningu wykonujemy ćwiczenia o charakterze funkcjonalnym – aktywacja mięśni pośladkowych, grupy kulszowo-goleniowej, mięśni CORE.
  4. Główną część treningu powinny stanowić ćwiczenia siłowe w pełnych wzorcach ruchowych, takich jak: przysiad, martwy ciąg, wykroki, wyciskanie na barki itp. Ćwiczenia i obciążenie powinny być dobierane indywidualnie i dostosowane do aktualnych możliwości osoby trenującej.
  5. W końcowej części treningu jako ćwiczenia uzupełniające warto jest włączyć ćwiczenia koordynacyjne oraz ćwiczenia na niestabilnym podłożu, które poprawiają propriocepcję (czucie własnego ciała) a także balans i kontrolę własnego środka ciężkości.
  6. Na zakończenie treningu jako ostatni element zaleca się wykonanie wysiłku aerobowego o umiarkowanej intensywności.

Taka sesja powinna trwać 20-30 min. Jeżeli dysponujemy większą ilością czasu, w tygodniu, trening tlenowy możemy wykonać jako osobną jednostkę treningową i przeplatać na przemian z treningiem na siłowni. Może to być basen, bieganie, jogging.

Uwaga! Dr Zdanowicz przestrzega przed często popełnianymi błędami: wiele osób ćwicząc bez wsparcia specjalisty skupia się na mięśniach ud, a pomija miednicę. Niesłusznie! Stabilizacja miednicy jest kluczowa w trakcie jazdy. Ona zapewnia nam równowagę i czucie naszego ciała. Poza tym miednica i mięśnie pośladkowe średnie i małe odpowiadają za stabilizację kolana. A przecież to kontuzje kolana należą do najczęstszych wśród narciarzy.

Czym grozi szusowanie bez przygotowania?

Przede wszystkim zagrożeniem bezpieczeństwa zarówno nieprzygotowanego narciarza, jak i innych. Jeśli masz słabą kondycję i nagle w połowie zjazdu złapiesz zadyszkę i zatrzymasz się, wówczas stwarzasz niebezpieczeństwo dla innych użytkowników. Jeżeli Twoje mięśnie nie są odpowiednio przygotowane, a trafisz na oblodzony odcinek trasy, wtedy nie będziesz w stanie kontrolować jazdy. Może dojść do upadku, skręcenia kolana, urazu nadgarstka czy wybicia barku.

Rozgrzewka na stoku

Jest niezwykle ważna. Choć wystarczy, by trwała zaledwie 5-10 minut i tak wiele osób bagatelizuje jej znaczenie. Dr Zdanowska przestrzega, że pomijając rozgrzewkę narażamy się na różne problemy zdrowotne: naciągnięcia, kontuzje, upadki. Jeżeli nie podniesiemy naszej temperatury ciała, to serce i płuca nie są gotowe do wysiłku. W najlepszym wypadku może to skończyć się zadyszką. Lekarka tłumaczy, że bez rozgrzewki mięśnie nie są aktywowane, a zatem nie są gotowe na tego typu wysiłek, jak zjazd na nartach. Jeżeli zaczniemy dynamicznie zjeżdżać, robić mocne skręty, wówczas istnieje ryzyko, że stracimy kontrolę. Warto też „poćwiczyć upadki” – przewróćmy się kilka razy na jedną i drugą stronę pozwoli to nam psychicznie przygotować się na upadek podczas jazdy.

Jak zrobić rozgrzewkę przed zjazdem na nartach

  • Rozgrzewka powinna być wykonywana w butach narciarskich.
  • Zrób stretching dynamiczny polegający na wypadach bocznych, przysiadach.
  • Poruszaj górną częścią tułowia.
  • Wykonaj też ćwiczenia na jednej nodze, dzięki którym popracujesz nad równowagą. Chodzi o to, by pobudzić mięśnie – pewność, że do tego doszło możesz mieć, gdy poczujesz lekką zadyszkę.

Po rozgrzewce jesteśmy już gotowi na zjeżdżanie. Na pierwszy zjazd (niezależnie od naszego poziomu) warto wybrać łagodny stok – narciarstwo to nie jest sport uprawiany regularnie w ciągu roku. Dajmy więc szansę swoim mięśniom na przygotowanie do innego wysiłku niż na co dzień. Na czarne trasy przyjdzie jeszcze czas.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Dożylne wlewy z witaminy C mogą być bardzo groźne

Doktor Agnieszka Gruszfeld  Centrum Onkologii w Warszawie ostrzega, że w ciągu ostatnich kilku lat 3 pacjentki zmarły w placówce w wyniku ostrej niewydolności nerek. To były chore, które stosowały witaminę C w dożylnych wlewach.

Specjalistka  w rozmowie z portalem gazeta.pl informuje, że w przeszłości testowano podawanie witaminy C dożylnie, w różnych dawkach i częstotliwościach, ale żaden z tych schematów nie udowodnił ani wpływu na przeżycia chorych na nowotwory, ani tym bardziej nie wykazano, by ktokolwiek został z raka wyleczony. doktor Gruszfeld dobitnie wskazuje, że „twierdzenie, że ta witamina potrafi wyleczyć nowotwór, jest absolutnym kłamstwem“.

„Myślę, że ludzie, którzy stosują witaminę C dożylnie u chorych na raka, wierzą zapewne w jej skuteczność. Być może chcą pomóc ludziom, którzy cierpią na chorobę nowotworową. Aczkolwiek mogę się mylić i są to oszuści, którzy po prostu liczą na zarobienie pieniędzy w łatwy, miły, przyjemny sposób. Nie chciałabym jednak tego insynuować” – czytamy w rozmowie.

Specjalistka zaznacza, że fakt, iż lekarze nie zalecają takiej terapii, nie wynika z braku wiedzy czy z ignorancji, ale z potrzeby nienarażania pacjenta na nieskuteczne leczenie i ponoszenie niepotrzebnych kosztów.

Ekspertka wylicza, że ogólny koszt, który ponosi pacjent w wyniku stosowania tego rodzaju alternatywnego leczenia, jest podobny do ceny terapii biologicznej, tyle że chory „nie dostaje za to nic”.

Jednocześnie przestrzega, że dożylne wlewy z witaminy C mogą być bardzo groźne, szczególnie dla pacjentów, którzy zmagają się z zaburzeniami pracy nerek. „Mieliśmy w ciągu ostatnich kilku lat co najmniej cztery zgony pacjentów, co do których mam podejrzenia, że mogły wynikać ze stosowania terapii alternatywnych. Trzy pacjentki zmarły w wyniku ostrej niewydolności nerek. To były chore, które stosowały witaminę C w dożylnych wlewach” – czytamy.

Źródło” www.rynekaptek.pl za gazeta.pl

Fot. www.pixabay.com

Ministerstwo Zdrowia uspokaja w sprawie refundacji leków

Ministerstwo Zdrowia informuje, że nie ma podstawy do obaw, aby jakiekolwiek terapie niezbędne dla pacjentów miały zostać usunięte z listy refundacyjnej. W Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad nową listą leków refundowanych, która będzie obowiązywać od 1 stycznia 2019 roku.

W ramach tych prac ponownego wydania decyzji refundacyjnych wymaga około 2,5 tysiąca wniosków dotyczących leków, którym upływa trzyletni okres obowiązywania dotychczasowych decyzji. Do chwili obecnej MZ nie otrzymało wniosków kontynuacyjnych dla ok. 150 leków refundowanych w ramach listy aptecznej. Niemal wszystkie z tych leków mają swoje refundowane odpowiedniki. Sytuacja, w której nie został złożony wniosek o kontynuowanie refundacji na lek, który nie ma na rynku swojego odpowiednika, dotyczy zaledwie kilku grup limitowych i 5 substancji,  takich jak acyklowir stosowany do oczu, kwas klodronowy, kwas folinowy, chlorchinaldol oraz elektrolity do podawania doustnego. Ministerstwo Zdrowia jest w stałym kontakcie ze specjalistami klinicznymi i razem z konsultantami krajowymi analizuje konsekwencje ewentualnej utraty refundacji przez te leki, w tym możliwości alternatywnych, refundowanych terapii.

W odniesieniu do pozostałych leków producenci złożyli odpowiednie wnioski, które zostały poddane analizom Komisji Ekonomicznej i negocjacjom urzędowej ceny leku. W około 350 przypadków Komisja Ekonomiczna nie zaakceptowała dotychczasowych propozycji cen. Trwają dalsze prace nad tymi wnioskami, zmierzające do wynegocjowania cen jak najkorzystniejszych dla pacjentów i płatnika publicznego. W zdecydowanej większości przypadków dotyczy to leków generycznych, dla których na rynku są dostępne – i będą dostępne po 1 stycznia 2019 roku – inne, refundowane odpowiedniki.

Jednocześnie MZ przypomina , że usunięcie leku z listy leków refundowanych nie oznacza, że stanie się on niedostępny dla chorych – dalej powinien być dostępny do nabycia w aptece, ale z odpłatnością 100%.

Źródło: www.mz.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Wirus przenoszony drogą płciową powoduje raka głowy i szyi

Wirus brodawczaka ludzkiego (HPV) zwykle kojarzy się z rakiem szyjki macicy. Słusznie, ale HPV może być również przyczyną raka narządów głowy i szyi. Jest też przyczyną powstawania innych nie tak groźnych chorób. Warto wiedzieć, jak minimalizować ryzyko.

Udział HPV w procesie powstawania płaskonabłonkowego raka narządów głowy i szyi odkryto w połowie lat 90. Teraz odkrycie to nie budzi już wątpliwości, bo zostało potwierdzone w licznych  badaniach.

Najczęściej rak, do którego przyczynił się wirus HPV, rozwija się w ustnej części gardła (zwłaszcza na migdałkach podniebiennych); znacznie rzadziej w krtani.

HPV to także przyczyna brodawek wirusowych, które mogą pojawić się w dowolnym miejscu na skórze. Z kolei w miejscach intymnych doprowadza do rozwoju kłykcin kończystych (brodawek wirusowych umiejscowionych na narządach płciowych).

Jak często występuje HPV

Szacuje się, że każda seksualnie aktywna osoba będzie przynajmniej raz w życiu zainfekowana HPV.  Większość osób przechodzi takie zakażenie bez żadnych objawów i samoistnie je zwalcza.

Kto najczęściej choruje na raka szyi i głowy

Jeszcze do niedawna na raka gardła i jamy ustnej chorowali przede wszystkim mężczyźni w wieku powyżej 50 lat, palacze, często jednocześnie nadużywający alkoholu. Wciąż stanowią największą grupę z takimi diagnozami, ale od kilkunastu lat pojawia się rosnąca nowa grupa chorych: osoby między 30. a 40. rokiem życia, w dobrej kondycji ogólnej, niepalące i umiarkowanie korzystające z mocnych trunków. W ich przypadku bezpośrednim winowajcą jest najczęściej wirus brodawczaka ludzkiego przenoszony drogą płciową.

– W ostatnich latach odnotowuje się obniżenie liczby zachorowań na tytoniozależne raki narządów głowy i szyi, co ma związek ze spadkiem liczby osób palących papierosy. Jednocześnie rośnie odsetek raków powodowanych przez wirusa brodawczaka ludzkiego, szczególnie wśród młodych ludzi. Przyczyn tego stanu rzeczy upatruje się w zmianie zachowań społecznych i obyczajów seksualnych – mówi prof. dr hab. n. med. Andrzej Kawecki, onkolog kliniczny, zastępca dyrektora ds. klinicznych Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

Jak chronić się przed HPV

Do zakażenia HPV dochodzi najczęściej podczas stosunku seksualnego bez odpowiedniego zabezpieczenia. Dlatego najlepszą metodą zapobiegania zakażeniom HPV drogą płciową jest wierność jednemu partnerowi seksualnemu i stosowanie prezerwatyw. Warto jednak wiedzieć, że prezerwatywa może zmniejszać ryzyko zakażenia (ok. 75 proc), ale nie chroni w stu procentach przed kontaktem z wirusem. Nie ma zatem stuprocentowej gwarancji, zwłaszcza wtedy, gdy partnerzy  mają za sobą doświadczenia seksualne – już wcześniej mogło dojść do zakażenia jednego z nich.

Osoby z brodawkami wirusowymi powinny się powstrzymać od stosunków płciowych!

Eksperci polecają szczepienia ochronne, dające dobre efekty przed zakażeniami onkogennymi szczepami wirusa HPV (nie każdy szczep HPV doprowadza do rozwoju raka). Dzięki temu minimalizujemy ryzyko rozwoju nowotworu.

Szczepienie przeciwko onkogennemu HPV nie oznacza, że zaszczepiona kobieta może zrezygnować z regularnych badań cytologicznych!

– Wartość szczepień przeciwko HPV jest jednoznacznie udowodniona w zapobieganiu rakowi szyjki macicy. Nabycie odporności na zakażenie dotyczy całego organizmu, tak więc efekt profilaktyczny dotyczy również HPV-zależnych raków narządów głowy. Szczepienia są bezpieczne, a ich upowszechnienie przełoży się na ograniczenie ryzyka związanego z tym onkogennym wirusem – mówi prof. Andrzej Kawecki.

Wirusem HPV, powodującym brodawki na skórze, można się zakazić na przykład na basenie. W związku z tym konieczne jest przestrzeganie odpowiednich zasad higieny w takim miejscu, zaś w przypadku jakichkolwiek zmian skórnych – udanie się na konsultację lekarską. Podjęte leczenie skraca czas infekcji i pozwala zarażonej osobie podjąć środki zapobiegawcze wobec bliskich, w związku z czym są mniej narażeni na chorobę.

Monika Wysocka, Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Sen w pomieszczeniu ze światłem = choroby

Już jedna noc przespana w jasnym pokoju może pogorszyć metabolizm, a chroniczne wystawienie na światło przed i podczas snu zwiększa ryzyko wielu chorób. Sprawdź, ile szkody wyrządzają ekrany i diody w sypialni.

Naukowcy z Northwestern University donieśli niedawno o niepokojącej obserwacji. Badacze zauważyli, że już jednorazowe odstępstwo od nocnej ciemności wywołuje zauważalne zmiany w organizmie. „Wstępne wyniki pokazują, że wystawienie na działanie światła już w czasie jednej nocy gwałtownie zmienia oporność na insulinę. Pokazano już, że ekspozycja na światło podczas snu zaburza ten sen, ale zdobyte przez nas dane pokazują, że może też zmieniać metabolizm” – przestrzega autorka badania dr Ivy Cheung Mason.

Do swoich wniosków dr Mason doszła po przeprowadzeniu eksperymentu, w którym część ochotników w wieku 18-40 lat przez jedną noc spała w oświetlonym pokoju. Tymczasem oporność na insulinę to  groźny stan, który może prowadzić do rozwoju cukrzycy typu 2. Jak to możliwe, żeby z pozoru niewinne światło nocą powodowało poważne problemy?

– Żyjemy na planecie, na której ze względu na obrót względem Słońca regularnie jesteśmy poddawani cyklom światła i ciemności. Działały one już na tzw. pierwotną zupę, z której wyłoniło się życie – wyjaśnia dr hab. Jolanta Orzeł-Gryglewska z Katedry Fizjologii Zwierząt i Człowieka Uniwersytetu Gdańskiego. – Dlatego u człowieka oraz u innych organizmów wykształciły się różnego typu przystosowania genetyczne, metaboliczne, fizjologiczne i behawioralne do tego cyklu – podkreśla ekspertka.

Nie powinno więc dziwić, że naukowcy donoszą o różnych zagrożeniach związanych z niewłaściwym korzystaniem ze światła.

Nowotwory, otyłość, cukrzyca, depresja

Obszerne badanie przeprowadzone przez specjalistów z Harvard T.H. Chan School of Public Health wskazało na przykład na związek między natężeniem światła nocą w zamieszkiwanej okolicy a ryzykiem raka piersi. Projekt uwzględniał informacje na temat 110 tys. kobiet uczestniczących w latach 1988-2013 w projekcie Nurses’ Health Study II, w tym satelitarne dane na temat poziomu oświetlenia w miejscu zamieszkania każdej z uczestniczek oraz informacje o trybie ich pracy zawodowej.

Wyniki pokazały większe ryzyko zachorowań u pań przed menopauzą, które palą papierosy lub paliły w przeszłości. Najwyższy poziom oświetlenia oznaczał 14 proc. większe ryzyko nowotworu w porównaniu do najsłabszego niewłaściwego wystawienia na światło. Zaobserwowana relacja była przy tym silniejsza w przypadku kobiet pracujących na nocną zmianę.

Zdaniem badaczy sugeruje to, że do powstania choroby przyczynia się rozregulowanie zegara biologicznego.

– W ciemnej fazie doby w organizmie wydzielana jest melatonina. Hormon ten oprócz ułatwiania zaśnięcia silnie unieczynnia rakotwórcze wolne rodniki. Szczególnie zapobiega nowotworom związanym z hormonami płciowymi czyli rakom sutka czy prostaty. W perspektywie wielu lat może to mieć znaczenie dla ryzyka pojawienia się choroby – mówi dr Orzeł-Gryglewska.

Wpływ sztucznego światła na zdrowie jest dopiero poznawany, ale rośnie liczba dowodów na związek jego działania w niewłaściwym czasie także z np. otyłością, cukrzycą czy depresją.

– Oprócz zakłócenia działania samej melatoniny zaburzeniu może ulec sen. Natomiast niewyspane, zmęczone osoby częściej sięgają po wysokokaloryczne pokarmy i przekąski. To może prowadzić np. do otyłości – dodaje specjalistka.

Problem kolejnych pokoleń?

Niestety, istnieje możliwość, że grzechy rodziców mogą w tym wypadku przechodzić także na dzieci. Naukowcy z Ohio State University twierdzą bowiem, że szkody wywołane niewłaściwym działaniem światła w postaci epigenetycznych zmian (modyfikacji aktywności genów) przekazywane są na następne pokolenie. Takie wnioski badacze wyciągnęli obserwując chomiki.

Wybrane zwierzęta obu płci były poddawane działaniu słabego światła nocą. Kiedy chomiki się rozmnożyły, okazało się, że potomstwo rodziców z zakłóconym rytmem dobowego oświetlenia miało osłabiony układ odpornościowy i zaburzoną gospodarkę hormonalną. Co więcej, zmiany te pochodziły zarówno od ojców jak i matek, przy czym niektóre zaburzenia dotyczyły tylko potomstwa płci męskiej, a inne – żeńskiej. Co istotne, nienaturalne światło działało na dorosłe chomiki zanim doszło do zapłodnienia.

Uwaga na ekrany i diody!

Naukowcy coraz lepiej rozumieją reakcje ludzkiego organizmu na światło. Badania wskazują na przykład, że wydzielanie melatoniny najbardziej blokuje światło niebieskie. To mechanizm potrzebny za dnia, bo dzięki niemu czujemy się bardziej pobudzeni.

Tymczasem spore ilości światła z niebieskiego zakresu produkują diody pracujące w ekranach laptopów, tabletów, telefonów, czytników e-książek i innych elektronicznych gadżetów. Jak pokazał zespół z Brigham and Women’s Hospital, skutecznie utrudniają one zaśnięcie.

W badaniu tym ochotnicy przed snem czytali książki na tablecie lub w tradycyjnej wydrukowanej wersji. Co się okazało? Osoby korzystające z tabletów potrzebowały dłuższego czasu na zaśnięcie, były mniej senne i spędzały mniej czasu w fazie głębokiego snu zwanej REM. Analiza poziomu melatoniny u uczestników pokazała natomiast przesunięcie zegara biologicznego.

Proste i skuteczne rozwiązania

Wniosek jest taki, aby wieczorem unikać ekranów, a jeśli już z nich ktoś korzysta, dobrze aby używał oferowanej przez niektóre urządzenia opcji redukcji ilości niebieskiego światła lub specjalnego oprogramowania, które to umożliwia.

– Dobrze jest ustalić swój tryb życia, tak aby był korzystny dla organizmu. Warto zastanowić się na przykład, czy rzeczywiście potrzebujemy używać komputera o godz. 12. w nocy. Istotny jest też rodzaj oświetlenia w pomieszczeniu. Obecnie modne są energooszczędne świetlówki diodowe. Niestety, emitują one dużą ilość niebieskiego, pobudzającego organizm światła. Mogą się więc one sprawdzić w doświetlaniu pomieszczeń za dnia, ale wieczorem będą szkodzić – przestrzega dr Orzeł-Gryglewska.

Innym sposobem, aby wesprzeć swój biologiczny zegar jest, jak pokazali naukowcy z Uniwersytetu w Uppsali, dostateczna ekspozycja na jasne światło w ciągu dnia. W eksperymencie z udziałem młodych, zdrowych osób, przy znacznym wystawieniu na światło dzienne o odpowiedniej do tego porze, nawet dwugodzinne korzystanie z tabletu wieczorem nie zaburzało snu ochotników. Badacze zalecają więc spędzanie dostatecznej czasu na dworze w ciągu dnia lub zapewnienie odpowiedniego oświetlenia w pomieszczeniach, np. w biurach. Światła więc potrzebujemy także dla zdrowia, ale mimo wielu nocnych pokus cywilizacji, warto nauczyć się z nim obchodzić.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Choroby wzroku a profilaktyka dziecięca

Od dobrego wzroku dziecka zależy zarówno jego prawidłowy rozwój, jak i wyniki w nauce. Warto dbać o oczy nawet, jeśli wydaje nam się, że nie ma powodów do niepokoju.

 

Wzrok rozwija się od momentu narodzin do wieku ośmiu lat, należy więc zadbać, aby wszelkie nieskorygowane wady (szczególnie astygmatyzm czy różnowzroczność) nie zaburzały tego procesu. Jeśli zachowanie dziecka nie wzbudza niepokoju na badania profilaktyczne należy wybrać się przynajmniej raz w roku. O badaniach wzroku należy pamiętać zwłaszcza jeśli pociecha jest w okresie intensywnego wzrostu, wkrótce rozpocznie naukę albo sporo czasu spędza na oglądaniu telewizji lub graniu na komputerze. Specjalista oceni, czy malec nie ma zeza, wad wzroku czy prawidłowo rozróżnia kolory.

 

Jak dbać o wzrok dziecka?

W ramach zabawy z dzieckiem wykonaj prosty test. Wskaż mu obrazek, znak lub napis znajdujący się w dalszej odległości, zasłoń raz prawe, raz lewe oko i zapytaj, czy obserwowany obraz jest tak samo wyraźny, patrząc prawym i lewym okiem. Jeśli obraz jest mniej wyraźny dla jednego z oczu, może to wskazywać na różnowzroczność lub niedowidzenie i wówczas należy jak najszybciej zgłosić się na badanie specjalistyczne, ponieważ im wcześniej wykryje się niedowidzenie, tym większe jest prawdopodobieństwo jego wyleczenia.

 

Przypilnuj, żeby Twoje dziecko na każde 30-60 min pracy wzrokowej w bliskiej odległości: czytania, pisania lub pracy przed monitorem komputera, ipada czy smartfona, spędziło 30-60 sekund, patrząc w dal przez okno. Takie ćwiczenie pozwoli rozluźnić oczy i zmniejszy ryzyko wystąpienia i progresji krótkowzroczności. Monitor komputerowy nie psuje oczu, ale odległość od niego, w której pracują i bawią się nasze dzieci, szczególnie w przypadku monitorów o małych wymiarach, może sprawiać, że rozwinie się wada wzroku. Korzystanie bez przerwy z komputera lub telefonu w bliskiej odległości jest bazowym elementem rozwoju oraz postępu krótkowzroczności.

 

Należy zadbać o to, aby dziecko spędzało minimum godzinę dziennie na aktywności fizycznej, na świeżym powietrzu, przy naturalnym oświetleniu. Takie działanie pozwoli zmniejszyć ryzyko wystąpienia progresji i krótkowzroczności.

 

Jeśli Twoje dziecko często skarży się na swędzenie i łzawienie oczu, a do tego ma je czerwone, to przeważnie są to objawy alergii. Stan ten może mieć charakter przewlekły i nie musi pojawić się w okresie wiosennym, dlatego nie zawsze łatwo go skojarzyć z danym alergenem. Błona śluzowa układu pokarmowego, oczu, nosa i całych dróg oddechowych jest połączona, dlatego należy pamiętać, że leczenie alergii musi być kompleksowe i zawsze niezależnie od objawów obejmować oczy.

 

Jeśli dziecko przesadnie pochyla się nad tekstem,  schyla nienaturalnie głowę, podchodzi zbyt blisko do telewizora i skarży się na „przeskakujące literki albo ma problemy z wykonywaniem zadań związanych z utrzymaniem równowagi czy łapaniem piłki, to najprawdopodobniej są to dolegliwości wywołane nieskorygowaną wadą wzroku lub zaburzeniami widzenia, dlatego też koniecznie trzeba zadbać o specjalistyczne badanie wzroku.

 

Zwróć uwagę na oczy Twojego dziecka na zdjęciach, na których jest widoczny „efekt czerwonych oczu”. Porównaj refleksy z obu oczu. Jeśli jedna źrenica ma białawy odcień i różni się od drugiej, to niezwłocznie należy zgłosić się na badanie dna oka, ponieważ może być to objaw niedowidzenia lub poważnych zmian na siatkówce oka.

 

Warto mieć na uwadze, że niezależnie od wieku dziecka, każda wada wzroku wymaga korekcji. Pierwsze badanie wzroku powinno odbyć się najpóźniej w 6-9 miesiącu, kolejne regularnie raz na rok. Należy pamiętać, że badanie specjalistyczne powinno obejmować ocenę akomodacji i widzenia przestrzennego.

 

Dr n. med. Anna Maria Ambroziak- Centrum Okulistyczne Świat Oka

Fot. www.pixabay.com

 

Bakteria New Delhi: jak się jej ustrzec

Zakażenia bakterią potocznie nazywaną New Delhi notowane są w Polsce od 2011 roku, ale od 2015 roku liczba zarażonych nią pacjentów wzrasta. To niepokojące, zwłaszcza, że ten patogen nie reaguje na antybiotyki.

Pod potoczną nazwą bakterii New Delhi kryje się jeden ze szczepów dość powszechnych pałeczek jelitowych Klebsiella pneumoniae. Mimo to Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zalicza ten szczep do 12. najbardziej niebezpiecznych drobnoustrojów na świecie. Nie z powodu ich zjadliwości, której poziom jest znany od wielu lat, ale z powodu oporności na wiele grup antybiotyków, a czasami nawet na wszystkie obecnie dostępne leki przeciwbakteryjne.

W ubiegłym roku zakaziło się nią ponad 2,5 tys. osób. Nie wszystkie te osoby miały jednak objawy zakażenia – w tej grupie było ok. 70 proc. bezobjawowych nosicieli.

Do Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych w wielu regionach kraju, zgłaszane są kolejne przypadki, co związane jest także z bardziej rygorystycznymi kontrolami mikrobiologicznymi . Zdaniem specjalistów rozprzestrzenianie się bakterii Klebsiella pneumoniae NDM wynika m.in. z nadmiernego stosowania antybiotyków, zarówno w leczeniu szpitalnym, jak i w leczeniu prowadzonym przez lekarzy rodzinnych.

Co sprzyja rozprzestrzenianiu się bakterii New Delhi?

Jak podkreśla dr Paweł Grzesiowski, prezes Stowarzyszenia Higieny Lecznictwa – ekspansji tych superbakterii sprzyjają trudne warunki panujące w wielu szpitalach, przepełnienie oddziałów i nieszczelne procedury izolacji zakażonych lub skolonizowanych nimi pacjentów.

Komu najbardziej zagraża bakteria New Delhi?

Nie u wszystkich pacjentów nabycie Klebsielli pneumoniae NDM skutkuje inwazyjnym zakażeniem, jednak dla niektórych może być bardzo niebezpieczna.

Jak tłumaczy  dr Tomasz Ozorowski, mikrobiolog z Zespołu Kontroli Zakażeń Szpitalnych poznańskiego Szpitala Klinicznego Przemienienia Pańskiego dotyczy to szczególnie pacjentów szpitalnych, którzy mają tzw. wrota zakażeń, czyli rany i ranki powstałe podczas zabiegów z przerwaniem ciągłości skóry: podczas podawania kroplówek, zakładania cewników, po operacjach itp.

Przez taką ranę bakteria może wniknąć do organizmu i doprowadzić do inwazyjnego zakażenia, np. układu moczowego, zapalenia płuc, zakażenia miejsca operowanego.

Najbardziej narażone są osoby w podeszłym wieku ze względu na pogorszoną pracę układu odpornościowego oraz fakt, że częściej  trafiają do szpitala. A to właśnie szpital jest głównym miejscem potencjalnego kontaktu zarówno z lekooporną florą bakteryjną, jak i innymi, już zakażonymi, pacjentami.

Zagrożeni są też przewlekle chorzy, osoby z osłabioną odpornością, pacjenci szpitali poddawani zabiegom operacyjnym, chorzy po długiej kuracji antybiotykowej i niemowlęta.

Specjaliści zauważają, że choć New Delhi to typowo szpitalna bakteria coraz częściej spotykana jest także u pacjentów ambulatoryjnych.

Garść historii

Po raz pierwszy bakterie z genem NDM opisali w 2008 r. brytyjscy naukowcy (wykryto je u szwedzkiego turysty, który powrócił z podróży do New Delhi – i tak powstała potoczna nazwa). W Polsce po raz pierwszy bakterię New Delhi wykryto u pacjenta w 2011 roku w Warszawie.

Klebsiella pneumoniae: co to za bakterie?

Pałeczki jelitowe Klebsiella pneumoniae to bakterie, które bytują w przewodzie pokarmowym każdego człowieka. Szczepy, do których należy bakteria New Delhi to grupa, która nabyły oporność na większość antybiotyków, w tym na karbapenemy – bardzo silne leki, często traktowane jako antybiotyki „ostatniej szansy”.

Bakterie te mają zdolność długotrwałego przebywania w organizmie, nawet przez kilka lat. Gdy stajemy się ich nosicielami, możemy być źródłem zakażeń dla innych.

Jak można się zakazić i uchronić przed bakterią New Delhi?

Pałeczki jelitowe mogą wiele miesięcy żyć poza organizmem człowieka – Klebsiella pneumoniae nawet 2,5 roku. Bakterie te łatwo przenieść na rękach, bytują w układzie pokarmowym, a podczas zabiegu medycznego mogą przedostać się do krwi. Wtedy często dochodzi do sepsy. Bakteria jest oporna na wiele antybiotyków, dlatego sepsa przez nią wywołana wiąże się w wysokim ryzykiem śmierci – ok. 30-50 proc. chorych umiera.

Dlatego tak ważne jest utrzymanie czystości w toaletach, w każdym pomieszczeniu w placówkach medycznych, dezynfekcja narzędzi i sprzętów medycznych, bezpieczne gromadzenie i usuwanie odpadów zakaźnych. Odwiedzający swoich bliskich w szpitalu powinni starannie przestrzegać higieny i dokładnie myć ręce po powrocie.

Bakteria staje się niebezpieczna, gdy przedostanie się do krwi, dróg moczowych czy dróg oddechowych. Nie można się nią zarazić np. drogą kropelkową, a jedynie kontaktową, czyli przez brudne ręce czy np. niezdezynfekowana toaletę.

Jakie są objawy zakażenia bakterią New Delhi

Najczęściej objawy zakażenia bakterią New Delhi pojawiają się dość niespodziewanie. Początkowo można pomylić je z grypą, gdyż te najbardziej popularne objawy to:

  •  nagła, bardzo wysoka gorączka,
  • dreszcze i zimne poty,
  • zawroty głowy,
  • kaszel i duszności,
  • ból w obrębie klatki piersiowej,
  • silne osłabienie.

Bakteria może wywołać takie choroby jak zakażenie miejsca operowanego, ciężkie zapalenie płuc, zapalenie układu moczowego czy śmiertelnie groźną sepsę.

Warto wiedzieć

Nawet jeśli zostaniemy skolonizowani superbakterią, to prowadząc higieniczny tryb życia, nie biorąc niepotrzebnych leków, zwłaszcza antybiotyków, jesteśmy w stanie odbudować właściwą florę bakteryjną w ciągu kilku miesięcy. Oczywiście są pacjenci, u których proces dekolonizacji trwa dłużej, nawet rok lub dwa lata. Przeważnie są to osoby, które mają wiele innych schorzeń, przyjmują wiele leków, niekoniecznie antybiotyków, ale np. agresywnych leków onkologicznych, bo to może sprzyjać utrzymywaniu się kolonizacji.

Jak uniknąć zakażenia?

Bakteria New Delhi może żyć na skórze i w przewodzie pokarmowym nosiciela. Jest też wydalana wraz z kałem zarówno osoby chorej, jak i zdrowego nosiciela, u którego nie ma jeszcze objawów. Szczególnie ważne jest więc dbanie o higienę. Dlatego tak ważne jest pamiętanie o myciu rąk przed jedzeniem i po wizytach w szpitalu.

Czy należy podejmować dodatkowe środki ostrożności w domu?

W warunkach domowych należy przestrzegać częstego mycia rąk. Istotną rolę odgrywa należyta higiena osobista, przestrzeganie zasady rozdziału ręczników domowników oraz częste mycie toalety. Nie są zalecane inne środki ostrożności, jak również ograniczanie kontaktu z domownikami. Nie jest konieczne ograniczanie przebywania w miejscach publicznych oraz w miejscu pracy.

Jak wykryć bakterię New Delhi

Można ją wykryć w drodze specjalnych badań mikrobiologicznych. Każdy szpital ma obowiązek dokonywać rutynowych kontroli pod kątem groźnych patogenów – zajmują się tym szpitalne komisje i zespoły ds. zakażeń.

Warto wiedzieć, że bezobjawowe nosicielstwo w przewodzie pokarmowym może utrzymywać się przez miesiące. Większość pacjentów pozbywa się samoistnie bakterii  w okresie do 6 miesięcy.

W sytuacji, gdy personel szpitala wykryje zakażenie bakterią u pacjenta, podejmuje odpowiednie działania, wśród których znajduje się odizolowanie takiego pacjenta od niezakażonych. Stan nosiciela jest sprawdzany. Pozbycie się bakterii opornych na karbapenemy powinno zostać potwierdzone w co najmniej dwóch badaniach wymazu z odbytu i jednym badaniu genetycznym lub trzech posiewach wykonanych w odstępie co najmniej 48 godz. Pobranie materiału musi być wykonane przez personel medyczny lub laboratoryjny.

Gdzie można zrobić takie badania? Lista laboratoriów oraz aktualne zalecenia znajdują się na stronach internetowych:

WSSE w Warszawie: www.wsse.waw.pl

PSSE w m.st. Warszawie: www.pssewarszawa.pis.gov.pl

Szczegółowe informacje dotyczące bakterii Klebsiella pneumoniae New Delhi dostępne są na stronach internetowych Narodowego Programu Ochrony Antybiotyków oraz Krajowego Ośrodka Referencyjnego ds. Lekowrażliwości Drobnoustrojów:

www.antybiotyki.edu.pl

www.korld.edu.pl

Czy problem oporności bakterii na leki będzie narastać i czym to grozi?

– Lekooporność bakterii jest zjawiskiem narastającym na całym świecie, obecnie jest traktowana jako globalne zagrożenie, podobnie jak skażenie środowiska toksycznymi odpadami czy ocieplenie klimatu. Lekooporność jest niewątpliwie dziełem człowieka i będzie narastać, bowiem w naturze bakterii jest zdolność do przystosowania w trudnym środowisku. Od milionów lat bakterie dysponują mechanizmami oporności na antybiotyki, genetycznie są w stanie mutować tak, żeby dostosować się do nowego środowiska. Jednak to człowiek, przez masowe, często bezrozumne stosowanie antybiotyków i innych substancji antybaktetyjnych w przemyśle, hodowli, rolnictwie, weterynarii i medycynie ludzkiej, spowodował wysekcjonowanie lekoopornych szczepów na niespotykaną dotychczas skalę – komentuje dr Paweł Grzesiowski, Prezes Stowarzyszenia Higieny Lecznictwa, konsultant szpitali w dziedzinie zakażeń szpitalnych i antybiotykoterapii.

Ekspert podkreśla, że rozpowszechnieniu lekoopornych bakterii sprzyja też ogromna konsumpcja wysoko przetworzonej i „schemizowanej” żywności, transport żywych zwierząt hodowlanych, a także liczne podróże i ruchy ludności oraz zakażenia związane z opieką zdrowotną.

– W medycynie ludzkiej największe zagrożenie dotyczy szpitali wysokospecjalistycznych i zakładów opieki długoterminowej, gdzie przebywają pacjenci z wieloma obciążeniami, przewlekłymi schorzeniami, które prowadzą do upośledzenia odporności. Duże zagęszczenie pacjentów na oddziałach intensywnej terapii, interny, neurologii czy hematologii powoduje, że łatwo dochodzi do ognisk epidemicznych, które zagrażają zdrowiu i życiu pacjentów. W walce z lekoopornością może pomóc tylko świadome ograniczenie stosowania antybiotyków w przemyśle i w rolnictwie, a w medycynie, racjonalizacja ich użycia – podsumowuje dr Paweł Grzesiowski.

Według niego, w celu ograniczenia problemu, należy też inwestować w szybką i precyzyjną diagnostykę mikrobiologiczną, badania przesiewowe pacjentów przy przyjęcia do szpitala, systemy monitorowania skuteczności leczenia, a także w wielokierunkowe programy kontroli zakażeń szpitalnych, mające na celu efektywną izolację zakażonych i skolonizowanych pacjentów. Co jeszcze może pomóc? Sprzątanie i dezynfekcja otoczenia pacjenta, sprzętów i urządzeń medycznych, a także bezpieczne usuwanie odpadów zakaźnych. Bardzo ważnym elementem przerywania transmisji wieloopornych zakażeń jest także prawidłowe postępowanie personelu medycznego, w szczególności stosowanie jednodniowych ubrań medycznych oraz staranna dezynfekcja rąk. W szpitalach, gdzie udaje się wprowadzić te zasady, sytuacja epidemiologiczna jest dobra, nie dochodzi do zakażeń epidemicznych.

Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Przygotuj się na sezon narciarski

Uprawiasz inny sport niż narciarstwo i stąd myślisz, że będziesz mniej narażony na kontuzję podczas szusowania? Błąd! …

Dożylne wlewy z witaminy C mogą być bardzo groźne

Doktor Agnieszka Gruszfeld  Centrum Onkologii w Warszawie ostrzega, że w ciągu ostatnich kilku lat 3 pacjentki zmarły …

Ministerstwo Zdrowia uspokaja w sprawie refundacji leków

Ministerstwo Zdrowia informuje, że nie ma podstawy do obaw, aby jakiekolwiek terapie niezbędne dla pacjentów miały zostać …