Kategoria: CIEKAWOSTKI MEDYCZNE

Cukrzycę można wykryć zaglądając do ust?

To FAKT! W jamie ustnej może pojawić się wiele symptomów, świadczących o rozwijającej się podstępnie cukrzycy.

Dentyści w Polsce mają pełne ręce roboty. Nie tylko leczą pacjentów z próchnicą czy paradontozą, ale coraz częściej pełnią też rolę lekarzy pierwszego kontaktu wykrywając inne choroby, np. cukrzycę. Nie zdziwmy się zatem, gdy od dentysty wrócimy ze skierowaniem na badanie poziomu glukozy we krwi.

– Cukrzyca daje dość charakterystyczny obraz w jamie ustnej. Niektóre objawy, np. suchość w ustach, pieczenie, kandydoza (drożdżyca) jamy ustnej, stany zapalne i infekcje dziąseł, krwawienia z nich czy trudno leczące się rany w ustach, a nawet zaburzenia smaku, mogą wskazywać na wahania poziomu glukozy we krwi. U dzieci typowe jest przedwczesne wyrzynanie się zębów stałych. Specyficznym objawem zaawansowanej cukrzycy, a dokładnie jej powikłania, tzw. kwasicy ketonowej, jest również utrzymujący się nieświeży oddech – informuje lek. stom. Monika Stachowicz z Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy Periodent w Warszawie.

Specjalistka podkreśla, że przy tego rodzaju nieświeżym oddechu wyczuwalny jest silny zapach acetonu, który przypomina słodką, owocową woń, a kwasica ketonowa może doprowadzić do śpiączki i stanowi bezpośrednie zagrożenie życia dla pacjenta.

Na tym jednak nie koniec.

– Cukrzyca sprawia, że wiele schorzeń jamy ustnej ma zaostrzony przebieg, a ich leczenie jest o wiele trudniejsze i dłuższe. Dlatego pacjent z cukrzycą wymaga innego podejścia podczas zabiegów stomatologicznych. Trudniej goją się np. rany po zabiegach stomatologicznych, rośnie także ryzyko infekcji, bo wysoki poziom cukru obniża odporność i uniemożliwia białym krwinkom zwalczanie bakterii – mówi ekspertka.

Co więcej, u pacjentów z cukrzycą, infekcje dziąseł osłabiają zdolność organizmu do kontrolowania poziomu cukru we krwi i upośledzają działanie insuliny.

Dlatego, widząc typowe dla cukrzycy objawy w jamie ustnej, dentyści coraz częściej reagują.

– Jeśli pacjent sygnalizuje, że dba o higienę, a mimo to zmiany chorobowe szybko postępują, a do tego w rodzinie pojawia się cukrzyca, to takiego pacjenta wysyłamy na badania krwi. Zwłaszcza jeśli dawno nie wykonywał badań kontrolnych, ma nadwagę i jest po 50-tce – mówi Monika Stachowicz, alarmując, że tego typu przypadków jest coraz więcej.

Szacuje się, że w Polsce ponad 6 proc. kobiet ma cukrzycę typu 1 lub 2. Wśród mężczyzn odsetek ten wynosi ponad 5 proc. Niestety spora część chorych o tym nie wie.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Gorzka czekolada dobra dla mózgu?

To FAKT! Co ciekawe, najlepiej działa na mózg seniorów.

Za dobroczynny wpływ czekolady na funkcje poznawcze odpowiedzialne są flawanole – związki zawarte w kakao. To dlatego mowa jest o gorzkiej czekoladzie, z co najmniej 70-proc. zawartością kakao: po pierwsze, zwykle zawiera mniej szkodliwego cukru niż inne rodzaje czekolady, a po drugie – jest w niej największe stężenie dobroczynnych związków.

Flawanole to związki organiczne o działaniu antyoksydacyjnym. Znaleźć można je także w warzywach czy czerwonym winie.

Substancjom tym poświęcono już sporo badań, które można znaleźć w szeregu publikacji. Ostatnia to przegląd artykułów, dokonany przez grupę badaczy z Włoch, a opublikowany na łamach czasopisma Frontiers in Nutrition.

Najważniejsze ich ustalenia to:

  • Regularne jedzenie czekolady przez trzy do pięciu miesięcy w grupie osób starszych sprzyjało poprawie ich funkcji poznawczych, takich jak spostrzegawczość czy pamięć krótkotrwała (robocza);
  • Najlepsze efekty czekolady zaobserwowano u osób, które już mają niewielkie problemy z funkcjami poznawczymi;
  • Zjedzenie kakao lub czekolady zapobiegało obniżeniu sprawności umysłowej po nieprzespanej nocy – ale tylko w przypadku kobiet.

Autorzy publikacji zaznaczają, że badania epidemiologiczne wskazują, iż regularna konsumpcja flawonoidów (do ich grupy zalicza się substancje występujące w kakao) może być związana z:

  • Poprawą funkcji poznawczych
  • Zmniejszeniem ryzyka zespołów otępiennych;
  • Zmniejszonym występowaniem zaburzeń funkcji poznawczych;
  • Utrzymaniem w lepszej kondycji funkcji poznawczych w okresie 10 lat.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Czy osteoporozie można skutecznie zapobiegać?

To FAKT! Regularna aktywność fizyczna, zdrowa dieta bogata w wapń oraz unikanie używek – to trzy filary skutecznej profilaktyki osteoporozy

Chorobę tę lekarze określają „cichym złodziejem kości”, ponieważ przez długi czas nie daje żadnych objawów, ani nie powoduje bólu. Z tego powodu osteoporoza często bywa więc przez chorych niezauważana i niedoceniana, aż do momentu, kiedy gwałtownie się zamanifestuje – w formie złamań kości (w tym także kręgów). O rozwoju osteoporozy może też świadczyć zmniejszenie się naszego wzrostu, co najmniej o kilka centymetrów.

Na szczęście, eksperci przekonują, że większość z nas mogłaby uniknąć tego rodzaju przykrych doświadczeń – pod pewnymi warunkami.

„Korzenie tej choroby tkwią w przeszłości, nieraz bardzo odległej. Osteoporoza bywa porównywana do miażdżycy, gdyż obie te choroby są podstępne i rozwijają się przez wiele lat. Ale mają one jeszcze jeden wspólny mianownik: da się im skutecznie zapobiegać!” – twierdzi prof. Wojciech Pluskiewicz ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Oto trzy główne filary profilaktyki osteoporozy:

  • Regularna aktywność fizyczna, najlepiej na świeżym powietrzu, połączona z eksponowaniem ciała na światło słoneczne (np. spacery, nordic walking, taniec, tai-chi, różne dostosowane do wieku i kondycji ćwiczenia, w tym także w grupie), co najmniej trzy razy w tygodniu. Siedzący tryb życia i niska aktywność fizyczna znacząco zwiększają ryzyko osteoporozy.
  • Zdrowa, zbilansowana dieta – pokrywająca zapotrzebowanie organizmu m.in. na wapń, witaminy D, C, K i zawierająca izoflawonoidy (wymienionych składników dostarczają przede wszystkim: produkty mleczne, tłuste ryby, warzywa, owoce, nasiona roślin strączkowych). Warto dodać, że nadmiar białka, soli oraz witaminy A w diecie zwiększa ryzyko osteoporozy.
  • Odrzucenie lub zdecydowane ograniczenie konsumpcji używek: nadmierne spożycie alkoholu i kawy oraz palenie tytoniu należą do czynników obniżających masę kostną.

Oczywiście, nie na wszystkie czynniki zwiększające ryzyko rozwoju osteoporozy mamy wpływ (niezależnymi od nas są m.in. zaawansowany wiek, płeć żeńska, wczesne zakończenie miesiączkowania – przed 40 r.ż., skłonność rodzinna do złamań i osteoporozy). Ale mimo to, prof. Wojciech Pluskiewicz przekonuje, że nigdy nie jest za późno by podjąć działania zapobiegawcze wobec osteoporozy, a korzyści z profilaktyki mogą odnieść również osoby starsze. Krótko mówiąc, chodzi o to, aby czynnikom ryzyka rozwoju tej choroby przeciwstawić jak najwięcej czynników chroniących, starając się, żeby w ogólnym bilansie te ostatnie przeważyły.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Jogurt dobry dla sercowców

Osoby z nadciśnieniem tętniczym muszą szczególnie uważać na swoją dietę. Wiele wskazuje, że do warzyw, owoców, chudego mięsa oraz oliwy z oliwek powinny dodać jeszcze jogurt. Jego spożywanie znacznie zmniejsza ryzyko m.in. zawału.

Nadciśnienie tętnicze to główna przyczyna chorób serca i naczyń na świecie. Ocenia się, że cierpi na nie aż miliard ludzi. Pacjenci, u których odnotowano zbyt wysokie ciśnienie, powinni więc szczególnie dbać o swoje zdrowie, tak aby zmniejszyć ryzyko wystąpienia jego groźnych powikłań.

Jednym z kluczowych elementów zapobiegania nadciśnieniu jest odpowiednia dieta. Lekarze z amerykańskiego Narodowego Instytutu Chorób Serca, Płuc i Układu Krwiotwórczego zalecają tzw. dietę DASH opartą na owocach, warzywach, orzechach, niskotłuszczowych produktach nabiałowych, wyrobach zawierającymi pełne ziarno czy daniach z drobiu.

Teraz, dzięki badaniom zespołu dr Lynn Moore z Boston University School of Medicine wiemy, że w przypadku produktów nabiałowych, osoby z nadciśnieniem, szczególnie powinny zadbać o obecność w swojej diecie jogurtów. Stanowią one niezależny czynnik zmniejszający ryzyko choroby sercowo-naczyniowej.

Wystarczą dwie porcje na tydzień

Już od pewnego czasu było wiadomo, że regularne spożywanie produktów mlecznych może mieć ochronne działanie na serce. Wyjątkową wartością badań zespołu dr Moore jest fakt, że objęły one swym zasięgiem bardzo dużą grupę pacjentów – prawie 56 tysięcy kobiet i blisko 18 tys. mężczyzn z nadciśnieniem. Ponadto, badania te trwały bardzo długo – 30 lat w przypadku kobiet i 24 lata w przypadku mężczyzn. (Rozpoczęły się odpowiednio w 1980 i 1986 roku.)

Na początku obserwacji osoby te miały nadciśnienie, ale nie doświadczyły zawału, udaru czy poważnego zwężenia naczyń krwionośnych. Warunkiem przystąpienia do badań było wypełnienie bardzo drobiazgowej ankiety dotyczące codziennej diety, nie tylko tego co, ale i jak często jest przez nie spożywane. Ankiety te były powtarzane w regularnych, kilkuletnich odstępach aż do 2006 roku. W trakcie trwania badań zbierano również informacje (z kwestionariuszy i z oficjalnych zapisów medycznych) na temat przebytych przez te osoby schorzeń sercowo – naczyniowych.

Okazało się, że spożywanie dwóch lub więcej porcji jogurtu (jedna porcja to oko 200 ml) tygodniowo, było związane z 30-procentowym zmniejszeniem ryzyka zawału u kobiet i 19-procentowym u mężczyzn. Z kolei w przypadku udaru, z ochronnego działania jogurtu bardziej korzystali panowie. Odnotowano u nich o 25 proc. niższe ryzyko tego zdarzenia. W przypadku pań było to zaledwie 6 proc.

Zamiłowanie do jogurtu przekładało się również u kobiet na 16 proc. mniejsze ryzyko zabiegu rewaskularyzacji, czyli operacyjnego poszerzenia i udrożnienia zwężonego naczynia krwionośnego. (To obecnie jeden z częstszych zabiegów przeprowadzonych w związku z chorobami sercowo-naczyniowymi.)

W obydwu grupach, uczestnicy spożywających co najmniej dwie porcje jogurtu tygodniowo, mieli o ok. 20 proc. zmniejszone ryzyko choroby wieńcowej lub udaru.

Dieta na nadciśnienie naprawdę działa

W trakcie badań okazało się również, że najbardziej prozdrowotnie działa w połączeniu z konsumpcją jogurtu opisana na początku tekstu dieta DASH. Jeśli chodzi o mężczyzn, to taka kombinacja zmniejszała ryzyko zawału o 27 proc., a udaru aż o 37 proc.

– Podejrzewaliśmy, że długotrwałe spożywanie jogurtu może zmniejszać ryzyko problemów sercowo-naczyniowych, bo poprzednie badania na małych grupach wykazały korzystny efekt fermentowanych produktów mlecznych. Teraz mieliśmy bardzo dużą kohortę kobiet i mężczyzn z nadciśnieniem, których losy śledziliśmy nawet przez 30 lat. Wyniki naszych badań dostarczają nowych ważnych dowodów, że jogurt daje korzyści sam w sobie albo jako część diety obfitującej w owoce i warzywa oraz produkty pełnoziarniste – mówi Justin Buendia z Boston University School of Medicine, jeden z autorów badań.

Dieta DASH:
– Codziennie należy spożywać określoną liczbę porcji z różnych grup produktów.
– Nie więcej, niż 27 proc. kalorii w diecie powinno pochodzić z tłuszczu i to głównie pochodzenia roślinnego.
– Zalecane jest spożywanie chudego lub beztłuszczowego nabiału.
– Należy ograniczyć ilość spożywanego mięsa oraz jego przetworów. Najlepiej wybierać chude, białe mięso bez tłuszczu, nie smażone.
– Powinno się zwiększyć udział warzyw i owoców w diecie (do 4—5 porcji dziennie).
– Należy jeść orzechy i migdały.
– W przypadku produktów zbożowych: wybierać produkty pełnoziarniste.
– Ograniczyć udział w diecie cukrów prostych, czyli np. słodzonych napojów, słodyczy.
– Obniżyć spożycie sodu w diecie, najlepiej do 4g czyli 2/3 łyżeczki soli kuchennej dziennie.

Może więc warto zmienić swoja dietę na wiosnę? Jeśli mamy nadciśnienie, nasze serce może na tym bardzo skorzystać.

Źródło: Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

 

Czy włosy zawsze muszą wypadać?

To FAKT. Dopiero utrata ponad 100 włosów dziennie jest niepokojącym objawem. Ich wypadanie jest związane z naturalną wymianą włosów i wynika z faz cyklu ich wzrostu. Cykl wzrostu włosów trwa ok. 2-3 miesięcy.

Przyczyny ich wypadania mogą być różne. Może to być efekt przyczyn zewnętrznych takich jak: stosowania farb czy płynów do trwałej ondulacji.

Na nadmierny wzrost wypadania włosów mogą mieć także wpływ czynniki psychogenne takie jak stres czy nerwice.

Włosy mogą także wypadać intensywniej, gdy dojdzie do toksycznego zatrucia, np. talem, arsenem czy rtęcią.

Nadmierne wypadanie włosów może być związane z chorobami ogólnoustrojowymi, np. niedokrwistością z powodu niedoboru żelaza, niedożywieniem oraz niedoborem białka, aminokwasów lub brakiem niektórych metali śladowych (np. cynku). Włosy mogą też nadmiernie wypadać w toczniu rumieniowatym układowym, ale także nadczynności i niedoczynności tarczycy.

Więcej włosów może nam wypadać z powodu przyjmowania leków cytostatycznych, immunosupresyjnych, przeciwtarczycowych oraz witaminy A, beta-blokerów.

Należy także wspomnieć o „fizjologicznym” wypadaniu włosów u kobiet po porodach czy w okresie menopauzy. Spowodowane są one zaburzeniami gospodarki hormonalnej.

Przyczyny nadmiernego wypadania włosów mogą być różne, ale tego zjawiska nie należy bagatelizować. Warto skonsultować się z lekarzem, który na podstawie wywiadu, obrazu klinicznego zleci odpowiednie badania i zaproponuje ewentualne leczenie.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Choroba wysokościowa i ślepota śnieżna.

Góry wysokie choć niebezpieczne i często zdradzieckie, od wieków przyciągają swoim pięknem i niepowtarzalnością wspinaczy żądnych wrażeń. Dla wielu osób górskie wyprawy to świetna odskocznia od codzienności lub wręcz sposób na życie, który pomaga odnaleźć im wewnętrzny spokój, czy też zmierzyć się z własnymi słabościami. Należy jednak pamiętać, że zdobywanie szczytów górskich wiąże się z wieloma wyzwaniami i niebezpieczeństwami. Nawet doświadczone osoby nierzadko zostają pokonane w drodze do upragnionego celu. Z jakimi zatem zagrożeniami muszą się zmierzyć osoby, które wybierają tak niezwykle ciężkie do zdobycia góry najwyższe?

 

Wspinacze, którzy obrali sobie za cel zdobycie najwyższych i najbardziej nieprzychylnych gór świata muszą liczyć się z ekstremalnie niskimi temperaturami, powodującymi szybkie wychłodzenie i odmrożenia, gwałtownymi zmianami pogody, lawinami śnieżnymi, bardzo stromymi i ciężkimi podejściami, narażeniem na ślepotę śnieżną oraz zmniejszającą się ilością tlenu w powietrzu, grożącą poważną w swoich skutkach chorobą wysokościową.

 

Co to jest choroba wysokościowa?

 

Choroba wysokościowa (choroba wysokogórska, AMS) to zespół objawów, które powstają na skutek nieprzystosowania się organizmu człowieka do warunków panujących na dużych wysokościach. Powodem pogarszającego się samopoczucia himalaisty podczas wspinaczki jest zmniejszająca się z każdym zdobytym metrem zawartość tlenu w powietrzu oraz coraz niższe ciśnienie. Pierwsze symptomy choroby wysokogórskiej u osób szczególnie wrażliwych mogą pojawić się już na wysokości powyżej 2 500 m n.p.m., z kolei powyżej 5000 m n.p.m. oznaki AMS dotkną prawie każdego. Osoba, która w porę nie zaaklimatyzuje się do szybko zmieniających się warunków otoczenia może doświadczyć szeregu przykrych objawów, z których najpoważniejsze to obrzęk mózgu i płuc.

Do najczęstszych objawów choroby wysokościowej zalicza się:

– bóle głowy

– nudności

– szybkie bicie serca

– duszności

– brak apetytu

– zmęczenie

– apatię

– obrzęk twarzy, dłoni i stóp

– zakłócenia koordynacji

– trudność w zebraniu myśli

– halucynacje (omamy wzrokowe).

Choroba wysokościowa rozwija się u każdego indywidualnie. To, czy dolegliwości będą natężone i gwałtowne zależy m.in. od wrażliwości osobniczej oraz ogólnego stanu zdrowia alpinisty. Kluczowe jest tutaj również przestrzeganie kilku fundamentalnych zasad podczas wyprawy. Po pierwsze należy stopniowo zdobywać wysokości, co pozwoli organizmowi prawidłowo zaaklimatyzować się do nowych warunków. Najbardziej wskazane jest pokonywane nie więcej niż 300-600 m różnicy poziomów w ciągu dnia. W myśl zasady „wspinaj się wysoko, śpi nisko”, aby maksymalnie zminimalizować prawdopodobieństwo wystąpienia AMS zalecana się wchodzić wyżej w ciągu dnia i schodzić na noc na niższą wysokość. Innymi słowy powolna wspinaczka jest w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem dla osoby przebywającej na dużej wysokości.

Po drugie konieczne jest stałe uzupełnianie niedoborów energetycznych. W tym celu stosuje się dietę wysokowęglowodanową, która w szybki sposób uzupełnia utraconą energię. Poza tym należy pić dużo płynów, aby stale nawadniać organizm i nie doprowadzić do odwodnienia. Jeśli jednak wystąpi już skrajny objaw choroby wysokogórskiej, czyli obrzęk płuc i mózgu to według wytycznych należy wtedy ograniczyć przyjmowanie zbyt dużej ilości płynów.

Kluczowe jest również unikanie do czasu prawidłowej aklimatyzacji niepotrzebnego i nadmiernie intensywnego wysiłku. Zaleca się stopniowo budować formę, bez zbędnego forsowania organizmu.

 

Co zrobić jednak w sytuacji kiedy wystąpią pierwsze objawy choroby wysokogórskiej?

 

Jeśli symptomy nie są zbytnio nasilone to można przeczekać chorobę pozostając na tej samej wysokości. W przypadku jednak, gdy objawy nie ustępują lub co gorsza nasilają się należy niezwłocznie zejść na niższy poziom. Na rynku farmaceutycznym dostępne są również różnego rodzaju leki ograniczające rozwój AMS, stosowane zwłaszcza w przypadku objawów obrzęku mózgu  (deksametazon), dlatego podczas wyprawy konieczne jest posiadanie ich w swoim ekwipunku, aby w razie konieczności sięgnąć po nie. Powszechne wśród wspinaczy stosuje się też popularną aspirynę, która rozrzedza krew i tym samym ułatwia oddychanie. Jednak regularne stosowanie jej ma swoje minusy. Przede wszystkim należy brać pod uwagę, że podczas zranienia, o które nie ciężko podczas wyprawy górskiej mogą pojawić się trudności z zahamowaniem powstałego krwotoku.

 

Co to jest ślepota śnieżna?

 

W górach szczególnie tych wysokich wspinacze narażeni są na wystąpienie tzw. ślepoty śnieżnej, czyli ostrego zapalenia spojówek i nabłonka rogówki wywołanego ekspozycją na promieniowanie UV. Na dużych wysokościach promieniowanie ultrafioletowe jest kilkakrotnie bardziej intensywne niż na poziome morza. Dzieje się tak z powodu sporego rozrzedzenia atmosfery i nikłego przefiltrowywania promieni słonecznych. Dodatkowo efekt ten jest spotęgowany poprzez odbijanie się światła od zalegającego na szczytach górskich śniegu. Zatem jak uchronić się przed ślepotą śnieżną? Przede wszystkim koniecznej jest stałe noszenie okularów lub gogli przeciwsłonecznych z wysokim filtrem UV. Ochronne okulary należy nosić zarówno w dni słoneczne, jak i pochmurne. Taka profilaktyka jest niezbędna, aby uniknąć przykrych objawów ślepoty śnieżnej, które pojawiają się w ciągu 4-12 godzin od momentu oparzenia. Do charakterystycznych symptomów należą:

– ból oczu, nasilający się podczas ruchu gałek ocznych

– światłowstręt z towarzyszącym bólem głowy

– uczucie piasku w oku

– łzawienie

– opuchnięcie powiek

 

W przebiegu ślepoty śnieżnej może dojść do tymczasowej utraty wzroku, która na szczęście po wdrożeniu odpowiedniego leczenia po kilku dniach ustępuje.

Leczenie ślepoty górskiej w głównej mierze polega na zapewnieniu osobie cierpiącej na tą dolegliwość odpoczynku w ciemnym pomieszczeniu, aby maksymalnie ograniczyć ekspozycję na promieniowanie UV. Podczas rekonwalescencji doraźnie stosuje się leki przeciwbólowe i krople do oczu przyspieszające regenerację struktury oka. Całkowite wyleczenie ze ślepoty śnieżnej zajmuje od trzech do czterech dni.

 

Podsumowując warto wiedzieć jakie obiektywne zagrożenia czyhają na tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z górami najwyższymi.

 

Redakcja pacjentinfo.pl

 

Wiemy, dlaczego tyjemy na zimę

Komórki tłuszczowe kurczą się pod wpływem promieni słonecznych, co tłumaczy dlaczego chudniemy latem, a tyjemy zimą.

Styczeń, kilka tygodni po świętach. Wciąż stajemy na wadze, by sprawdzić, czy udało się już spalić odłożone w zeszłym roku na biodrach pierogi, serniki i makowce. Wiele wskazuje na to, że niekoniecznie szybko uda się to zrobić, przynajmniej do czasu, kiedy nie będzie więcej słońca. Dowodzą tego odkrycia zespołu prof. Petera Lighta z kanadyjskiego University od Alberta.

Zagadkę zimowego tycia odkryli przez przypadek

Odkrycia dokonane – przez przypadek – w trakcie prac bioinżynieryjnych mających na celu stworzenie komórek tłuszczowych produkujących insulinę w odpowiedzi na ekspozycje na światło słoneczne. Prace te były związane z leczeniem cukrzycy typu I.

– To było przypadkowe odkrycie. Zauważyliśmy w ludzkich tkankach niespotykaną reakcję na nasze działania. Ponieważ nie znaleźliśmy nic na ten temat w literaturze, wiedzieliśmy, że należy dalej ją badać – mówi prof. Light.

Okazało się, że komórki tłuszczowe wystawione na działanie promieni słonecznych się kurczą. – Kiedy niebieskie światło słoneczne – promieniowanie, które jesteśmy w stanie dostrzec – penetruje naszą skórę i sięga komórek tłuszczowych położonych tuż pod nią, kropelki tłuszczu zmniejszają się i są uwalniane z komórki tłuszczowej. Innymi słowy, nasze komórki, gdy jest za mało słońca, nie przechowują zbyt dużo tłuszczu – mówi prof. Light.

Według uczonego brak wystarczającej ilości światła słonecznego w trakcie zimowych miesięcy może być jedną z przyczyn, dla których tyjemy zimą. Zwłaszcza w jego rodzinnej Kanadzie, gdzie z powodu dość chłodnego i wilgotnego klimatu często brakuje słońca.

Utrata kilogramów przez wylegiwanie się na słońcu?

Prof. Light przestrzega jednak, że okrycia jego zespołu to wstępne obserwacje i wylegiwanie się na słońcu nie jest rekomendowanym sposobem na utratę zbędnych kilogramów. – Nie mamy pojęcia jak intensywne powinno być światło, by ten mechanizm się uaktywnił, ani  nie wiemy jak długo ma trwać naświetlanie – tłumaczy uczony.

Zaskakujące zjawisko odkryte przez jego zespół może być związane z działaniem zegara biologicznego. Nie od dziś wiadomo, że niebieskie światło wpływa na wzorce snu i czuwania. Za dużo tego światła, zwłaszcza jeśli jest emitowane przez urządzenia elektroniczne wieczorem, uniemożliwia zasypianie. Niewykluczone więc, że reagują na takie światło zarówno nasze oczy, jak i komórki tłuszczowe znajdujące się tuż pod skórą. W zależności od sezonu mogłyby one gromadzić i uwalniać tłuszcz w odpowiedzi na światło.

Tłuszcz zgromadzony pod skórą tworzy warstwę izolującą nas od zimna. Jest więc on nam potrzebny w trakcie zimowych miesięcy, kiedy temperatura spada grubo poniżej zera. Mechanizm zaobserwowany przez Kanadyjczyków dobrze więc tłumaczy nasze sezonowe wahania wagi, jak i fakt, że w trakcie wakacji zazwyczaj chudniemy. Oczywiście, część z tego to niewątpliwie zaleta większej ilości ruchu, ale i słońce ma zapewne w tym swój udział.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

„Męska grypa” istnieje naprawdę

Mamy coraz więcej dowodów naukowych na to, że mężczyźni rzeczywiście znacznie gorzej niż kobiety przechodzą przeziębienie czy klasyczną grypę.

Większość kobiet miała okazję oglądać zjawisko „męskiej grypy” w naturze. Nie chcemy tego wytykać naszym ukochanym panom, ale wyglądają wtedy jak kupka nieszczęścia. Katar, załzawione oczy, ogólna niemoc. Wystarczy temperatura 37,5 stopni Celsjusza by nasz mężczyzna znajdował się niemal na granicy życia i śmierci.  Słownik Oksfordzki podaje następującą definicję „męskiej grypy”: „Przeziębienie albo podobne pomniejsze dolegliwości doświadczane przez mężczyznę, który wyolbrzymia objawy tej choroby.”

Ale czy rzeczywiście panowie wyolbrzymiają objawy infekcji? Kwestią „męskiej grypy” postanowił zająć się na poważnie kanadyjski lekarz Kyle Sue z Memorial University of Newfoundland. Zebrane przez siebie dane opublikował świątecznym numerze „British Medical Journal” (BMJ). Wynika z nich, że takie zjawisko rzeczywiście może istnieć, a jego przyczyny tkwią w biologii.

Wiele wskazuje na to, że mężczyźni „umierają” z powodu zwykłego przeziębienia przede wszystkim dlatego, że ich system odpornościowy działa nieco inaczej niż kobiecy. Winne są temu hormony płciowe. Przemawiają za tym badania prowadzone zarówno na myszach, jak i z udziałem ludzi. Wiele analiz dowodzi na przykład, że u samic gryzoni reakcja immunologiczna na rozmaitego rodzaju infekcje jest znacznie ostrzejsza niż w przypadku samców. Hormonem, który działa ochronnie w tym przypadku jest m.in. estradiol. Potwierdzają to testy na pobranych z nosa ludzkich komórkach nabłonka zainfekowanych wirusem grypy. Kiedy te komórki wystawiono m.in na działanie żeńskiego hormonu estradiolu miano wirusa (stopień skażenia) spadał w przypadku tkanek pobranych od kobiet, ale nie mężczyzn.

Testosteron osłabia 

Podobne wyniki dało inne opisane w „British Medical Journal” badanie. Komórki pobrane od 63 zdrowych ludzi, pogrupowano według płci i wieku, po czym zakażono je rinowirusami (wirusami przeziębienia). Komórki pobrane od kobiet przed menopauzą wykazywały silną odpowiedź obronną. Zjawiska tego nie obserwowano w przypadku pań po menopauzie oraz mężczyzn, co wskazuje na kluczową rolę żeńskich hormonów płciowych w stymulowaniu tego procesu. (Po menopauzie poziom tych hormonów w ciele kobiet drastycznie spada).

Z kolei badania nad skutecznością szczepionek przeciwko grypie wykazują, że kobiety znacznie lepiej na nie reagują. Zauważono również, że mężczyźni z wysokim poziomem testosteronu słabiej reagują na te szczepionki, co sugeruje, że hormon ten pełni rolę immunosupresanta, czyli substancji osłabiającej odpowiedź obronną organizmu.

Nic dziwnego, że w wydanym w 2010 roku komunikacie Światowa Organizacja Zdrowia przestrzega, iż „płeć powinna być brana pod uwagę, gdy mamy oceniać ekspozycję na wirusa grypy oraz skutki infekcji”. Dane epidemiologiczne zebrane w sezonach grypowych w latach 2004-2010 w Hong Kongu dowodzą, że dorośli mężczyźni częściej niż kobiety są przyjmowani do szpitala z powodu grypy. Z kolei dane zebrane w latach 1997 – 2007 w Stanach Zjednoczonych ujawniły, że mężczyźni częściej umierają z powodu grypy niż kobiety w tym samym wieku i to to nawet wtedy, jeśli weźmie się pod uwagę również inne czynniki ryzyka, takie jak choroby serca, czy nowotwory, które mogą być dodatkowym obciążeniem.

Ewolucyjnie przystosowani do walki, ale nie z infekcją

Skąd się jednak się bierze ta zwiększona męska podatność na infekcje? Dlaczego wystarczy zwykły katar i stan podgorączkowy by położyć naszego mężczyznę do łóżka?  Kyle Sue na łamach „British Medical Journal” sugeruje, że podłoże tego zjawiska może tkwić w biologii ewolucyjnej. Przypomina, że dla naszych przodków żyjących na afrykańskiej sawannie najważniejsze było zdobycie partnerki oraz jej zapłodnienie. Rywalizacja o kobiety była wówczas na tyle obciążająca, że istniało większe prawdopodobieństwo śmierci z powodu urazu niż infekcji. Stąd liczyła się siła, wielkość i wytrzymałość, a nie sprawnie działający system odpornościowy.

W tym świetle „męska grypa”, która ścinała mężczyznę z nóg, mogła być kluczowa dla jego przetrwania jako jednostki, gdyż prowadziła do „oszczędzania energii i redukowała ryzyko spotkania drapieżnika”. Dziś lwy już naszym panom nie zagrażają, lecz redukcja wydatków energetycznych wciąż jest dla nich ważna, kiedy mają katar.

W świetle przedstawionych dowodów „męska grypa” może być faktem, a nie tylko ciekawym zjawiskiem kulturowym. Wiele wskazuje bowiem na to, mężczyźni naprawdę mają słabszy system odpornościowy, częściej chorują i umierają z powodu infekcji. Może więc rzeczywiście należy im współczuć, kiedy czują się nieco gorzej?

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Czy zawodnik sumo, choć gruby, może być zdrowy?

To FAKT. Wyróżniane są dwa główne typy otyłości pokarmowej: otyłość z prawidłowym profilem metabolicznym, w której ktoś ma prawidłowe wyniki badań oraz otyłość z wysokim poziomem zaburzeń metabolicznych.

Osoby z typem otyłości „zdrowej” mają prawidłowy profil metaboliczny, czyli mają w normie poziom cholesterolu, cukru i ciśnienie tętnicze, choć są otyłe. Klasycznym tego przykładem są japońscy zapaśnicy sumo, którzy ważą nawet 200 kg, ale wyniki badań mają prawidłowe. Okazało się, że osoby ze „zdrową otyłością” mają inne rozłożenie tkanki tłuszczowej w organizmie. Przypomnijmy, że gromadzi się ona m.in. pod skórą (tzw. podskórna) lub też wokół narządów w jamie brzusznej, takich jak: żołądek, wątroba, jelita czy trzustka (tzw. trzewna).

– Gdy obejrzy się w tomografii komputerowej przekrój ciała zawodników sumo, widać, że tłuszcz podskórny na obwodzie jest bardzo duży i przerośnięty, natomiast tłuszcz trzewny minimalny – podkreśla prof. Andrzej Milewicz, endokrynolog. – Odwrotnie niż w otyłości brzusznej, czyli tej „niezdrowej”, w której tłuszcz trzewny przerasta i powoduje wypchnięcie mięśni brzusznych, przez co panowie wyglądają, jakby połknęli piłkę, natomiast tłuszcz podskórny jest znacznie mniejszy.

Gdy w Japonii zbadano jak gromadzi się tkanka tłuszczowa u profesjonalnych, japońskich zapaśników sumo, okazało się, że wszyscy mieli bardzo wysokokaloryczną dietę. Jedli 5000 do 7000 kalorii dziennie, ale jednocześnie bardzo ciężko ćwiczyli. Mimo, że wszyscy – zgodnie z przyjętymi standardami – uważani są za osoby otyłe – poziom glukozy, trójglicerydów i cholesterolu mieli prawidłowy. Badania tomografii komputerowej wykazały, że mają oni znaczący udział masy mięśniowej. Zdaniem badaczy, właśnie muskulatura i regularne ćwiczenia fizyczne mogą ich chronić przed gromadzeniem się tkanki tłuszczowej trzewnej, która powoduje, że jesteśmy bardziej narażeni na cukrzycę typu 2 czy choroby układu krążenia.

U zawodników sumo, gdy przestają intensywnie ćwiczyć, otyłość często zmienia się w formę niezdrową – podkreśla prof. Milewicz.

U osób ze „zdrową otyłością” nie odkłada się patologicznie tłuszcz w mięśniach i wątrobie. Ale doniesienia opublikowane w Journal of Clinical Endocrinology and Metabolism wykazały, że procent stłuszczenia wątroby u takich osób jest wysoki, a więc mają wyższe ryzyko rozwoju cukrzycy w porównaniu do osób z właściwą masą ciała.

Istotną cechą „zdrowej” otyłości jest też fakt, że często zaczyna się ona już w dzieciństwie, czyli przed 20 rokiem życia. Wykazano zależność między czasem ujawnienia i trwania otyłości, a wrażliwością tkanek na insulinę. Podkreśla się, że w organizmie występują mechanizmy adaptacyjne, które nie dopuszczają m.in. do wystąpienia insulinooporności w dzieciństwie.

Większość polskich i zagranicznych ekspertów ds. zdrowia publicznego zgodnie ocenia jednak, że dla zachowania optymalnego zdrowia najlepsze jest utrzymywanie prawidłowej masy ciała. Z jednej strony chodzi więc o to, aby nie mieć niedowagi, a z drugiej, by nie mieć otyłości.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Kiedy NIE karmić piersią

Mleko matki jest bez wątpliwości najzdrowszym pokarmem noworodka i niemowlęcia. Są sytuacje, kiedy jednak karmić nie można.

Jest to warunkowane stanem zdrowia matki oraz dziecka.

Niektóre choroby matki wykluczające lub ograniczające możliwość karmienia piersią:

  • Uzależnienie od narkotyków,
  • Zakażenie wirusem HIV,
  • Przyjmowanie niewskazanych dla dziecka leków w chorobach przewlekłych,
  • Nieleczona gruźlica,
  • Ciężka choroba psychiczna,
  • Choroba nowotworowa w fazie leczenia cytostatykami – warto konsultować się w tym przypadku z lekarzem, ponieważ w niektórych sytuacjach możliwe jest karmienie pomiędzy kursami chemioterapii,
  • Cytomegalia, ale wtedy, gdy dziecko jest wcześniakiem. Natomiast jeśli dziecko pochodzi z ciąży donoszonej, nie ma przeciwskazań do karmienia piersią,
  • Zmiany skórne o charakterze zakaźnym na obu brodawkach sutkowych do czasu ich wyleczenia (jeśli choroba dotyczy jednej brodawki, należy karmić jedną, niezakażoną piersią, jeśli obie – mleko ściągać i wylewać, ale wrócić do karmienia po wyleczeniu stanu zakaźnego).

Niektóre choroby dziecka wykluczające lub ograniczające karmienie go piersią:

  • Galaktozemia. Niemowlęta, które chorują na tę chorobę, powinny być karmione pokarmem niezawierającym galaktozy;
  • Wrodzona nietolerancja laktozy u dziecka (bardzo rzadkie schorzenie),
  • Fenyloketonuria – zaleca się karmienie piersią do momentu uzyskania ostatecznej i pewnej diagnozy. Jeśli zostanie ona potwierdzona, wskazana jest dieta mieszana: pokarm matki i mleko zastępcze, jednak proporcje obu pokarmów ustala lekarz z poradni leczącej fenyloketonurię

– Obecnie jest mało przeciwskazań do karmienia piersią. Na szczęście skończyły się czasy, kiedy wiele chorób eliminowało taką możliwość. Nie warto z tego pochopnie rezygnować, bo korzyści z karmienia piersią są nieocenione  – mówi pediatra i alergolog dr Jolanta Pietrzak ze Szpitala Specjalistycznego nr 2 w Bytomiu.

Źródło www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Ukryty wirus, przyczajony rak

W Polsce nosicielami wirusa zapalenia wątroby typu B jest 359 tysięcy osób. Prawie połowa z nich tego nie wie. Kiedyś …

Cukrzycę można wykryć zaglądając do ust?

To FAKT! W jamie ustnej może pojawić się wiele symptomów, świadczących o rozwijającej się podstępnie cukrzycy. Dentyści …

Gorzka czekolada dobra dla mózgu?

To FAKT! Co ciekawe, najlepiej działa na mózg seniorów. Za dobroczynny wpływ czekolady na funkcje poznawcze odpowiedzialne …