Kategoria: CIEKAWOSTKI MEDYCZNE

Czy wysypka może być objawem choroby genetycznej?

To FAKT! Choć najczęściej wysypka pojawia się na skórze w efekcie reakcji alergicznych, zatruć i chorób zakaźnych, to jednak może być też oznaką ultrarzadkiej choroby Fabry’ego.

Jest to ultrarzadka i groźna choroba genetyczna, na którą według szacunków cierpi w Polsce kilkaset osób. Możliwych jej objawów jest niestety bardzo wiele, co bardzo utrudnia jej wczesne zdiagnozowanie i przez co często jest mylona z innymi chorobami, np. reumatycznymi czy kardiologicznymi.

Jednym z najbardziej widocznych objawów tej choroby jest czerwonawo-purpurowa wysypka skórna, która najczęściej występuje w okolicy od pępka do kolan oraz w miejscach, gdzie skóra ulega rozciąganiu (np. łokcie, kolana). Zmiany skórne mogą mieć wielkość od łepka szpilki do kilku milimetrów. Zwykle pojawiają się w wieku dojrzewania i często stanowią pierwszy objaw umożliwiający postawienie prawidłowej diagnozy.

Choroba może jednak dawać objawy już od 4. roku życia, na wiele różnych sposobów, takich jak:

  • ból (najczęściej w okolicy dłoni lub stóp),
  • upośledzone pocenie (prowadzące do częstych gorączek i przegrzewania organizmu),
  • zaburzenia pracy nerek (białkomocz),
  • nieprawidłowości w budowie i pracy serca,
  • zmiany w zachowaniu (poczucie winy, depresja, stany lękowe, izolacja).

Choroba Fabry’ego spowodowana jest niedoborem enzymu alfa-galaktozydazy (alfa-GAL), który jest odpowiedzialny za rozkład niektórych substancji lipidowych w organizmie człowieka. Jego niedobór przyczynia się do nagromadzenia w tkankach (układu nerwowego i krwionośnego) nierozłożonych substancji tłuszczowych (głównie chodzi o globotriaozylo-ceramidy, GL-3 lub GB3), które uszkadzają m.in. naczynia krwionośne, serce, nerki i mózg.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Zdrowe jedzenie nie niweluje szkodliwego działania soli

Zdrowo się odżywiasz, ale jesz dużo soli? Niedobrze – nieważne, jak wiele warzyw, chudego nabiału i innych zdrowych rzeczy jadasz; jeśli są słone, i tak ryzykujesz nadciśnienie.

Takie wnioski płyną z szeroko zakrojonego i odznaczającego się dobrą metodologią badania opublikowanego w prestiżowym czasopiśmie „Hypertension”. Naukowcy wykorzystali m.in. dane z szeroko zakrojonego badania INTERMAP.

Ich praca jest wynikiem chęci sprawdzenia hipotezy, iż szkodliwe skutki wysokiego spożycia soli mogą być zneutralizowane poprzez dietę obfitującą w składniki wzmacniające naczynia krwionośne i serce (takie jak rozmaite mikroelementy oraz witaminy, których dużo znajduje się w warzywach czy nabiale). Dieta, która zawiera dużo warzyw i chudego nabiału, a mało tłuszczów i mięsa, jest bowiem elementem koniecznym zarówno do zapobiegania, jak i leczenia nadciśnienia.

Wygląda na to, że hipoteza jest błędna. Dieta ze składnikami wzmacniającymi naczynia krwionośne pomaga w obniżeniu ciśnienia tętniczego, ale tylko wtedy, gdy nie zawiera dużo soli.

Naukowcy postulują zatem, by na masową skalę obniżyć zawartość soli w produktach przetworzonych, czyli takich jak pieczywo, sery żółte, przetwory, wędliny. Tylko w ten sposób – argumentują – można zmniejszyć skalę olbrzymiego problemu zdrowotnego społeczeństw, jakim jest nadciśnienie tętnicze.

W Polsce nadciśnienie tętnicze jest diagnozowane u mniej więcej 40 proc. dorosłych osób, przy czym – ma je więcej osób, które nie mierzą ciśnienia i nie są świadomi rozwijającej się choroby. Szacuje się, że około 40 proc. chorujących na nadciśnienie nie jest tego świadomych. Początkowo choroba ta nie daje wyraźnych objawów.

Nadciśnienie może mieć każdy, ale w grupie wysokiego ryzyka są:

  • Mężczyźni powyżej 55. r. ż;
  • Kobiety powyżej 65. r. ż.;
  • Uzależnieni od tytoniu;
  • Osoby z podwyższonym poziomem cholesterolu;
  • Osoby z cukrzycą;
  • Osoby z przewlekłymi chorobami nerek;
  • Osoby z nadwagą/otyłością;
  • Osoby, których bliscy krewni chorowali/chorują na schorzenia układu sercowo-naczyniowego.

Mocne strony tego badania to:

  • Duże grupy badanych (ponad cztery tysiące osób) w wieku 40-59 lat;
  • Uczestnicy zróżnicowani etnicznie (mieszkańcy Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Japonii i Chin);
  • Pomiar wydalanego w moczu sodu i potasu, a zatem dokładny pomiar tych składników przyjmowanych w diecie (sód to składnik soli, potas w dużych ilościach znajduje się natomiast w warzywach), zatem jeśli chodzi o te dwa składniki nie polegano wyłącznie na deklaracjach badanych;
  • Uwzględnienie w wyliczeniach 80 składników odżywczych przyjmowanych przez badanych, którym przypisuje się zmniejszający ciśnienie tętnicze wpływ, takich jak witamina C, błonnik, tłuszcze omega-3;
  • Dokładne i wystandaryzowane kilkukrotne pomiary ciśnienia tętniczego.

Naukowcy potwierdzili korelację między podwyższonym ciśnieniem tętniczym a wysokim spożyciem soli, nawet wtedy, kiedy badani spożywający dużo soli, stosowali dietę bogatą w prozdrowotne (i obniżające ciśnienie) składniki.

Przeciętnie badani z Wielkiej Brytanii przyjmowali w diecie 8,5 g soli dziennie, z USA – 9,6 g, z Japonii – 11,7 g, z Chin – 13,4 g. To zdecydowanie za dużo.

Eksperci zalecają, by dziennie nie przekraczać 6 g soli – to około płaskiej łyżeczki tej przyprawy i konserwantu w jednym (przy czym trzeba doliczyć nie tylko sól, którą bezpośrednio dodajemy do potraw, ale i tę, która jest już w nich zawarta).

Pułapka produktów przetworzonych

Co istotne, to fakt, że w dzisiejszym świecie można jeść dużo soli nieświadomie. Sól jest w każdej niemal przetworzonej żywności: żółtym serze, pieczywie (bardzo dużo soli znajduje się np. w bagietkach francuskich), wędlinach, wędzonych rybach, konserwach, gotowych pastach i sosach, a nawet słodyczach. Jedynym ratunkiem jest zatem ograniczenie produktów przetworzonych i – co oczywiste – zmniejszenie codziennego solenia potraw.

– To badanie pokazuje, że nie ma żartów. Dieta uboga w sól to podstawa, nawet jeśli poza tym jest ona prawidłowo zbilansowana i zdrowa. A ponieważ olbrzymia porcja soli pochodzi z żywności przetworzonej, wzywamy jej producentów do podjęcia kroków w celu zmniejszenia zawartości sodu w ich produktach – skomentowała rezultaty badania jedna z jego głównych autorek dr Queenie Chan z Imperial College w Londynie.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

 

Dezodoranty mogą zwiększać ryzyko raka piersi

Wielokrotne w ciągu dnia używanie dezodorantu, jeśli zawiera sole glinu, zwiększa szansę zachorowania na raka piersi wśród młodych kobiet.

Zapach ludzkiego potu zależy od zawartych w nim substancji: amoniaku, mocznika, feromonów. Niekiedy uważa się, że duży wpływ na to, jak pachniemy, mają bakterie znajdujące się na skórze, które rozkładają pot.  Jego zapach drażnił naszych przodków przez tysiąclecia, stąd zamiłowanie starożytnych i nowożytnych  klas wyższych do rozmaitego typu pachnideł. Zabawne, że ludziom tym nie przychodziło do głowy, że czasami warto się… umyć. Król Francji Henryk IV (1533-1610 r.) po intensywnym wysiłku po prostu zmieniał koszulę.

Dziś rynek środków, dzięki którym czujemy się świeżo i pachniemy ładnie, jest gigantyczny. Na półkach w supermarketach i drogeriach stoją dziesiątki rodzajów dezodorantów, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Większość z nich zawiera sole glinu (chlorek glinu, węglowodorek glinu, nazywane niekiedy solami aluminium, glin jest jednak bardziej poprawną chemicznie nazwą). Podejrzenia co do szkodliwości tych substancji pojawiły się już kilkanaście lat temu. Niektóre badania wykazywały bowiem, że ich używanie (pod pachą) zwiększa ryzyko raka piersi. Sole glinu dają się powiązać  ze stresem oksydacyjnym, uszkodzeniami DNA, zakłóceniami działania estrogenów. Badania na myszach wykazały, że duża koncentracja glinu w tkance prowadzi do rozwoju guza.
Nie istniały jednak analizy pozwalające powiązać obecność tego pierwiastka w kobiecych piersiach (pochodzącego z dezodorantów) z występowaniem raka piersi.

Weryfikacja dotychczasowych wyników badań

Zespół dr Caroline Linhart z Uniwersytetu Medycznego w Innsbrucku postanowił podejść do tych kwestii niezwykle metodycznie. Badacze chcieli najdokładniej jak jest to możliwe porównać zdrowe i dotknięte nowotworem kobiety w podobnym wieku oraz sprawdzić, na ile używanie dezodorantów zawierających sole glinu zwiększa szanse wystąpienia choroby.  Dlatego do badań zrekrutowano dwie grupy ochotniczek. W pierwszej znalazły się kobiety w wieku od 20 do 85 lat, u których zdiagnozowano raka piersi w ciągu ostatnich 5 lat. W drugiej – kontrolnej – zdrowe ochotniczki. W sumie w każdej z grup znalazło się 209 uczestniczek. Chodziło, żeby obydwie dawały się porównać. (Dlatego utworzono pary w podobnym wieku: zdrowa-z diagnozą nowotworu.)

Wszystkie uczestniczki odpowiadały na pytania specjalnie skonstruowanej ankiety, nie mając również pojęcia jaki jest cel badań. (Chodziło o unikanie nakierowania ich uwagi na konkretny temat). Zostały zaproszone do badań związanych ze stylem życia (odżywianiem się, aktywnością fizyczną, higieną osobistą) i rakiem piersi. Ankieterzy zostali specjalnie pouczeni, by takich słów jak „antyperspirant”, „dezodorant” i „glin” używać bardzo ostrożnie. Generalnie posługiwano się określeniem „kosmetyki stosowane pod pachami”. Częstość ich używania podzielono na kategorie: „nigdy”, „1-4 razy na miesiąc”, „2-6 razy na tydzień” , „codziennie” i „wiele razy w ciągu dnia”.

Ochotniczki pytano również o inne czynniki mogące wpływać na rozwój nowotworu, np. terapie hormonalne czy występowanie raka piersi w rodzinie.

W przypadku 100 kobiet, u których zdiagnozowano raka i 52 zdrowych możliwe było też pobranie próbek w celu sprawdzenia koncentracji glinu w tkance piersi.

Analiza tak skrupulatnie zebranych danych nie tylko pozwoliła dość dokładnie porównać obydwie grupy ochotniczek, ale i wyciągnąć daleko posunięte wnioski związane z używaniem dezodorantów.

Czy aluminium w dezodorantach szkodzi?

Okazało się, że u kobiet poniżej 30-tki używających produktów pod pachę wielokrotnie w ciągu dnia ryzyko zachorowania na raka piersi było średnio 3,88 razy większa niż w przypadku zdrowych kobiet z grupy kontrolnej.

W przypadku próbek tkanek, obecność glinu stwierdzono zarówno w piersiach kobiet zdrowych i tych, u których zdiagnozowano raka. Ale im częściej wszystkie badane używały dezodorantów, tym koncentracja była większa. Jednak w przypadku kobiet, u których zdiagnozowano nowotwór, zawartość pierwiastka w tkance wynosiła 5,8 nmol/g, znacznie więcej niż u ochotniczek bez raka (3,8 nmol/g).

Komentując na łamach czasopisma „EBioMedicine” otrzymane wyniki zespół dr Linhard stwierdził, że wyniki ich badań sugerują wyraźne związki między używaniem produktów pod pachę, koncentracją glinu w tkance, a rakiem piersi. Jednak te prawidłowości dało się zauważyć jedynie w przypadku młodych kobiet, które używały dezodorantów wielokrotnie. Zależności tych nie zaobserwowano w innych grupach badanych ani u 30-latek używających tego typu kosmetyków raz dziennie.

Co to może oznaczać? Przede wszystkim wszystko wskazuje na to, że produktów kosmetycznych zawierających sole glinu należy tylko używać raz dziennie, zwłaszcza jeśli chodzi o młode kobiety.

Ograniczenia badania

Przede wszystkim, to jak często używają produktów pod pachę uczestniczki badań określały na podstawie swoich wspomnień (które mogą być zawodne). Młodsze kobiety mogły pamiętać więcej szczegółów związanych z konkretnymi zachowaniami związanymi z higieną osobistą.

Niewątpliwie praca zespołu dr Linhard miała również swoje mocne strony.

Po pierwsze bardzo dobrze udało się zestawić dane pochodzące z dość dokładnych kwestionariuszy z informacjami odnośnie koncentracji glinu w tkance piersi. Po drugie, pobieranie i badanie próbek odbywało się w warunkach uniemożliwiających ich zanieczyszczenie, a na dodatek zastosowano sprawdzone metody pomiaru.  Co więcej, chcąc sprawdzić, jak przedstawia się koncentracja glinu w piersiach, badacze pobierali próbki tkanek w różnych ich miejscach. Stąd uzyskali 3 próbki w przypadku ochotniczek ze zdiagnozowanym nowotworem i 6 – tych zdrowych.

Niewątpliwie praca włożona  badania przez zespół uczonej z Innsbrucku jest imponująca, a uzyskane wyniki dość niepokojące. Oczywiście należało by je powtórzyć na innej populacji.  Ale nie zmienia to faktu, że na wszelki wypadek produktów zawierających sole glinu nie należy nadużywać.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Nie należy pić wody podczas posiłku?

To MIT! Zarówno wodę, jak i inne napoje, można pić w czasie posiłków. Wbrew powszechnej opinii popijanie jedzenia nie zaburza procesów trawiennych.

Eksperci do spraw żywienia podkreślają, że woda z przewodu pokarmowego jest wchłaniana bardzo szybko, dzięki czemu jej „rozcieńczający” wpływ na soki czy enzymy trawienne jest bardzo krótkotrwały. Dlatego, nawet gdy popijamy jedzenie, to i tak zostanie ono skutecznie strawione.

Picie wody w trakcie posiłków ma jednak również swoje inne zalety. Na przykład, wypijanie jej przed posiłkiem często powoduje, że podczas posiłku zjadamy mniejszą ilość jedzenia, co może mieć znaczenie np. w trakcie odchudzania. Inna korzyść jest taka, że wielu osobom popijanie posiłku umożliwia skuteczne rozdrabnianie i przełykanie pokarmu.

Oczywiście, również w popijaniu jedzenia należy jednak zachować zdrowy rozsądek. Pijmy więc z umiarem, najlepiej wtedy kiedy czujemy taką potrzebę.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Trzeba pić dwa litry wody dziennie?

To MIT! Woda rzeczywiście jest nam bardzo potrzebna, ale nie jest lekiem na wszelkie dolegliwości. Wodę dostarczamy do organizmu nie tylko w postaci wypijania kolejnych szklanek tego napoju.

Na temat konieczności picia określonych ilości wody dnia krąży wiele mitów. Według wielu z nich osoby, które piją dużo wody, oczyszczają swój organizm z toksyn, poprawiają pracę nerek, mają więcej energii i pozbywają się zmarszczek. I rzeczywiście, bez wody zaburzone są procesy wydalania, co wpływa na stan zdrowia.

Zapotrzebowanie na wodę zależy od wieku, masy ciała, stanu fizjologicznego itd.

Trzeba pamiętać, że woda jako napój polecana jest przede wszystkim osobom odchudzającym się, ponieważ nie zawiera żadnych kalorii. Wodę dostarczamy sobie z różnych napojów – kawy, herbaty, soków, mleka itp., ale również z zup, owoców czy warzyw.  Warto też przypomnieć przy tej okazji, że leki powinno się jednak popijać niemal wyłącznie wodą.

Dobrym wskaźnikiem, czy potrzebujemy się nawodnić, jest kolor moczu – powinien być delikatnie żółty. Jeśli jest jasny niczym woda – pijemy za dużo. Jeśli ciemnożółty lub pomarańczowy – za mało.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Czy wyładowywanie złości jest zdrowe?

Badania naukowe nie potwierdzają przekonania o tym, że gdy nachodzi nas złość, to dobrze jest ją wyładować, aby doznać oczyszczającego efektu katharsis. Jednak złość jest dobra!

Wielu ludzi myśli, że wyładowywanie złości (np. poprzez krzyk, walenie pięściami w poduszkę albo gry komputerowe) jest zdrowe, bo pozwala uzyskać efekt katharsis, czyli psychiczne oczyszczenie ze złości i innych negatywnych emocji. Naukowcy twierdzą jednak, że to mit.

– Hipoteza katharsis jest fałszywa. Badania prowadzone od ponad 40 lat jednoznacznie świadczą o tym, że wyładowywanie złości bezpośrednio na kimś lub pośrednio (na jakimś obiekcie) tylko prowokuje do dalszej agresji – czytamy w książce „50 wielkich mitów psychologii popularnej”, którą napisali amerykańscy profesorowie psychologii: Scott O. Lilienfeld z Emory University w Atlancie, Steven Jay Lynn ze State University of New York, John Ruscio z College of New Jersey i Barry L. Beyerstein z Simon Fraser University.

– Gdy ludzie próbują radzić sobie ze złością poprzez wyładowanie jej w gwałtownej formie, przynoszą sobie chwilową ulgę, jednak wzmacniają w swoim zachowaniu związek pomiędzy przeżywaniem silnych emocji, a agresją – wyjaśniają Mateusz Banaszkiewicz i Agata Kozłowska, psychologowie z Uniwersytetu SWPS.

Jeśli odreagowywanie złości jest dolewaniem oliwy do ognia, to co w takim razie pomaga?

Jeśli jesteś w stanie, spróbuj rozbroić złość humorem.

Specjaliści podpowiadają, że najlepsze efekty dają takie sposoby radzenia sobie ze złością, którym towarzyszy konstruktywna strategia rozwiązania problemu, pozwalająca dotrzeć do jego źródeł. O co chodzi?

– By zniwelować obecność złości i jej negatywnych skutków w naszym życiu, można pracować nad sobą na poziomie sposobu myślenia o wydarzeniach, które wzbudzają w nas złość lub uczyć się zachowań, które choć wynikają ze złości, są konstruktywne. W pierwszym wypadku praca polega na zmianie automatycznych ocen sytuacji, które wzbudzają w nas złość. Dzięki odpowiedniemu treningowi możemy nauczyć się podchodzić z humorem lub nabierać dystansu do sytuacji, które w rzeczywistości nie wymagają aż tak wielkiej mobilizacji naszej energii, jaką daje złość – mówią Mateusz Banaszkiewicz i Agata Kozłowska.

W praktyce obejmuje to na przykład mówienie o problemowej sytuacji, emocjach, które wtedy przeżywamy i naszych potrzebach lub oczekiwaniach wobec osoby, która naszym zdaniem doprowadziła do tych trudności.

Na przykład, złoszczenie się i krzyczenie na partnera lub partnerkę za to, że ciągle się spóźnia, nie sprawi, że ktoś poczuje się lepiej, ani też nie pomoże rozwiązać problemu. Lepsze od tego jest spokojne wyrażenie niezadowolenia oraz przedstawienie rzeczowych argumentów nakierowanych na rozwiązanie problemu. Taka reakcja jest zdaniem psychologów dużo skuteczniejsza, bo umożliwia podjęcie konstruktywnego dialogu i pomaga zażegnać potencjalny konflikt.

– Można również rozważyć przyswojenie umiejętności odwracania uwagi od źródła złości i tym samym zniwelować zachowania agresywne w danym momencie. Strategia ta ma jednak działanie doraźne i nie rozwiązuje problemu, który niewyrażony najprawdopodobniej powróci. Warto starać się rozszerzać swój wachlarz adaptacyjnych reakcji na złość i wykształcić w sobie możliwość ich instynktownego stosowania – sugerują psychologowie.

Naucz się nazywać swoje emocje

Kluczową sprawą w radzeniu sobie ze złością okazuje się więc być jej właściwe rozpoznanie.

– Ważne jest, by nauczyć się oraz utrwalić zdolność do nazywania swoich emocji, ich akceptacji oraz wyrażania w konstruktywny, akceptowalny społecznie sposób, dając tzw. informację zwrotną – mówią Mateusz Banaszkiewicz i Agata Kozłowska.

Eksperci podkreślają, że w przypadku dzieci, nabywanie tych umiejętności wspierają przede wszystkim bezpieczne relacje z dorosłymi, którzy pomagają im nazywać przeżywane emocje oraz radzić sobie z problemami w konstruktywny sposób.

– U dorosłych w zależności od sytuacji pomocna może być: psychoterapia indywidualna, grupowa lub psychoterapia par – sugerują psychologowie SWPS.

Ćwiczenie czyni mistrza

Osoby, które chcą rozwijać umiejętność zdrowego radzenia sobie z emocjami mogą skorzystać z następujących rodzajów treningu psychologicznego:

  • trening konstruktywnej komunikacji,
  • trening porozumienia bez przemocy,
  • trening asertywności,
  • treningi zastępowania agresji,
  • trening inteligencji emocjonalnej,
  • trening radzenia sobie ze stresem.

Nie warto tłumić emocji

Dlaczego właściwe rozpoznanie i uznanie złości, ale także innych emocji jest aż tak ważne? Ponieważ, niestety często zdarza się, że złość, z różnych powodów, jest przez ludzi wypierana i tłumiona.

Tymczasem, jak wiadomo, wypieranie i tłumienie emocji, które są naturalną ludzką reakcją, może prowadzić do różnego rodzaju problemów psychosomatycznych (np. trudnych do wyjaśnienia objawów bólowych czy zaburzeń trawienia), a także do zaburzeń nastroju czy nawet depresji.

Psychoterapeuci podkreślają, że złość sama w sobie nie jest szkodliwa. Co więcej, przynosi nam też różne korzyści: pozwala rozpoznać różne zagrożenia, np. w sferze wartości czy porządku, może też prowadzić do podejmowania twórczych działań i ułatwić ważną zmianę życiową – jest bowiem emocją mobilizującą do walki.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Cukrzycę można wykryć zaglądając do ust?

To FAKT! W jamie ustnej może pojawić się wiele symptomów, świadczących o rozwijającej się podstępnie cukrzycy.

Dentyści w Polsce mają pełne ręce roboty. Nie tylko leczą pacjentów z próchnicą czy paradontozą, ale coraz częściej pełnią też rolę lekarzy pierwszego kontaktu wykrywając inne choroby, np. cukrzycę. Nie zdziwmy się zatem, gdy od dentysty wrócimy ze skierowaniem na badanie poziomu glukozy we krwi.

– Cukrzyca daje dość charakterystyczny obraz w jamie ustnej. Niektóre objawy, np. suchość w ustach, pieczenie, kandydoza (drożdżyca) jamy ustnej, stany zapalne i infekcje dziąseł, krwawienia z nich czy trudno leczące się rany w ustach, a nawet zaburzenia smaku, mogą wskazywać na wahania poziomu glukozy we krwi. U dzieci typowe jest przedwczesne wyrzynanie się zębów stałych. Specyficznym objawem zaawansowanej cukrzycy, a dokładnie jej powikłania, tzw. kwasicy ketonowej, jest również utrzymujący się nieświeży oddech – informuje lek. stom. Monika Stachowicz z Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy Periodent w Warszawie.

Specjalistka podkreśla, że przy tego rodzaju nieświeżym oddechu wyczuwalny jest silny zapach acetonu, który przypomina słodką, owocową woń, a kwasica ketonowa może doprowadzić do śpiączki i stanowi bezpośrednie zagrożenie życia dla pacjenta.

Na tym jednak nie koniec.

– Cukrzyca sprawia, że wiele schorzeń jamy ustnej ma zaostrzony przebieg, a ich leczenie jest o wiele trudniejsze i dłuższe. Dlatego pacjent z cukrzycą wymaga innego podejścia podczas zabiegów stomatologicznych. Trudniej goją się np. rany po zabiegach stomatologicznych, rośnie także ryzyko infekcji, bo wysoki poziom cukru obniża odporność i uniemożliwia białym krwinkom zwalczanie bakterii – mówi ekspertka.

Co więcej, u pacjentów z cukrzycą, infekcje dziąseł osłabiają zdolność organizmu do kontrolowania poziomu cukru we krwi i upośledzają działanie insuliny.

Dlatego, widząc typowe dla cukrzycy objawy w jamie ustnej, dentyści coraz częściej reagują.

– Jeśli pacjent sygnalizuje, że dba o higienę, a mimo to zmiany chorobowe szybko postępują, a do tego w rodzinie pojawia się cukrzyca, to takiego pacjenta wysyłamy na badania krwi. Zwłaszcza jeśli dawno nie wykonywał badań kontrolnych, ma nadwagę i jest po 50-tce – mówi Monika Stachowicz, alarmując, że tego typu przypadków jest coraz więcej.

Szacuje się, że w Polsce ponad 6 proc. kobiet ma cukrzycę typu 1 lub 2. Wśród mężczyzn odsetek ten wynosi ponad 5 proc. Niestety spora część chorych o tym nie wie.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Gorzka czekolada dobra dla mózgu?

To FAKT! Co ciekawe, najlepiej działa na mózg seniorów.

Za dobroczynny wpływ czekolady na funkcje poznawcze odpowiedzialne są flawanole – związki zawarte w kakao. To dlatego mowa jest o gorzkiej czekoladzie, z co najmniej 70-proc. zawartością kakao: po pierwsze, zwykle zawiera mniej szkodliwego cukru niż inne rodzaje czekolady, a po drugie – jest w niej największe stężenie dobroczynnych związków.

Flawanole to związki organiczne o działaniu antyoksydacyjnym. Znaleźć można je także w warzywach czy czerwonym winie.

Substancjom tym poświęcono już sporo badań, które można znaleźć w szeregu publikacji. Ostatnia to przegląd artykułów, dokonany przez grupę badaczy z Włoch, a opublikowany na łamach czasopisma Frontiers in Nutrition.

Najważniejsze ich ustalenia to:

  • Regularne jedzenie czekolady przez trzy do pięciu miesięcy w grupie osób starszych sprzyjało poprawie ich funkcji poznawczych, takich jak spostrzegawczość czy pamięć krótkotrwała (robocza);
  • Najlepsze efekty czekolady zaobserwowano u osób, które już mają niewielkie problemy z funkcjami poznawczymi;
  • Zjedzenie kakao lub czekolady zapobiegało obniżeniu sprawności umysłowej po nieprzespanej nocy – ale tylko w przypadku kobiet.

Autorzy publikacji zaznaczają, że badania epidemiologiczne wskazują, iż regularna konsumpcja flawonoidów (do ich grupy zalicza się substancje występujące w kakao) może być związana z:

  • Poprawą funkcji poznawczych
  • Zmniejszeniem ryzyka zespołów otępiennych;
  • Zmniejszonym występowaniem zaburzeń funkcji poznawczych;
  • Utrzymaniem w lepszej kondycji funkcji poznawczych w okresie 10 lat.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Czy osteoporozie można skutecznie zapobiegać?

To FAKT! Regularna aktywność fizyczna, zdrowa dieta bogata w wapń oraz unikanie używek – to trzy filary skutecznej profilaktyki osteoporozy

Chorobę tę lekarze określają „cichym złodziejem kości”, ponieważ przez długi czas nie daje żadnych objawów, ani nie powoduje bólu. Z tego powodu osteoporoza często bywa więc przez chorych niezauważana i niedoceniana, aż do momentu, kiedy gwałtownie się zamanifestuje – w formie złamań kości (w tym także kręgów). O rozwoju osteoporozy może też świadczyć zmniejszenie się naszego wzrostu, co najmniej o kilka centymetrów.

Na szczęście, eksperci przekonują, że większość z nas mogłaby uniknąć tego rodzaju przykrych doświadczeń – pod pewnymi warunkami.

„Korzenie tej choroby tkwią w przeszłości, nieraz bardzo odległej. Osteoporoza bywa porównywana do miażdżycy, gdyż obie te choroby są podstępne i rozwijają się przez wiele lat. Ale mają one jeszcze jeden wspólny mianownik: da się im skutecznie zapobiegać!” – twierdzi prof. Wojciech Pluskiewicz ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Oto trzy główne filary profilaktyki osteoporozy:

  • Regularna aktywność fizyczna, najlepiej na świeżym powietrzu, połączona z eksponowaniem ciała na światło słoneczne (np. spacery, nordic walking, taniec, tai-chi, różne dostosowane do wieku i kondycji ćwiczenia, w tym także w grupie), co najmniej trzy razy w tygodniu. Siedzący tryb życia i niska aktywność fizyczna znacząco zwiększają ryzyko osteoporozy.
  • Zdrowa, zbilansowana dieta – pokrywająca zapotrzebowanie organizmu m.in. na wapń, witaminy D, C, K i zawierająca izoflawonoidy (wymienionych składników dostarczają przede wszystkim: produkty mleczne, tłuste ryby, warzywa, owoce, nasiona roślin strączkowych). Warto dodać, że nadmiar białka, soli oraz witaminy A w diecie zwiększa ryzyko osteoporozy.
  • Odrzucenie lub zdecydowane ograniczenie konsumpcji używek: nadmierne spożycie alkoholu i kawy oraz palenie tytoniu należą do czynników obniżających masę kostną.

Oczywiście, nie na wszystkie czynniki zwiększające ryzyko rozwoju osteoporozy mamy wpływ (niezależnymi od nas są m.in. zaawansowany wiek, płeć żeńska, wczesne zakończenie miesiączkowania – przed 40 r.ż., skłonność rodzinna do złamań i osteoporozy). Ale mimo to, prof. Wojciech Pluskiewicz przekonuje, że nigdy nie jest za późno by podjąć działania zapobiegawcze wobec osteoporozy, a korzyści z profilaktyki mogą odnieść również osoby starsze. Krótko mówiąc, chodzi o to, aby czynnikom ryzyka rozwoju tej choroby przeciwstawić jak najwięcej czynników chroniących, starając się, żeby w ogólnym bilansie te ostatnie przeważyły.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Jogurt dobry dla sercowców

Osoby z nadciśnieniem tętniczym muszą szczególnie uważać na swoją dietę. Wiele wskazuje, że do warzyw, owoców, chudego mięsa oraz oliwy z oliwek powinny dodać jeszcze jogurt. Jego spożywanie znacznie zmniejsza ryzyko m.in. zawału.

Nadciśnienie tętnicze to główna przyczyna chorób serca i naczyń na świecie. Ocenia się, że cierpi na nie aż miliard ludzi. Pacjenci, u których odnotowano zbyt wysokie ciśnienie, powinni więc szczególnie dbać o swoje zdrowie, tak aby zmniejszyć ryzyko wystąpienia jego groźnych powikłań.

Jednym z kluczowych elementów zapobiegania nadciśnieniu jest odpowiednia dieta. Lekarze z amerykańskiego Narodowego Instytutu Chorób Serca, Płuc i Układu Krwiotwórczego zalecają tzw. dietę DASH opartą na owocach, warzywach, orzechach, niskotłuszczowych produktach nabiałowych, wyrobach zawierającymi pełne ziarno czy daniach z drobiu.

Teraz, dzięki badaniom zespołu dr Lynn Moore z Boston University School of Medicine wiemy, że w przypadku produktów nabiałowych, osoby z nadciśnieniem, szczególnie powinny zadbać o obecność w swojej diecie jogurtów. Stanowią one niezależny czynnik zmniejszający ryzyko choroby sercowo-naczyniowej.

Wystarczą dwie porcje na tydzień

Już od pewnego czasu było wiadomo, że regularne spożywanie produktów mlecznych może mieć ochronne działanie na serce. Wyjątkową wartością badań zespołu dr Moore jest fakt, że objęły one swym zasięgiem bardzo dużą grupę pacjentów – prawie 56 tysięcy kobiet i blisko 18 tys. mężczyzn z nadciśnieniem. Ponadto, badania te trwały bardzo długo – 30 lat w przypadku kobiet i 24 lata w przypadku mężczyzn. (Rozpoczęły się odpowiednio w 1980 i 1986 roku.)

Na początku obserwacji osoby te miały nadciśnienie, ale nie doświadczyły zawału, udaru czy poważnego zwężenia naczyń krwionośnych. Warunkiem przystąpienia do badań było wypełnienie bardzo drobiazgowej ankiety dotyczące codziennej diety, nie tylko tego co, ale i jak często jest przez nie spożywane. Ankiety te były powtarzane w regularnych, kilkuletnich odstępach aż do 2006 roku. W trakcie trwania badań zbierano również informacje (z kwestionariuszy i z oficjalnych zapisów medycznych) na temat przebytych przez te osoby schorzeń sercowo – naczyniowych.

Okazało się, że spożywanie dwóch lub więcej porcji jogurtu (jedna porcja to oko 200 ml) tygodniowo, było związane z 30-procentowym zmniejszeniem ryzyka zawału u kobiet i 19-procentowym u mężczyzn. Z kolei w przypadku udaru, z ochronnego działania jogurtu bardziej korzystali panowie. Odnotowano u nich o 25 proc. niższe ryzyko tego zdarzenia. W przypadku pań było to zaledwie 6 proc.

Zamiłowanie do jogurtu przekładało się również u kobiet na 16 proc. mniejsze ryzyko zabiegu rewaskularyzacji, czyli operacyjnego poszerzenia i udrożnienia zwężonego naczynia krwionośnego. (To obecnie jeden z częstszych zabiegów przeprowadzonych w związku z chorobami sercowo-naczyniowymi.)

W obydwu grupach, uczestnicy spożywających co najmniej dwie porcje jogurtu tygodniowo, mieli o ok. 20 proc. zmniejszone ryzyko choroby wieńcowej lub udaru.

Dieta na nadciśnienie naprawdę działa

W trakcie badań okazało się również, że najbardziej prozdrowotnie działa w połączeniu z konsumpcją jogurtu opisana na początku tekstu dieta DASH. Jeśli chodzi o mężczyzn, to taka kombinacja zmniejszała ryzyko zawału o 27 proc., a udaru aż o 37 proc.

– Podejrzewaliśmy, że długotrwałe spożywanie jogurtu może zmniejszać ryzyko problemów sercowo-naczyniowych, bo poprzednie badania na małych grupach wykazały korzystny efekt fermentowanych produktów mlecznych. Teraz mieliśmy bardzo dużą kohortę kobiet i mężczyzn z nadciśnieniem, których losy śledziliśmy nawet przez 30 lat. Wyniki naszych badań dostarczają nowych ważnych dowodów, że jogurt daje korzyści sam w sobie albo jako część diety obfitującej w owoce i warzywa oraz produkty pełnoziarniste – mówi Justin Buendia z Boston University School of Medicine, jeden z autorów badań.

Dieta DASH:
– Codziennie należy spożywać określoną liczbę porcji z różnych grup produktów.
– Nie więcej, niż 27 proc. kalorii w diecie powinno pochodzić z tłuszczu i to głównie pochodzenia roślinnego.
– Zalecane jest spożywanie chudego lub beztłuszczowego nabiału.
– Należy ograniczyć ilość spożywanego mięsa oraz jego przetworów. Najlepiej wybierać chude, białe mięso bez tłuszczu, nie smażone.
– Powinno się zwiększyć udział warzyw i owoców w diecie (do 4—5 porcji dziennie).
– Należy jeść orzechy i migdały.
– W przypadku produktów zbożowych: wybierać produkty pełnoziarniste.
– Ograniczyć udział w diecie cukrów prostych, czyli np. słodzonych napojów, słodyczy.
– Obniżyć spożycie sodu w diecie, najlepiej do 4g czyli 2/3 łyżeczki soli kuchennej dziennie.

Może więc warto zmienić swoja dietę na wiosnę? Jeśli mamy nadciśnienie, nasze serce może na tym bardzo skorzystać.

Źródło: Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

 

Ostrzeżenie – skażone jaja

Ostrzeżenie publiczne dotyczące żywności! Obecność pozostałości antybiotyku lazalocydu w ilości przekraczającej …

Czy wysypka może być objawem choroby genetycznej?

To FAKT! Choć najczęściej wysypka pojawia się na skórze w efekcie reakcji alergicznych, zatruć i chorób zakaźnych, …

Ostrzeżenie! Stwierdzono obecność bakterii w parówkach z szynki

Główny Inspektor Sanitarny wydał ostrzeżenie publiczne dotyczące stwierdzenie bakterii Listeria monocytogenes w parówkach …