Miesiąc: Luty 2020

Cukier kontra słodziki. Mity i fakty

Cukier obwiniany jest m.in. o wpływ na rozwój epidemii otyłości czy próchnicy, ale mające go zastąpić słodziki też nie mają dobrej prasy. Dlaczego? Na to i wiele innych pytań dotyczących słodzików odpowiada prof. Magdalena Olszanecka-Glinianowicz, prezes Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością.

Spora część doniesień medialnych na temat słodzików, z którymi się do tej pory zetknąłem, stawiała je w negatywnym świetle, sugerując, że to sama „chemia”, że wcale nie pomagają w walce z otyłością, albo, że wręcz zwiększają ryzyko rozwoju różnych schorzeń. Dodam jeszcze, że te artykuły z reguły powoływały się na konkretne badania naukowe. Co Pani na to? 

Należy z dużą ostrożnością i dystansem podchodzić do tego rodzaju doniesień medialnych. Interpretowanie wyników badań naukowych to naprawdę bardzo trudne zadanie, zwłaszcza dla laików. Łatwo wpaść w pułapkę. Na przykład, jeśli chodzi o wpływ stosowania słodzików na redukcję masy ciała, to zostało zrealizowanych już wiele badań, które potwierdzają ich korzystne działanie w tym obszarze. Jednak z badań tych jasno wynika, że to nie same słodziki leczą otyłość, lecz kompleksowe zmiany stylu życia, głównie w zakresie sposobu żywienia i aktywności fizycznej. Zamiana cukru na niskokaloryczne substancje słodzące jest więc tylko jednym z istotnych elementów tych zmian, ale nie jedynym.

Bądźmy bardziej krytyczni wobec tego co czytamy i słyszymy w mediach czy w kręgu znajomych. Fakty są takie, że nie ma żadnego, pojedynczego, cudownego lekarstwa na otyłość. Problem nadmiernej masy ciała jest zbyt złożony i skomplikowany, by mogła go rozwiązać zamiana jednego tylko składnika diety na inny. Niemniej jednak, w świetle istniejących dowodów naukowych, chciałabym podkreślić, że częstsze stosowanie słodzików, zarówno przez poszczególne osoby (do dosładzania potraw), jak i przez przemysł spożywczy (w recepturach swoich produktów), może być istotnym społecznie elementem zapobiegania oraz leczenia nadwagi i otyłości.

Tylko jak przekonać do częstszego stosowania słodzików osoby nieprzekonane czy wręcz uprzedzone, właśnie z powodu wspomnianej wcześniej „złej prasy”? Można się przecież z internetu dowiedzieć np., że stosowanie niektórych słodzików może wywołać raka! 

Badania mające dowodzić rakotwórczości niektórych niskokalorycznych substancji słodzących, które zrealizował jakiś czas temu jeden włoski zespół, są mało wiarygodne, z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, warto wiedzieć, że zostały one przeprowadzone na szczurach. Po drugie, szczury wykorzystane w tych badaniach były bardzo stare, a ryzyko rozwoju nowotworu rośnie wraz z wiekiem. Po trzecie, podawano im bardzo duże ilości niskokalorycznych substancji słodzących. Trudno więc na podstawie tak skonstruowanego badania wyciągać jakikolwiek daleko idące wnioski, zwłaszcza dla ludzi.

Nauka dysponuje za to mocnymi dowodami na to, że otyłość zwiększa ryzyko wielu rodzajów raka.

Pamiętajmy, że wszystkie słodziki dostępne w Unii Europejskiej są dopuszczane do stosowania po dokładnej analizie Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA). Zresztą cały czas podlegają one regularnej ocenie ekspertów. Gdyby tylko pojawiły się jakieś poważne dowody na ich szkodliwe działanie u ludzi, to natychmiast zostałyby wycofane z rynku.

Jeśli ktoś mimo wszystko jest nadal sceptycznie nastawiony do słodzików i chciałby poznać więcej wiarygodnych argumentów na to, że ich stosowanie jest bezpieczne i korzystne, to zachęcam takie osoby do lektury dwóch ważnych dokumentów opracowanych przez polskich ekspertów. Pierwszy z nich, opublikowany w 2019 r., to Stanowisko Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością, Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny oraz Instytutu Żywności i Żywienia w sprawie stosowania niskokalorycznych substancji słodzących. Drugi dokument to Stanowisko Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością i Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego w sprawie stosowania niskokalorycznych substancji słodzących z 2012 r. Wynika z nich m.in., że stosowanie słodzików przynosi wymierne korzyści nie tylko w leczeniu otyłości, lecz także i cukrzycy. Podobne rekomendacje zostały też wydane przez renomowane naukowe towarzystwa medyczne w wielu innych krajach, m.in. w USA.

Jakie konkretnie słodziki ma pani tutaj na myśli?  Słyszałem, że np. warto stosować ksylitol, zwany cukrem brzozowym, bo nie dość, że ma mało kalorii, to jeszcze ma działanie przeciwcukrzycowe i przeciwpróchnicowe… 

Akurat ksylitol, ale także sorbitol czy mannitol, czyli tzw. poliole, należące do grupy cukrów prostych, nie są przez ekspertów zaliczane do niskokalorycznych substancji słodzących. Warto wiedzieć, że ksylitol zawiera tylko o około 40 proc. mniej kalorii niż zwykły cukier, a do tego spożywany w większych ilościach może być przez wiele osób źle tolerowany, np. może sprzyjać wzdęciom lub mieć działanie przeczyszczające. Ponadto, poliole są zupełnie inaczej metabolizowane przez organizm niż niskokaloryczne słodziki. Warto wiedzieć, że np. wspomniany ksylitol podobnie jak fruktoza i inne cukry proste przerabiany jest w wątrobie na glukozę i triglicerydy. Dlatego w kontekście leczenia otyłości polioli się nie rekomenduje.

W takim razie jakie słodziki polecają eksperci?  

Chodzi o grupę faktycznie niskokalorycznych substancji słodzących, takich jak np.: acesulfam K, aspartam, sacharyna, stewia czy sukraloza. Zawierają one zero lub naprawdę bardzo niewiele kilokalorii, a są przy tym 150-1000 razy słodsze niż cukier. Dzięki temu dodawane są do żywności i potraw jedynie w niewielkich ilościach. Naprawdę bardzo trudno je więc „przedawkować”.

Biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej kontrowersje chciałbym zapytać czy istnieją jakiekolwiek przeciwwskazania lub wyjątki dotyczące stosowania tego rodzaju słodzików, np. u kobiet w ciąży lub dzieci? 

Są pewne ograniczenia dotyczące stosowania aspartamu. Osoby cierpiące na fenyloketonurię – rzadko występującą, genetycznie uwarunkowaną chorobę metaboliczną, nie mogą stosować tego słodzika. Takie osoby powinny więc sprawdzać na etykietach produktów spożywczych czy nie zawierają one aspartamu, który z biochemicznego punktu widzenia jest dla organizmu źródłem fenyloalaniny, czyli aminokwasu, którego nie potrafi metabolizować.

Drugie ograniczenie dotyczy niskokalorycznych substancji słodzących za wyjątkiem stewii. Chodzi o to, że nie powinno się ich używać do gotowania i pieczenia. W wysokiej temperaturze częściowo ulegają rozkładowi i mogą tworzyć się substancje o niekorzystnym wpływie na organizm. Zatem kiedy chcemy upiec ciasto w wersji light, użyjmy do jego posłodzenia stewii. Więcej istotnych ograniczeń popartych wiarygodnymi badaniami sobie nie przypominam. Raz jeszcze podkreślam, że EFSA na bieżąco monitoruje badania naukowe na temat słodzików i czuwa nad ich bezpieczeństwem, podobnie zresztą jak i nad innymi dodatkami do żywności, czyli tzw. numerami E. Słodziki pozostają jednak pod szczególnie uważnym nadzorem tego europejskiego urzędu, a to właśnie z uwagi na kontrowersje i obawy, które budzą u niemałej części konsumentów.

Pewnie ma to też jakiś związek z modą na bycie naturalnym i eko… 

Raczej z pseudonauką i czarnym PR-em. Przecież jak najbardziej naturalny jest np. smalec, ale czy jest zdrowy? Czy zalecają go kardiolodzy i dietetycy? Naturalny jest też cukier! Ale jego nadmierne spożycie prowadzić może do wielu problemów zdrowotnych. Koniec końców jednak z naukowego punktu widzenia wszystko jest chemią i cukier i ksylitol i aspartam. Nie dajmy się więc zwariować różnym sensacyjnym doniesieniom, modom czy celebrytom. Zachowajmy zdrowy rozsądek i słuchajmy uznanych ekspertów praktykujących medycynę opartą na faktach (evidence based medicine).

Wróćmy jeszcze na chwilę do roli słodzików w zapobieganiu i leczeniu otyłości. Rozumiem, że istotą tego jest obniżanie przy ich pomocy wartości energetycznej diety czy też konkretnych wysokokalorycznych produktów i potraw. Jednak chyba nie zawsze rozwiązuje to problem, bo czy można np. bezkarnie zajadać się czekoladą bez cukru?   

Rzeczywiście, o ile w przypadku takich produktów jak słodzone napoje, zastąpienie cukru słodzikiem w praktyce niweluje ich energetyczność niemal do zera, to jednak w produktach bardziej złożonych, takich jak np. czekolada, samo wyeliminowanie cukru zmniejsza ich kaloryczność tylko do pewnego stopnia. W przypadku czekolady energetyczność zostałaby w ten sposób obniżona zaledwie o 15-20 proc. Jest tak za sprawą dużej zawartości tłuszczu w czekoladzie.

Trzeba o tym pamiętać: bez cukru nie zawsze równa się zero kalorii! Zatem, jeśli ktoś jest świadomym konsumentem, zwraca uwagę na informacje zawarte na etykietach produktów, a do tego wszystkiego próbuje pozbyć się zbędnych kilogramów, to powinien zdawać sobie sprawę z tego, że nie może jeść więcej czekolady niż wcześniej, tylko dlatego, że zmienił ją na bezcukrową. W ten sposób może osiągnąć skutek przeciwny do zamierzonego, czyli zwiększyć masę ciała.

Czyli ze słodyczami generalnie trzeba bardzo uważać, niezależnie od tego czy są słodzone cukrem czy słodzikami? 

Niestety, w praktyce powstrzymywanie się od zjedzenia czegoś słodkiego to dla wielu osób bardzo trudne wyzwanie. Trudno oprzeć się słodkościom m.in. dlatego, że najczęściej towarzyszą nam już od wczesnego dzieciństwa i kojarzą się nam z czymś pozytywnym, dobrym i radosnym.

To jednak znacznie szerszy problem. W dzisiejszych czasach ludzie jedzeniem coraz częściej kompensują sobie wiele różnego rodzaju niezaspokojonych potrzeb emocjonalnych. W dorosłym życiu jedzenie może więc zastępować niektórym ludziom np. miłość, przyjaźń czy bliskość i być dla nich nagrodą, jedną z niewielu przyjemności w życiu, sposobem na stres i chandrę. Coraz częściej występują też obecnie różne zaburzenia odżywiania, takie jak np. zespół kompulsywnego jedzenia czy zespół nocnego jedzenia.

Zatem słodziki mogą być na poziomie społecznym jednym z wielu sposobów na to, aby pozwolić ludziom cieszyć się jedzeniem, ale jednocześnie ograniczyć związane z tym ryzyko rozwoju nadwagi lub otyłości. Jednak w przypadku osób, które chorują już na otyłość spowodowaną zaburzeniami odżywiania to z pewnością nie wystarczy. W ich przypadku konieczna jest często kompleksowa interwencja: nie tylko dietetyczna, lecz także farmakologiczna i psychoterapeutyczna. Nazywajmy więc rzeczy po imieniu. Zamiast mówić tylko o odchudzaniu czy mitycznej walce z otyłością, mówmy raczej o leczeniu otyłości. Bo otyłość jest chorobą, którą trzeba leczyć. 

Żródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Maseczki chirurgiczne – czy naprawdę chronią przed koronawirusem?

Najbardziej znanym, prawie codziennie pokazywanym przez media symbolem „zarazy”, wywołanej przez nowego koronawirusa z Wuhan, są maseczki ochronne na twarzach ludzi chcących uniknąć zakażenia. Czy ich noszenie w tym celu w ogóle ma sens?

Odpowiedź na to pytanie może niejednego zaskoczyć.

„Jeśli maseczki ochronne na twarz są stosowane przez zakażonych, to pomagają zapobiegać przenoszeniu się koronawirusa na zdrowe osoby z najbliższego otoczenia. Jednak noszenie maseczek przez osoby zdrowe, w celu zapobiegania infekcji, nie jest już tak efektywne” – informują eksperci Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (European Centre for Disease Prevention and Control – ECDC).

Maseczki: jak ich używać

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) bardzo precyzyjnie wskazała, kto i w jakich okolicznościach powinien nosić maseczki ochronne, w związku z zagrożeniem epidemiologicznym wywołanym przez nowego koronawirusa:

  • noś maseczkę jeśli kaszlesz lub kichasz (gdy masz objawy infekcji dróg oddechowych),
  • jeśli jesteś zdrowy, to powinieneś nosić maseczkę tylko wtedy, gdy opiekujesz się osobą zainfekowaną nowym koronawirusem (lub osobą, u której podejrzewa się takie zakażenie).

Eksperci WHO podpowiadają jednocześnie, jak należy korzystać z maseczek ochronnych, gdyż nieumiejętne ich stosowanie może przynieść więcej szkody niż pożytku! 

Poniżej przedstawiamy najważniejsze zalecenia WHO w tej kwestii:

  • maseczki skutecznie chronią cię tylko wtedy, gdy są właściwie używane, co oznacza m.in. towarzyszące ich noszeniu częste i dokładne mycie rąk – z użyciem mydła lub środków dezynfekujących na bazie alkoholu (ręce należy też umyć przed założeniem maseczki),
  • zakładając maseczkę dokładnie zakryj nią usta i nos, tak aby nie było żadnych szpar pomiędzy maseczką a twarzą,
  • unikaj dotykania maseczki, którą nosisz na twarzy, a jeśli to ci się zdarzy, umyj ręce,
  • zmień maseczkę na nową wtedy, kiedy poczujesz, że jest już mocno zawilgocona,
  • po zdjęciu maseczki jednorazowego użytku nie zakładaj jej ponownie, lecz od razu wyrzuć do zamkniętego pojemnika na śmieci,
  • zdejmując maseczkę rób to tak, aby dotykać jej tylko „od tyłu” (czyli unikając dotykania jej zewnętrznej części), po czym koniecznie umyj ręce.

Uwaga! Na stronie internetowej WHO można zobaczyć film instruktażowy, który pokazuje jak poprawnie używać maseczek.

Skoro jednak maseczki ochronne na twarz (tzw. chirurgiczne, dentystyczne czy medyczne) nie są przez ekspertów zalecane do powszechnego stosowania w ramach profilaktyki zakażeń koronawirusami , to warto wiedzieć co tak naprawdę każdy z nas powinien robić na co dzień, aby w jak największym stopniu zmniejszyć ryzyko zakażenia tymi, ale też i wieloma innymi groźnymi patogenami. Oto co zalecają w tej kwestii eksperci ECDC:

  • dbaj przede wszystkim o higienę rąk, gdyż jest to klucz do zapobiegania infekcjom, także tym wywoływanym przez koronarowirusy; zatem jak najczęściej myj ręce wodą z mydłem przez co najmniej 20 sekund – zwłaszcza przed jedzeniem, po skorzystaniu z toalety, po przyjściu do domu czy pracy, a także po kontakcie ze zwierzętami,
  • jeśli mydło i woda nie są dostępne, dezynfekuj ręce korzystając z preparatów odkażających, które zawierają co najmniej 60 proc. alkoholu,
  • ponieważ wirusy najczęściej przedostają się do ludzkiego ciała przez oczy, nos i usta unikaj ich dotykania niemytymi rękami,
  • unikaj kontaktu z chorymi ludźmi, szczególnie tymi, którzy kaszlą,
  • unikaj odwiedzania zatłoczonych miejsc, w tym m.in. bazarów i targów, gdzie handluje się żywymi lub martwymi zwierzętami.

Dmuchanie na zimne

Choć w momencie publikacji tego artykułu (czyli do 13 lutego 2020 r.) nie stwierdzono jeszcze w Polsce żadnego przypadku zakażenia koronawirusem z Wuhan (którego nowa, oficjalna nazwa brzmi COVID-19), to jednak eksperci są dość zgodni, że jego pojawienie się w naszym kraju jest tylko kwestią czasu.

Póki co, dużo bardziej realnym problemem epidemiologicznym jest w naszym kraju np. grypa. Jednak również i w jej przypadku, w ramach profilaktyki zakażeń, warto stosować się do podstawowych zasad higieny wskazanych w powyższym artykule.

Na koniec przypomnijmy, że Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła niedawno międzynarodowy stan zagrożenia zdrowia publicznego z powodu epidemii wywołanej przez nowego koronawirusa (Public Health Emergency of International Concern). Do tej pory (według stanu na dzień 13 lutego 2020 r.) zachorowania na przypominającą zapalenie płuc chorobę wywoływaną przez nowego koronawirusa stwierdzono już w blisko 30 krajach świata (w sumie zanotowano ponad 60 tys. zachorowań i ponad 1,3 tys. zgonów z tego powodu, głównie w Chinach).

Wiktor Szczepaniak, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Potencja(ł) Walentynek. Wzrost sprzedaży leków na zaburzenia erekcji w Polsce.

Dziś Walentynki – to doskonały pretekst aby przyjrzeć się konsumpcji preparatów wspierających sprawność seksualną. Według danych opracowanych przez agencję pharamamarketingową NEKK w ciągu ostatniego roku nastąpił wzrost sprzedaży leków na potencję aż o 15 %. Jednocześnie już ponad ¾ specyfików zapobiegających tym problemom to preparaty wydawane bez recepty.

Szacuje się, że do 2025 roku ponad 300 milionów mężczyzn na całym świecie doświadczy zaburzeń erekcji. Część z nich zmierzy się z tym problemem już dziś – czynników stresogennych przybywa a  zaburzenia erekcji mają bardzo często podłoże psychosomatyczne. Pod presją oczekiwań, wzorców kulturowych, czy po prostu daty pojawiają się problemy, z którymi mężczyźni radzą sobie chodząc do apteki.

Zarówno producenci leków jak i farmaceuci dostrzegają rosnący popyt preparatów na potencję bez recepty – mówi Małgorzata Skorwider, prezes zarządu agencji reklamowej NEKK. – Dlatego nakłady na reklamę w tym segmencie bardzo dynamicznie rosną. W roku 2019 było to 40 mln złotych, aż o 27% więcej niż w roku poprzednim. – dodaje.

Status preparatów dostępnych bez recepty pozwala na ich reklamę, kierowaną bezpośrednio do pacjenta, który nadal zdecydowanie woli radzić sobie bez wizyty u specjalisty. Największym wyzwaniem dla twórców tych reklam pozostaje stworzenie komunikatu sugestywnego, ale jednocześnie pozostającego w dobrym guście.

Mnogość tego typu preparatów powoduje, że agencje reklamowe muszą podchodzić do tematu coraz bardziej kreatywnie i z wyczuciem by przyciągnąć uwagę widza. Niezwykle pomocna w procesie tworzenia tak newralgicznych przekazów jest stała współpraca ze specjalistami i konsultowanie naszych idei z grupą docelową. Musimy stale pamiętać, że reklama w branży farmaceutycznej to także odpowiedzialność za czyjeś zdrowie  – podsumowuje Małgorzata Skorwider z agencji NEKK.

Szacuje się, że problemy z erekcją ma w Polsce 1,5 mln mężczyzn po 35. roku życia, ale tylko 15% zgłasza się do lekarza po pomoc. Do lekarzy i farmaceutów coraz częściej zwracają się z zaburzeniami erekcji mężczyźni przed 30. Według naukowców u tej grupy pacjentów problemy z potencją związane są najczęściej z emocjami: lęk przed oceną w połączeniu z wzorcem kulturowym stają się dla niektórych wyzwalaczem kłopotów.

W USA trwają prace nad być może przełomową terapią zaburzeń erekcji. W Kaiser Permanente Division of Research w północnej Kalifornii grupa naukowców zidentyfikowała „przełącznik” w mózgu, który inicjuje procesy odpowiadające za erekcję. Być może w przyszłości za pomocą modyfikacji genomu CRISP będzie można całkowicie wyleczyć to zaburzenie. Na razie jednak to odległa i bardzo mglista przyszłość. Póki co pozostaje więc panom wizyta u lekarza, bądź farmaceuty.

 

Źródło: Materiał prasowy

Fot. www.pixabay.com

Rak nie zna metryki – na te nowotwory dzieci chorują najczęściej

„Państwa dziecko ma nowotwór” – ta informacja wywraca do góry nogami świat wielu rodzin, a dzieciom odbiera beztroskie dzieciństwo. Rocznie w Polsce diagnozuje się około 1100 – 1200 przypadków nowych zachorowań na nowotwory wśród dzieci.
15. lutego obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Walki z Nowotworami Dziecięcymi (International Childhood Cancer Day), którego celem jest zwiększenie świadomości na temat chorób onkologicznych u najmłodszych, a także pokazanie, z jakimi problemami muszą mierzyć się mali Pacjenci onkologiczni i ich rodziny.

Białaczka, guz mózgu, chłoniaki

Nowotwory wieku dziecięcego stanowią 1% wszystkich nowotworów, a najczęściej występującymi w młodej części społeczeństwa są białaczki, guzy mózgu, chłoniaki i mięsaki. W Polsce każdego roku diagnozuje się ok. 1100-1200 przypadków zachorowań na nowotwory wśród dzieci – niestety liczby te są stałe, pomimo tego, że populacja dziecięca zmniejszyła się aż o 20% w ciągu ostatnich 20 lat.

Diagnoza, leczenie, szansa na zdrowie

Nowotwory u dzieci są inne niż u dorosłych, ze względu na odmienną charakterystykę, przebieg kliniczny oraz właściwości biologiczne. Przy ich leczeniu stosuje się różne możliwości terapeutyczne, dostosowane do rodzaju nowotworu: chemioterapię wielolekową, radioterapię, leczenie chirurgiczne, a także coraz częściej immunoterapię oraz terapię komórkową (transplantację komórek krwiotwórczych).

Leczenie nowotworów wieku dziecięcego opiera się na zasadzie terapii skojarzonej: chemioterapii wielolekowej, radioterapii i leczeniu chirurgicznym. W ostatnich latach dochodzi do tego immunoterapia i terapia komórkowa.

– tłumaczy prof. dr hab. n. med. Jan Styczyński, Konsultant Krajowy w dziedzinie onkologii i hematologii dziecięcej.

Przykładem terapii komórkowej jest przeszczepienie komórek krwiotwórczych – od Dawcy rodzinnego lub niespokrewnionego. Rocznie w Polsce około 180-200 dzieci jest poddawanych tej formie leczenia, chociaż warto podkreślić, że część z nich jest poddawana transplantacji z powodu chorób nieonkologicznych. To pokazuje, że dzięki przeszczepieniu krwiotwórczych komórek można leczyć wiele chorób.

– dodaje prof. Jan Styczyński.

Białaczka – „niezawiniona choroba”

Ostra białaczka limfoblastyczna to choroba „niezawiniona”, która może dotknąć każdego – niezależnie od wieku czy stylu życia, jaki prowadzi. To właśnie leukemia – nowotwór krwi – jest jedną z najczęściej występujących chorób u dzieci. Ze statystyk wynika, że 4 na 100 000 dzieci choruje na białaczkę.
Białaczka rozwija się u dzieci bardzo szybko, ale jeśli zostanie wcześnie zdiagnozowana i wdrożone zostanie leczenie w specjalistycznym ośrodku, to przeważająca liczba Pacjentów ma szansę na wyleczenie. Często niezbędnym etapem terapii jest przeszczepienie krwiotwórczych komórek od Dawcy spokrewnionego lub niespokrewnionego. Szanse na znalezienie zgodnego Dawcy niespokrewnionego są bardzo małe – wynoszą 1:20 000, a w przypadku rzadkiego genotypu tylko 1: kilku milionów. Pomimo nieustannego rozwoju hematoonkologii i wysokiej skuteczności leczenia, u około 15-20% małych Pacjentów dochodzi do wznowy choroby – jednym z nich jest Madzia.

Madzia, białaczka i Nagroda Nobla

Nie wie jeszcze, kim chce zostać w przyszłości, ale wie, że gdy dorośnie, chciałaby zdobyć Nagrodę Nobla. We wrześniu 2019 roku 6-letnia Madzia z Krakowa została uczennicą pierwszej klasy szkoły podstawowej i przewodniczącą klasy, ale niestety – nie na długo. Trzy tygodnie później okazało się, że po raz drugi będzie musiała zmierzyć się z trudnym przeciwnikiem – białaczką limfoblastyczną – i uroczyste pasowanie na ucznia, zamiast na sali gimnastycznej, musiało odbyć się w szpitalnej sali.
Po raz pierwszy białaczkę zdiagnozowano u dziewczynki w 2015 roku, gdy miała zaledwie 2 lata. Wtedy udało jej się pokonać chorobę – wznowy nic nie zapowiadało. W pewną środę Madzia bez problemu pokonała kraulem 12 długości basenu olimpijskiego, a w piątek zaczęło się przeziębienie. Badanie kontrolne morfologii wyszło niepokojące, lekarz stwierdził powiększenie wątroby i węzłów chłonnych – w kolejną środę Madzia była już w szpitalu i zaczęła kolejną chemioterapię. Białaczka znów zaatakowała – tym razem potrzebna jest pomoc niespokrewnionego Dawca szpiku, na którego dziewczynka czeka w szpitalu w Prokocimiu.

Madzia musi mieć przeszczep szpiku od Dawcy niespokrewnionego. W tym momencie nie można już jej pomóc żadnym lekiem, ani chemioterapią – konieczne jest przeszczepienie. Od listopada poszukiwany jest dla Madzi zgodny Dawca szpiku – nikt z naszej rodziny nie może być Dawcą, więc uratować Madzię może tylko zgodny niespokrewniony Dawca, którego nadal nie ma.

– mówi Pani Małgorzata, mama Madzi.

Mam ogromną prośbę do tych osób, które być może właśnie rozważają zostanie potencjalnym Dawcą szpiku – jeśli możecie, zarejestrujcie się! Dołączając do bazy Dawców szpiku zwiększacie szansę na uratowanie nie tylko mojego dziecka, ale wszystkich tych, dla których jedyną szansą na powrót do zdrowia jest przeszczep od Dawcy niespokrewnionego. Jeśli już jesteście potencjalnymi Dawcami szpiku, zastanówcie się, czy wasze dane kontaktowe są aktualne – jeśli nie, zaktualizujcie je proszę – być może to do Was zadzwoni telefon i będziecie mogli uratować komuś życie.

– apeluje mama Madzi.

Żeby dołączyć do bazy Dawców szpiku Fundacji DKMS, wystarczy wejść na stronę https://www.dkms.pl/pl/zostan-dawca i zamówić bezpłatny pakiet do samodzielnego pobrania wymazu z wewnętrznej strony policzka.
Źródło: Materiał prasowy

Chorzy z biedy, czyli jak ubóstwo wpływa na zdrowie

„Jestem biedna, mam słabe zdrowie, nie mam znajomych, kariery, miłości” – napisała na popularnym forum internetowym jedna z użytkowniczek. Badania naukowe dowodzą, że niektóre z wymienionych problemów faktycznie mogą się ze sobą wiązać. Dowiedz się które.

Naukowcy nie pozostawiają złudzeń: ubóstwo i niższy status to dużo większe ryzyko zdrowotnych kłopotów!

Biedne osoby narażone są m.in. na zwiększone ryzyko wystąpienia otyłości, schorzeń układu krążenia, problemów ze zdrowiem psychicznym, a  w przypadku dzieci także zaburzeń rozwoju. W efekcie, wzrasta też zagrożenie samobójstwami i znacząco spada długość życia. Pieniądze i status kształtują zatem zdrowie na różne sposoby. Poniżej przedstawiamy przegląd najciekawszych badań naukowych na ten temat.

Dobre jedzenie kosztuje

Po pierwsze, przy braku pieniędzy, trudno jest się dobrze żywić. Doskonale pokazali to naukowcy z włoskiego Katolickiego Uniwersytetu Najświętszego Serca. Włochy to przecież kraj słynący ze znakomitej kuchni, w tym z tzw. śródziemnomorskiej diety. Choć doskonale znana jest z korzyści, jakie przynosi zdrowiu i samopoczuciu, nie wszystkich, niestety na nią stać, nawet we Włoszech!

„Odkryliśmy, że osoby o najniższych dochodach odżywiały się najmniej zgodnie z dietą śródziemnomorską, w porównaniu do tych w najlepszej sytuacji materialnej” – mówi prof. Licia Iacoviello, autorka badania.

Biedniejsze osoby jadły więcej przetworzonych produktów, zwykle tańszych od tradycyjnego, naturalnego jedzenia. Aż 36 proc. biedniejszych uczestników projektu było przy tym otyłych, a w przypadku bogatszych „tylko” 20 proc.

Ubodzy odżywiają się mniej zdrowo także z innej przyczyny. Otóż, jak pokazał projekt badawczy z udziałem 150 osób w wieku od 18 do 65 lat, przeprowadzony na University of Liverpool, bieda skłania do częstszego „zajadania” stresu. Im niższy ktoś miał status społeczno-ekonomiczny, tym silniejszego stresu doświadczał i co gorsza, częściej przykre emocje zagłuszał jedzeniem. Ludzie, którzy robili to najrzadziej mieli prawidłowy wskaźnik masy ciała (BMI), wynoszący średnio nieco ponad 23 kg/m2, ale najczęściej stosujący „uspokajające jedzenie” – prawie 40 kg/m2 (co oznacza dużą otyłość). Wbrew wcześniejszym przewidywaniom naukowców, okazało się, że na impulsywne sięganie po kalorie nie wpływała tzw. rezyliencja, czyli osobista zdolność do radzenia sobie ze stresem.

Dietetyczny program z dzieciństwa

Niestety, z powodu ubóstwa niektóre osoby mogą mieć w życiu również inne poważne trudności dotyczące diety. Chodzi o problemy, które wynikają z biedy doświadczonej na wczesnym etapie życia. Otóż, jak w serii eksperymentów pokazali specjaliści Texas Christian University, osoby wychowujące się przy niedostatku jedzenia, w dorosłości częściej jedzą, kiedy nie są głodne, w porównaniu do ludzi wychowanych w dobrobycie. Co gorsza, zwiększonego apetytu nie redukuje nawet wysoki status ekonomiczny w dorosłym życiu.

„Byliśmy zaskoczeni utrzymującym się wpływem środowiska, w którym ktoś się wychowywał na jedzenie w dorosłym wieku. Zaskoczyło nas także to, że poziom bogactwa w dorosłości nie miał prawie żadnego znaczenia na zachowania związane z jedzeniem” – opowiada autorka odkrycia, dr Sarah Hill. „Nasze badanie sugeruje, że ludzie, którzy wychowali się w relatywnie ubogim środowisku, mogą mieć większe trudności z kontrolowaniem jedzenia i utrzymaniem masy ciała niż osoby, które dorastały w bogatszym otoczeniu” – dodaje badaczka.

Ubóstwo i strach przed samotnością

Z tym odkryciem doskonale współgrają wyniki uzyskane przez specjalistów z Rice University. Otóż w badaniu z udziałem 200 osób o różnym pochodzeniu, zauważyli oni, że osoby wychowujące się w domach o niskim statusie, w dorosłości opisują swoje zdrowie jako znacznie gorsze, niż ludzie, którzy wychowali się w dostatku. Dlaczego?

„Niski status społeczno-ekonomiczny nakłada na rodziców ciężar, z powodu którego są oni mniej dostępni dla dzieci. Może to prowadzić do powstania pewnych nastawień związanych z relacjami, obejmujących strach przed porzuceniem i trudności w budowaniu bliskich relacji. Mogą one szkodzić zdrowiu w dorosłym wieku” – wyjaśnia prof. Chris Fagundes. Tym razem jednak skala wpływu biedy zależała od osobistych umiejętności radzenia sobie ze stresem. „Jeśli ktoś lepiej radzi sobie z negatywnymi emocjami i stresem, jest bardziej prawdopodobne, że będzie zdrowszy w dorosłości. Jednak, jeśli ktoś nie jest zbyt dobry w zarządzaniu emocjami, prawdopodobnie będzie miał większe kłopoty ze zdrowiem” – zaznaczyła dr Kyle Murdock.

Bieda lubi papierosy

Ubodzy nie tylko mniej zdrowo się odżywiają, ale jak pokazują amerykańskie badania, dużo częściej palą. Im niższy status społeczno-ekonomiczny, tym większy odsetek palaczy – donoszą naukowcy z University of Colorado. Nie dzieje się tak dlatego, że ubożsi nie starają się rzucić chorobotwórczego nałogu. Problem jest inny – ludziom z tej grupy, z jakiegoś powodu rzadziej się to udaje.

„W ciągu ostatniego półwiecza, wysiłki związane z poprawą zdrowia publicznego pomogły ograniczyć palenie o ponad połowę, ale prawdopodobnie potrzebujemy zmiany w naszych strategiach pomagania palaczom. Metody, które działały w części społeczeństwa o wyższym statusie, wydają się nie odnosić skutku dla pozostałej części” – alarmuje  prof. Arnold Levinson, autor badania.

Rak groźniejszy dla ubogich

Niestety, gdy doskwierają kłopoty z pieniędzmi, rośnie także umieralność na raka. Wskazali na to badacze z Yale University, którzy sprawdzili spowodowaną nowotworami śmiertelność w różnych hrabstwach USA. Przyjrzeli się także przyczynom odkrytych różnic. Okazało się, że w najbiedniejszych hrabstwach na raka umiera o prawie 24 proc. więcej osób, niż w najbogatszych. Jakie są tego powody?

„Najważniejsze z nich to: dostęp do pożywienia, palenie, aktywność fizyczna i jakość opieki zdrowotnej oferowanej w danym hrabstwie” – informuje główny autor projektu dr Jeremy O’Connor. „Badanie sugeruje, że wszystkie z tych czynników wspólnie prowadzą do rozbieżności. Nie chodzi więc tylko o zachowania związane ze zdrowiem czy jakość opieki medycznej, ale o wszystkie te elementy razem” – dodaje.

Ślady pozostawione w genach

Ubóstwo odciska naprawdę głębokie piętno w organizmie człowieka – pokazał z kolei zespół z Northwestern University. Okazało się, że życie w biedzie wiąże się z epigenetycznymi zmianami (metylacją DNA) dotyczącymi prawie 10 proc. genów. Zmiany tego typu decydują tymczasem o aktywności poszczególnych genów.

„Od długiego czasu wiedzieliśmy, że SES (socioeconomic status – ang. status społeczno-ekonomiczny) to ważny czynnik decydujący o zdrowiu, ale mechanizmy powodujące, że ciało ‘pamięta’ doświadczenia biedy były nieznane. Nasze odkrycie sugeruje, że metylacja DNA może odgrywać w tym ważną rolę” – mówi kierujący pracami prof.  Thomas McDade. „Silnie wskazuje to na potencjalne mechanizmy, za pośrednictwem których bieda może wywierać utrzymujący się wpływ na wiele fizjologicznych systemów i procesów” – wyjaśnia naukowiec.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Otyłość trzeba leczyć

Otyłość to choroba, która jak grypa czy nadciśnienie – wymaga leczenia. Zwłaszcza, że jest ona przyczyną wielu innych chorób, które prowadzą do poważnego pogorszenia stanu zdrowia, a także przedwczesnej śmierci. Czas przestać traktować ją tylko jako defekt estetyczny i zająć się nią na poważnie – nawołują specjaliści.

Sytuacja jest naprawdę zła – takiej częstości występowania otyłości nigdy dotychczas nie było. Według danych z 2016 roku w Polsce problem nadwagi dotyczy aż 68 proc. mężczyzn i 53 proc. kobiet, zaś otyłości 25 proc. mężczyzn i 23 proc. kobiet. Liczby te jednak z roku na rok dramatycznie wzrastają. Dzis na świecie żyje ponad 600 mln otyłych osób. Nadmiar kilogramów zaczyna być problemem już nawet w krajach Afryki i Azji.

– Jesteśmy świadkami sytuacji bez precedensu, niebywałej epidemii – uważa prof. Paweł Bogdański, internista i hipertensjolog, kierownik Katedry Leczenia Otyłości, Zaburzeń Metabolicznych i Dietetyki Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Szczególnie kiepsko wyglądają statystki dla Polski: według prognoz do 2025 roku otyłość będzie już dotyczyła co trzeciego mężczyzny i 26 proc. kobiet, w dodatku otyłość wśród dzieci rośnie w Polsce najszybciej w Europie.

– Wszystkie konsekwencje otyłości przekładają się na dorosłe życie. Warto sobie uświadomić, że jeśli dzieciakom do 13 roku życia nie uda się z nią uporać, to 80 proc. z nich będzie mieć problem z wagą w dorosłym życiu. Dlatego to tak ważne, aby rozmawiać o otyłości otwarcie i edukować już dzieci – uważa lekarz.

Skąd wziął się problem otyłości

Patogeneza otyłości jest skomplikowana. Do czynników ryzyka zalicza się m.in.: interakcje między czynnikami genetycznymi, epigenetycznymi i środowiskiem w jakim funkcjonujemy, z uwzględnieniem tempa i stylu życia, stresu i dostępności do wysokoprzetworzonej żywności. Zatem, niejednokrotnie zbyt duża masa ciała wcale nie jest winą pacjenta.

Okazuje się, że niezwykle istotny jest np. czas przed zajściem w ciążę. Wykazano, że za grzechy rodziców w okresie przedprokreacyjnym i prokreacyjnym płacą dzieci. Już od dawna wiadomo, że niedobór lub nadmiar składników pokarmowych w życiu płodowym, prowadzi do trwałych modyfikacji procesów metabolicznych i hormonalnych, które wpływają na zdrowie dziecka w późniejszym okresie życia, czyli niejako „programują” one metabolizm i przebieg procesów fizjologicznych, co może skutkować rozwojem szeregu powikłań metabolicznych i sercowo‒naczyniowych w okresie dorosłości.

Tak więc otyłość to nie tylko prosta interakcja pomiędzy zbyt dużą ilością jedzenia, wysokoprzetworzonego, dostarczonego w niewłaściwy sposób, ze zbyt niskim poziomem aktywności fizycznej, która coraz częściej zastępowana jest elektrycznymi  hulajnogami, zakupami przez internet, pracą przed komputerem. To wszystko ma ogromne znaczenie, ale otyłość to dużo głębszy proces.

– Kłopot polega między innymi na tym, że zmienił się stosunek aktywności fizycznej w stosunku do przyjmowanych pokarmów. Kiedyś to było 3:1, teraz odwrotnie. A geny mamy z okresu paleolitu, one przystosowały nas do warunków panujących wtedy, gdy polowaliśmy na mamuta, kiedy musieliśmy się nabiegać, żeby zdobyć pożywienie. Od tego czasu wiele się zmieniło, a nasze geny nie nadążają za zmianą środowiska – tłumaczy specjalista.

W ostatnim czasie sporo mówi się o tym, że znaczenie ma też mikrobiom znajdujący się w naszym przewodzie pokarmowym, znaczenie mają też neurohormony wydzielane w centralnym układzie nerwowym. Wiele jest zaburzeń predysponujących do otyłości i współistniejących z nią. Bardzo często otyłość jest efektem zaburzeń psychologicznych – chęć zaspokajania miłości, przyjaźni, bezpieczeństwa, prowadzi do niekontrolowanego spożywania posiłków. Rozwojowi otyłości mogą sprzyjać też czynniki jatrogenne, związane z interwencjami medycznymi – jak np. przyjmowane w trakcie leczenia innych chorób leki.

Otyłość nie jest powikłaniem, lecz przyczyną

Trudno o inną chorobę, która ma tak wiele konsekwencji – prowadzić może do ponad 200 potencjalnych powikłań!

– Lecząc nadciśnienie tętnicze, cukrzycę, zespół bezdechu w czasie snu, chorobę niedokrwienną serca, miażdżycę – tak naprawdę leczymy powikłania otyłości. Zbyt często zapominamy co jest podstawową, wyjściową przyczyną tych chorób. Mówi się nawet, że otyłość jest ich powikłaniem, podczas gdy najczęściej jest dokładnie odwrotnie – zwraca uwagę specjalista.

Eksperci podkreślają, że otyłość spełnia klasyczne kryteria choroby: ma swoje przyczyny, patogenezę, kryteria rozpoznania, konsekwencje medyczne, powikłania oraz sposoby postępowania terapeutycznego. Dlatego jest wpisana na listę chorób przewlekłych.

Otyłość kontra głód

Oszacowano, że w XXI wieku z powodu powikłań otyłości umiera więcej osób niż z powodu głodu. Jak wyliczyli eksperci choroby związane  z otyłością w ciągu najbliższych 30 lat pochłoną ponad 90 mln istnień ludzkich.

Jakie mogą być skutki uboczne otyłości

Skutków ubocznych otyłości jest cała masa, trudno nawet wymienić wszystkie. Jeśli się jej bliżej przyjrzeć jest czynnikiem ryzyka, albo czynnikiem pogarszającym rokowania niemal każdej przewlekłej choroby.

Na przykład, otyłość zwiększa ryzyko rozwoju cukrzycy typu II. U kobiet z BMI powyżej 35 ryzyko zachorowania na tę chorobę wzrasta 90 –krotnie!

– Gdybyśmy umieli skutecznie zapobiegać i leczyć otyłość wielu pacjentów nie miałoby powikłań związanych z cukrzycą. Nie leczylibyśmy powikłań powikłań. Tymczasem wielu pacjentów z cukrzycą typu II nigdzie w dokumentacji nie ma wpisanej otyłości. Bierne przyglądanie się otyłości jest błędem w sztuce lekarskiej – uważa prof. Paweł Bogdański.

Otyłość zwiększa ryzyko rozwoju nadciśnienia tętniczego, z którym w Polsce boryka się ponad 10 mln osób. Warto zwrócić uwagę, że w standardach postępowania z nadciśnieniem zapisano, że najskuteczniejszą metodą zapobiegania rozwojowi nadciśnienia jest modyfikacja stylu życia, a zwłaszcza redukcja masy ciała. Szacuje się, że ponad połowa wszystkich przypadków nadciśnienia spowodowana jest nadmierną masą ciała.

Otyłość zwiększa ryzyko rozwoju miażdżycy. Pacjenci z miażdżycą częściej mają zawał, udar, kłopoty krążeniowe kończyn dolnych, częściej mają zaburzenia rytmu serca, bezdech senny. Według danych brytyjskich 10 proc. z nieznanych przyczyn wypadków to nierozpoznany, nieleczony bezdech nocny, który sprzyja zasypianiu za kierownicą. Problem ten w Polsce dotyczy 9 proc. dorosłych mężczyzn i 4 proc. kobiet.

Otyłość sprzyja rozwojowi choroby zwyrodnieniowej kręgosłupa i stawów kolanowych oraz biodrowych, powoduje problemy ortopedyczne, które znacząco pogarszają jakość życia.

Otyłość jest wreszcie istotnym czynnikiem ryzyka rozwoju chorób nowotworowych. Szacuje się, że z kilku milionów rozpoznawanych co roku na świecie nowotworów około 100 tys. to skutki tylko i wyłącznie nadmiernej masy ciała! Jest ona czynnikiem ryzyka m.in. raka piersi, raka jelita grubego, przełyku, nerki, trzustki – lista chorób nowotworowych związanych z otyłością jest coraz dłuższa, naukowcy udowadniają kolejne powiązania. Przedstawiciele amerykańskich towarzystw onkologicznych uważają, że 40-60 proc. wszystkich chorób nowotworowych moglibyśmy uniknąć dzięki odpowiedniemu sposobowi odżywiania, szczupłej sylwetce i aktywności fizycznej.

Otyłość skraca życie!

Eksperci ostrzegają, że nieleczenie otyłości skutkuje skróceniem życia średnio od 14 do 17 lat!

– Szacuje się, że z powodu epidemii otyłości zostanie zahamowana i skrócona średnia długość życia – w Polsce będzie to spadek o 4 lata. To dane, które niepokoją, wręcz zatrważają  – mówi specjalista.

W działania mające zmienić obraz otyłości w Polsce zaangażowała się m.in. znana dziennikarka Katarzyna Bosacka.

– Przełamywanie tabu związanego z otyłością i edukacja, że otyłość to choroba i można ją leczyć jest bardzo ważna, dlatego zaangażowałam się w kampanię „Porozmawiajmy szczerze o otyłości”. Mam nadzieję, że zwiększy ona świadomość na temat zdrowotnych konsekwencji otyłości, zapobiegania jej i leczenia. Sama po 4 ciążach, z uwarunkowań medycznych, też zmagam się od lat z nadwagą” – zwierzyła się Katarzyna Bosacka na konferencji inaugurującej kampanię.

Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Jakie i ile leków refunduje NFZ? Część druga – refundacja apteczna leków

Najbardziej popularną formą refundacji leków jest refundacja apteczna. W jej ramach, leki, na które otrzymało się receptę, dostępne są w aptece. Jest to też najbardziej obszerna forma refundacji, tzn. z największą ilością dostępnych produktów leczniczych.

Lista leków refundowanych zmienia się co 2 miesiące i publikowana jest na stronie MZ w postaci obwieszczeń MZ (https://www.gov.pl/web/zdrowie/obwieszczenia-ministra-zdrowia-lista-lekow-refundowanych). W najnowszym obwieszczeniu, obowiązującym od 1 stycznia 2020 roku, w ramach refundacji aptecznej dostępnych jest 458 substancji czynnych w postaci 4854 preparatów leczniczych. Jedna substancja czynna sprzedawana jest często przez kilku czy nawet kilkunastu różnych producentów, także w postaci różnych dawek czy wielkości opakowań. Stąd też mamy obecnie prawie 5 tys. preparatów leczniczych – każdy lek, o konkretnej nazwie, dawce i wielkości opakowania charakteryzuje się także unikalnym kodem. Z powodu tak dużej ilości dostępnych produktów leczniczych, są one grupowane w postaci grup limitowych, czyli na produkty o tej samej nazwie międzynarodowej lub różnych nazwach międzynarodowych, ale o podobnym działaniu terapeutycznym i zbliżonym mechanizmie działania. Obecnie jest 337 grup limitowych w ramach refundacji aptecznej.

Refundacja apteczna dzieli się na 3 grupy:

  • lista A1 – to najliczniejsza grupa i zawiera leki refundowane dostępne w aptece na receptę,
  • lista A2 – zawiera środki spożywcze specjalnego przeznaczenia żywieniowego dostępne w aptece na receptę,
  • lista A3 – zawiera wyroby medyczne dostępne w aptece na receptę (np. różne rodzaje opatrunków).

Lista A1 – leki

Największą ilość leków refundowanych znajdziemy na liście A1, gdzie w ciągu 8 lat ilość substancji czynnych zwiększyła się o 20%, a ilość produktów leczniczych o ponad 30%.

 

Stosunek grup limitowych do substancji czynnych utrzymywał się od 2012 roku na stałym poziomie około 78%, jednak od zeszłego roku spada, osiągając 66%. Jednocześnie rośnie nadal liczba substancji czynnych, co oznacza, że zamiast tworzenia nowych grup, powiększają się istniejące grupy limitowe.

W ramach refundacji aptecznej produkty lecznicze refundowane są albo w całym zakresie wskazań, które zostały zarejestrowane przez producenta dla danego leku, albo we wskazaniu określonym stanem klinicznym, czyli w konkretnej jednostce chorobowej. Oznacza to, iż niektóre leki są refundowane tylko w jednej, wybranej chorobie, a w pozostałych, pomimo iż są one zarejestrowane przez producenta – lek będzie dostępny ze 100% odpłatnością.  Możliwa jest także refundacja dla wskazań, które nie zostały zarejestrowane, ale były np. zalecane i stosowane przez ekspertów, i dlatego minister zdrowia postanowił refundować je także w takich wskazaniach.

Od 2012 roku 50% leków jest refundowana we wszystkich zarejestrowanych wskazaniach, drugą połowę stanowią produkty refundowane w wybranej jednostce chorobowej. W 2020 roku w ramach listy A1 wyodrębniono 108 chorób, czyli o ponad 50% więcej w porównaniu do 2012 roku. Dodatkowo, około 40% produktów leczniczych jest refundowana także we wskazaniu pozarejestracyjnym.

W 2020 roku we wskazaniach rejestracyjnych najczęściej pojawiały się choroby: schizofrenia – 338 produktów, choroba dwubiegunowa – 303 oraz padaczka – 234. Poniżej przedstawiono rozkład procentowy dwunastu najczęściej występujących chorób we wskazaniach rejestracyjnych leków znajdujących się na liście refundacyjnej A1.

 

Przypominamy, że to jaki lek jest aktualnie refundowany oraz ile wynosi cena porównywalnych leków w przeliczeniu na jedną tabletkę, sprawdzicie w wyszukiwarce ceneolek.pl

http://ceneolek.pl/

Redakcja pacjentinfo.pl

Fot. www.pixabay.com

Jak możesz pomóc sobie w trakcie radioterapii?

Radioterapia jest skuteczną, bezpieczną i precyzyjną metodą leczenia chorych z nowotworami. Istota jej działania polega na precyzyjnym dostarczeniu dawki promieniowania w okolice nowotworu tak, aby jednocześnie ochronić zdrowe narządy. Nowoczesna radioterapia zapewnia bezpieczeństwo chorego, jednak jak każda metoda leczenia ma pewne skutki uboczne. Występują one tylko u części chorych.

Dobrą wiadomością jest, że powikłaniom można skutecznie zapobiegać, aby leczenie było jak najmniej uciążliwie. Ponadto większość skutków ubocznych może być efektywnie leczona i jest odwracalna.

Powikłania radioterapii dzielimy na wczesne i późne. Te pierwsze występują w trakcie radioterapii lub krótko po jej zakończeniu. Zazwyczaj są one odwracalne i ustępują w ciągu maksymalnie kilku tygodni po leczeniu. Powikłania późne rozwijają się w ciągu miesięcy lub lat po zakończeniu leczenia. Nowoczesna precyzyjna radioterapia pozwala jednak ograniczyć częstość ich występowania.

Zmęczenie

Radioterapia jest formą leczenia miejscowego i w mniejszym stopniu niż chemioterapia wpływa na cały organizm.

Zmęczenie pojawia się w trakcie radioterapii i może występować po jej zakończeniu. Może być skutkiem niedoborów żywieniowych, odwodnienia lub wynikać z rozległego obszaru napromieniania. Zmęczenie może wynikać również z obniżenia nastroju związanego z przebiegiem choroby nowotworowej i stresem z nim związanym.

Dobra kondycja psychiczna jest ważną częścią leczenia onkologicznego i nie powinna być zaniedbywana. W ośrodkach onkologicznych pracują wyspecjalizowane grupy psychologów, które mogą Ci pomóc poradzić sobie ze stresem związanym z chorobą nowotworową.

Zmęczenie możesz zmniejszyć:

  • Stosując ograniczoną (mało intensywną) aktywność fizyczna np. spacery
  • Zwiększając ilość odpoczynku i snu
  • Ograniczając aktywność zawodową lub z niej rezygnując
  • Korzystając z pomocy psychologa, dostępnego w ośrodku onkologicznym

Podrażnienie skóry

W aktualnie stosowanej radioterapii w większości wykorzystywane jest wysokoenergetyczne promieniowanie fotonowe, które w znacznie mniejszym stopniu w porównaniu do promieniowania generowanego za pomocą lamp rentgenowskich wpływa na skórę.

W niektórych sytuacja klinicznych konieczne jest napromienienie tkanek znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie skóry, wtedy może występować zaczerwienie skóry, podrażnienie, złuszczenie naskórka. Mogą pojawiać się również przebarwienia. Podrażnienie skóry występuje u pacjentów poddawanych radioterapii nowotworów piersi oraz regionu głowy i szyi oraz innych lokalizacji, gdy napromieniane są tkanki zlokalizowane blisko skóry. Zazwyczaj podrażnienie skóry ustępuje w ciągu 2-3 tygodni po zakończeniu radioterapii. Przebarwienie (ściemnienie podobne do opalenizny) może pozostać jednak dłużej.

Podrażnienie skóry możesz ograniczyć:

  • Nawilżając skórę oraz stosując zalecane przez lekarza kremy/maści
  • Unikając perfum, antyperspirantów, talków
  • Myjąc się codziennie używając delikatnych, nieperfumowanych mydeł
  • Nosząc luźne, przewiewne ubrania z naturalnych tkanin (bawełna/len)
  • Unikając golenia, jeśli jest to koniczne należy użyć golarek elektrycznych
  • Osłaniając napromienianą okolicę przed działaniem promieni słonecznych
  • Unikając kąpieli w basenach z chlorowaną wodą

Problemy z odżywianiem

Radioterapia powoduje śmierć szybko dzielących się komórek. Takimi komórkami są komórki nowotworu, ale także komórki nabłonka jamy ustnej, gardła, przełyku, żołądka, jelit.

Pacjenci poddawani radioterapii mogą odczuwać suchość jamy ustnej, ból w trakcie przełykania, nudności, wymioty, biegunki, bolesne oddawanie stolca, utratę apetytu. Wymienione powikłania dotyczą części chorych i występują w trakcie radioterapii, której obszar obejmuje wyżej wymienione narządy. Nudności i wymioty mogą być również wynikiem napromieniania ośrodkowego układu nerwowego. Częstość problemów z odżywianiem jest większa w przypadku stosowania jednocześnie radioterapii i chemioterapii. Przykładowo pacjenci poddawani radioterapii regionu głowy i szyi mogą odczuwać suchość jamy ustnej i ból przy przełykaniu, pacjentki w trakcie radioterapii z powodu nowotworów ginekologicznych mogą doświadczyć biegunek i bólu przy oddawaniu stolca. Należy pamiętać, że zbilansowana o odpowiedniej kaloryczności dieta wspomaga leczenie nowotworów.

Występowanie/nasilenie biegunki możesz ograniczyć:

  • Stosując dietę dostosowaną do leczenia (m.in. unikając zbyt dużej ilości surowych owoców, nabiału)
  • Stosując zalecone przez lekarza środki przeciwbiegunkowe, w razie jej wystąpienia

Pamiętaj, aby w przypadku wystąpienia biegunki spożywać zwiększoną ilość płynów.

Ból jamy ustnej i w trakcie przełykania możesz ograniczyć: 

  • Stosując preparaty miejscowe (płyny do płukania jamy ustnej, siemię lniane) zalecone przez lekarza jeszcze przez wystąpieniem podrażnienia
  • Unikając pikantnych, kwaśnych, gorących oraz drażniących mechanicznie pokarmów
  • Zaprzestając palenia tytoniu
  • Zaprzestając spożycia alkoholu
  • Stosując delikatne szczoteczki do zębów

Nudności, wymioty i utratę apetytu możesz ograniczyć: 

  • Spożywając pokarm częściej (5-6 razy dziennie) w mniejszych ilościach
  • Zmieniając dietę na lepiej tolerowaną przez twój organizm w trakcie leczenia
  • Stosując zalecone przez lekarza lekarstwa ograniczające nudności i wymioty

Utrata włosów

Radioterapia może powodować utratę włosów w obszarze poddawanym leczeniu, jednak nie poza nim.Przykładowo leczenie zmiany nowotworowej okolicy głowy może spowodować utratę włosów w tym obszarze, natomiast napromienianie nowotworu płuca nie spowoduje utraty owłosienia okolicy głowy. U większości pacjentów utracone włosy odrastają po leczeniu. Mogą one być innej barwy i grubości niż włosy przed leczeniem.

Utrata włosów może być istotnym problemem psycho-społecznym, dlatego spytaj swojego lekarza o zlecenie na perukę, którą możesz otrzymać w ramach refundacji NFZ.

W trakcie radioterapii występują również inne powikłania, które zależą od obszaru napromieniania i stosowanego schematu radioterapii. Szczegółowe informacje na ich temat możesz uzyskać od swojego lekarza onkologa-radioterapeuty.

Źródło: Łukasz Kuncman dla zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Cukier kontra słodziki. Mity i fakty

Cukier obwiniany jest m.in. o wpływ na rozwój epidemii otyłości czy próchnicy, ale mające go zastąpić słodziki też …

Maseczki chirurgiczne – czy naprawdę chronią przed koronawirusem?

Najbardziej znanym, prawie codziennie pokazywanym przez media symbolem „zarazy”, wywołanej przez nowego koronawirusa …

Potencja(ł) Walentynek. Wzrost sprzedaży leków na zaburzenia erekcji w Polsce.

Dziś Walentynki – to doskonały pretekst aby przyjrzeć się konsumpcji preparatów wspierających sprawność seksualną. …