Kategoria: CIEKAWOSTKI MEDYCZNE

Pomarańcze pomagają zapobiegać degeneracji plamki żółtej?

To FAKT! ludzie, którzy regularnie jedzą pomarańcze, mają mniejszą skłonność do rozwoju zwyrodnienia plamki żółtej niż ci, którzy nie spożywają ich wcale.

 Badacze z Center for Vision Research działającego przy Westmead Institute for Medical Research przeprowadzili wywiady z ponad dwu tysiącami australijskich dorosłych w wieku powyżej 50 lat, po czym obserwowali ich przez 15 kolejnych lat.

Okazało się, że u osób, którzy spożywały co najmniej jedną porcję (kilkadziesiąt gramów) pomarańczy każdego dnia, ryzyko rozwinięcia się w przyszłości zwyrodnienia plamki żółtej (AMD) było o 60 proc. niższe. AMD to groźna choroba prowadzącej do pogorszenia się ostrości widzenia, ubytków w widzeniu, a niejednokrotnie nawet do ślepoty. Nie ma na nią lekarstwa.

– Odkryliśmy, że ludzie, którzy jedzą co najmniej jedną porcję pomarańczy każdego dnia, mają zmniejszone ryzyko rozwoju zwyrodnienia plamki żółtej w porównaniu z osobami, które nigdy nie spożywają pomarańczy – tłumaczy. – Ale już nawet jedzenie pomarańczy raz w tygodniu wydaje się przynosić znaczące korzyści – mówi główna autorka pracy, prof. Bamini Gopinath.

Przed chorobą chronią najprawdopodobniej zawarte w tych owocach silne przeciwutleniacze –  flawonoidy. Co interesujące, australijski zespół przebadał również inne rodzaje żywności zawierające flawonoidy, na przykład herbatę, jabłka, czerwone wino. Ale tylko pomarańcze zadziałały.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Cynamon ma działanie bakteriobójcze?

To FAKT! Aldehyd cynamonowy, główny składnik olejku cynamonowego, skutecznie walczy z bakteriami mogącymi powodować ciężkie infekcje – dowodzą badania dr Sanjidy Topy z Swinburne University of Technology.

Dr Topa postanowiła sprawdzić, na ile substancja ta jest w stanie naruszyć biofilm tworzony przez pałeczkę ropy błękitnej.

Biofilm to warstewka bakterii formująca się w miejscu infekcji, chroniąca miejsce zakażenia przed antybiotykami. Natomiast pałeczka ropy błękitnej powoduje ciężkie, trudne do wyleczenia infekcje. Istnieją szczepy odporne na większość znanych leków. Często atakuje osoby z obniżoną odpornością, np. cierpiące na mukowiscydozę czy cukrzycę.

Badania na koloniach komórkowych pałeczki ropy błękitnej ujawniły, że aldehyd cynamonowy jest w stanie zniszczyć 75,6 procent bakteryjnych biofilmów. Co więcej, substancja ta ogranicza powstawanie nowych biofilmów i zdolność bakterii do rozprzestrzeniania się.

Według dr Topy, jej odkrycie może pomóc stworzyć nową klasę środków bakteriobójczych. Mogą to być na przykład specyfiki na infekcje skóry.  Aktualnie uczona pracuje nad nowatorskimi opatrunkami zawierającymi nanowłókna nasączone aldehydem cynamonowym.

Z doniesienia o cynamonie nie należy jednak wysnuwać wniosku, że ranę trzeba posypać tą wonną przyprawą. W tym wypadku wystarczy bieżąca woda z mydłem.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Noszenie krawata ogranicza dopływ krwi do mózgu?

To FAKT! Ciasno zawiązany krawat, może być niebezpieczny dla zdrowia, bo znacząco ogranicza dopływ krwi do mózgu – informuje pismo „Neuroradiology”.

Dr Robin Lüddecke i jego koledzy ze szpitala uniwersyteckiego w Szlezwiku-Holsztynie (Kilonia) skanowali mózgi 15 zdrowych młodych mężczyzn przed i po założeniu krawata. Każdego z nich poproszono o zrobienie węzła windsorskiego oraz dociągniecie krawata do momentu, w którym będzie on powodował lekki dyskomfort. Drugą grupę – kontrolną (także obejmującą 15 mężczyzn) – tworzyły osoby bez krawata.

Jak wykazało badania rezonansem magnetycznym (MRI), po zaciśnięciu krawata przepływ krwi w mózgu spadł przeciętnie o 7,5 proc. Co ciekawe, po rozluźnieniu krawata przepływ spadł jeszcze bardziej w stosunku do przepływu przed jego założeniem – o 12,8 proc.

Jak wyjaśniają autorzy, przepływ krwi w mózgu jest proporcjonalny do ciśnienia wewnątrzczaszkowego, a zaciskanie żyły szyjnej może prowadzić do wyższego ciśnienia, utrudniając wypływ – nawet w przypadku braku zmiany w żylnym przepływie szyjnym.

Wcześniejsze badania wskazywały między innymi, że krawat może negatywnie wpływać na ciśnienie w gałce ocznej, zaś noszony przez lekarza – ułatwiać przenoszenie infekcji.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Hamburgery mogą zwiększyć ryzyko astmy?

To FAKT! Szczególnie w przypadku dzieci powyżej 6 lat i nastolatków – dowodzą badania chińskich naukowców pod kierunkiem dr Ganga Wanga z Uniwersytetu Syczuańskiego w Chengdu.

Zespół dr Ganga Wanga niezwykle drobiazgowo przeanalizował 16 prac badawczych z całego świata, które objęły ponad 600 tys. osób, głównie dzieci i nastolatków. Sprawdzano, na ile jedzenie produktów typu fast foodów koreluje z alergiami i astmą. „Fast food” został tu zdefiniowany jako produkty sprzedawane w restauracjach lub sklepach, robione z wcześniej przygotowanych, podgrzewanych składników, zabierane często na wynos. Takie pożywienie jest zazwyczaj wysokokaloryczne, zawiera dużo szkodliwych tłuszczów nasyconych i tłuszczów trans, cukrów, ale mało wartościowych substancji odżywczych jak witaminy, błonnik i minerały.

W analizie uwzględniono osoby, które jadły tego rodzaju posiłki co najmniej raz tygodniowo.

Okazało się, że u osób będących na fastfoodowej diecie, ryzyko wystąpienia ataku astmy jest o 58 proc. większe niż u ludzi nie spożywających tego typu pokarmów. Astmy kiedykolwiek – 36 proc.

W przypadku zdiagnozowanego przez lekarza kataru siennego to ryzyko było 43 proc. wyższe, ciężkiej egzemy 51 proc. i ciężkiego atopowego zapalenia spojówek – 54 proc. większe

Co ciekawe, wśród fast foodów szczególnie hamburgery miały szkodliwe działanie. Spożywanie hamburgerów zwiększało ryzyko ataku astmy o 59 proc., ataku ciężkiej astmy – o 34 proc., astmy kiedykolwiek – o 47 proc. W dodatku: ciężkiej egzemy o 51 proc. i ciężkiego atopowego zapalenia spojówek – o 54 proc.

Zależności te były szczególnie widoczne, kiedy osoby biorące w badaniu spożywały hamburgery trzy i więcej razy w tygodniu.

– Potrzebne są dodatkowe badania dla potwierdzenia powiązań, które dostrzegliśmy w naszych analizach. Potrzeba również ustalić przyczyny powiązań konsumpcji fast foodów z alergiami – podsumował wyniki badań swojego zespołu dr Gang Wang z Uniwersytetu Syczuańskiego w Chengdu.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Kawa a serce: sprawdź czy szkodzi, czy pomaga?

Cztery kawy dziennie chronią serce przed uszkodzeniem. A to dlatego, że zawarta w niej kofeina wpływa dobrze na funkcjonowanie komórek mięśnia sercowego.

Cztery kubki kawy z mlekiem albo cztery espresso dziennie mogą pomóc uratować nam życie. Dosłownie.  Kawa jest bowiem nie tylko pyszna, ale – jak pokazują najnowsze wyniki badań – chroni też organ przed uszkodzeniem.

Ustalił to zespół dr Judith Haendeler i dr Joachima Altschmieda z uniwersytetu w Düsseldorfie, który zajmuje się badaniem działania białka zwanego p27. Wiadomo już, że w organizmie ssaków odgrywa ono niebagatelną rolę w funkcjonowaniu układu krwionośnego. Myszy, u których zaburzono jego działanie znacznie częściej niż normalne umierały na zawał serca.  Następnie, badacze postanowili sprawdzić jaka jest jego rola w komórkach serca gryzoni. Odkryli, że białko p27 można spotkać  w komórkowych mitochondriach, które są fabrykami energii.

Zawartość kofeiny w rozmaitych produktach: 

kawa parzona lub z ekspresu przelewowego 250 ml: 95-330 mg

  • espresso 30 ml: 50-150 mg
  • herbata czarna z torebki 250 ml: 40-75 mg
  • herbata zielona z torebki 250 ml: 25-50 mg
  • napój energetyczny 250 ml: 80 mg.

Jak kawa wpływa na serce

Kiedy myszom podano ekwiwalent czterech filiżanek kawy, okazało się, że następuje u nich aktywacja działania białka p27 właśnie w mitochondriach, co przekłada się na funkcjonowanie komórek śródbłonka (chroniącego naczynia krwionośne). Ponadto białko chroni komórki mięśnia sercowego przed uszkodzeniem, a także inicjuje proces przekształcania się fibroblastów (komórek tkanki łącznej) w komórki zawierające kurczliwe włókna.  Wszystkie opisane powyżej działania mają kluczowe znaczenie dla regeneracji serca po zawale.

Kawa aktywowała białko p27 u zwierząt ze stanem przedcukrzycowym, u myszy otyłych i w podeszłym wieku.

– Nasze wyniki badań wskazują na nowy sposób działania kofeiny. Wspomaga ona  ochronę i naprawę mięśnia sercowego poprzez działanie mitochondrialnego białka p27 – mówi dr Haendeler. Według uczonej należy rozważyć całkiem na poważnie włączenie kawy czy też innych napojów zawierających kofeinę do diety osób starszych. W ten sposób można by nie tylko zadbać o ich serce, ale i w szerszej perspektywie wydłużyć życie.

Kiedy kawa szkodzi?

Mała czarna nie działa jednak dobrze na każdego. Napojów z wysoką zawartością kofeiny powinny unikać osoby z wysokim ciśnieniem (bo każda kolejna filiżanka je jeszcze bardziej podniesie) oraz nastolatki i dzieci. U młodych ludzi 3-4 kawy dziennie mogą zaburzać sen oraz znacznie spowalniać rozwój mózgu.

Naukowcy z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Zurichu dowiedli, że młode szczury, którym podawano wodę z kofeiną nie tylko mają słabiej rozwinięte mózgi, ale i inaczej się zachowują. Zwierzęta z grupy kontrolnej zdawały się coraz bardziej ciekawskie i odważne z wiekiem, a te pijące kawę pozostawały bojaźliwe i ostrożne.

Badania te są o tyle ważne, ze kofeina występuje nie tylko w kawie czy herbacie, ale i w popularnych wśród młodych ludzi napojach energetycznych. Zazwyczaj jedna puszka odpowiada małej filiżance kawy, dlatego ich spożycie powinno być ściśle kontrolowane przez rodziców.

Kawę powinny również ograniczać kobiety starające się o dziecko. Kofeina w dawce powyżej 300 mg dziennie (jedna bardzo mocna kawa parzona może mieć nawet 300 mg) sprzyja spontanicznym poronieniom. Może również zaburzać rozwój płodu.

Kawa zapobiega licznym chorobom

Spożycie kofeiny daje się powiązać jednak z licznymi korzyściami zdrowotnymi.  Zmniejsza ryzyko chorób neurodegeneracyjnych, w tym Alzheimera – redukuje ilość płytek amyloidowych w mózgu, które odkładając się zaburzają przesyłanie sygnałów elektrycznych pomiędzy komórkami nerwowymi.  Generalnie zwiększa też – w połączeniu z glukozą (cukrem) aktywność mózgu, co może mieć kluczowe znaczenie dla zapobiegania procesom starzenia się tego organu.

Kofeina poprawia też działanie nerek i pomaga schudnąć (m.in. przyspieszając metabolizm, zwiększając wydatki energetyczne komórek), co przekłada się na zmniejszone ryzyko wystąpienia cukrzycy typu 2.

Istnieje również wiele badań wiążących spożycie kawy ze zmniejszoną zachorowalnością na liczne nowotwory, w tym: endometrium, prostaty, jelita grubego czy wątroby. Na koniec warto też wspomnieć, że umiarkowane spożycie kawy (1-2 filiżanki dziennie) generalnie sprzyja dłuższemu życiu, zmniejszając ryzyko śmierci.

Kawa jest pyszna i zdrowa, ale jak widać – tylko w umiarkowanych ilościach, i nie dla każdego.

 

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Czy sportowiec lub dziecko mogą mieć miażdżycę?

Można być młodym, sprawnym sportowcem i umrzeć na zawał serca, jeśli ma się hipercholesterolemię rodzinną. Miażdżycę mogą mieć już dzieci. Stąd trzeba sprawdzać poziom cholesterolu, zwłaszcza wtedy, gdy bliski krewny miał w młodym wieku zawał lub udar.

Hipercholesterolemia rodzinna uderza bez ostrzeżenia. Tak jest zresztą w przypadku większości zaburzeń rzadkich o podłożu metabolicznym.

– Chorujemy długo bez objawów i nagle zawał. Młody człowiek nie przyjmuje do świadomości faktu, że może być chory, szczególnie jak ma 20 czy 30 lat, zwłaszcza kiedy jest bardzo aktywny fizycznie i dobrze się odżywia – mówi kardiolog prof. Maciej Banach, dyrektor Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polski w Łodzi.

Kto choruje na hipercholesterolemię?

Zwykło się uważać, że zaburzenia lipidowe (a do takich należy hipercholesterolemia) to przypadłość osób starszych i co najmniej z nadwagą. To mit!

Szacuje się, że na hipercholesterolemię rodzinną cierpi w Polsce 1 na 250 osób, a wie o tym zaledwie 1-2 proc. chorych. Według różnych szacunków tą postacią hipercholesterolemii dotkniętych jest ok. 150-200 tys. Polaków.

Często chorują sportowcy, chociaż wysiłek fizyczny pozytywnie wpływa na obniżenie poziomu „złego” cholesterolu LDL. To jednak nie wystarcza, by proces miażdżycy, czyli niszczenia ścian tętnic, nie postępował.

– Kilka lat temu badaliśmy z Instytutem Sportu chorych sportowców i okazało się, że mają poziom LDL powyżej 140, 150 mg/dl pomimo intensywnego wysiłku – mówi prof. Banach.

Jakie parametry dotyczące cholesterolu powinny zwrócić naszą uwagę?

Sygnał ostrzegawczy to wynik badania całkowitego cholesterolu powyżej 300 mg/dl, a frakcji LDL – powyżej 190 mg/dl.

Uwaga! Podwyższony poziom cholesterolu LDL nie daje żadnych objawów!

Jeśli się już jakieś symptomy podwyższonego LDL się pojawiają, oznacza to, że proces miażdżycowy jest już bardzo nasilony i pojawiła się choroba serca. Dlatego jest to tak ważne, by kontrolować swój poziom LDL cholesterolu i wychwycić zmiany, kiedy da się im jeszcze zaradzić.

Kiedy powinniśmy się nim zainteresować? Jeśli nasi rodzice lub dziadkowie mieli zawał, udar w młodym wieku.

– Młody wiek, czyli poniżej 55. roku życia. To jest właściwie jedyna taka rzecz, która mogła by niepokoić i zmobilizować do badania. Innych objawów, niestety, nie mamy. – mówi prof. Banach.

Hipercholesterolemia rodzinna to choroba o podłożu genetycznym. Jeśli zdiagnozowano ją u rodzica, ryzyko, że i jego syn czy córka będą chorować wynosi 50 proc. A małe dzieci też mogą mieć podwyższony cholesterol. Jeśli poziom LDL przekracza u nich 160, istnieje podejrzenie, że odziedziczyły wadliwy gen wywołujący chorobę.

Kiedy badania genetyczne w kierunku rodzinnej hipercholesterolemii?

– Mamy możliwości terapeutyczne dla pacjentów od 6. roku życia. Najczęściej jednak trafiają do nas dzieci powyżej 12 roku życia, mające już zmiany miażdżycowe – mówiła prof. Małgorzata Myśliwiec, kierownik Katedry i Kliniki Kardiologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Badania genetyczne potwierdzające chorobę robi się głównie u dzieci.

– W przypadku dorosłych nie ma konieczności robienia takich testów. Mamy skalę holenderską, czy skalę WHO i kilka innych, które fenotypowo, czyli objawowo pozwalają rozpoznać hipercholesterolemię rodzinną. W 100 procentach to wystarcza, by rozpocząć leczenie. Badania wykonuje się w przypadku 25 proc. dorosłych, gdy pojawiają się jakieś wątpliwości – mówi prof. Banach.

Podjęcie skutecznego leczenia jest kluczowe dla zahamowania rozwijającej się w trakcie tej choroby miażdżycy. W tym przypadku nie pomoże tylko dieta (choć może działać ona ochronnie i wspierająco i jest elementem leczenia). Należy podać leki, które obniżą poziom „złego” cholesterolu. Dzięki temu pacjent może żyć równie długo, co inni, a nie umrzeć na zawał czy udar zdecydowanie przedwcześnie.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Kuchenne ręczniki pełne bakterii

Wilgotne kuchenne ściereczki używane m.in. do wycierania naczyń mogą być źródłem wielu groźnych bakterii wywołujących zakażenia pokarmowe. A im większa jest rodzina, która ich używa, tym niebezpieczeństwo staje się większe.

Bakterie lubią ciepło i wilgoć, czego najlepszym dowodem są badania naukowców z Uniwersytetu Mauritiusa, zaprezentowane na ASM Microbe – dorocznym spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Mikrobiologicznego. Uczeni ci sprawdzili, jakie mikroby można spotkać w ręcznikach czy też ściereczkach wykorzystywanych w kuchni do rozmaitych celów: wycierania naczyń, rąk, czy mokrych powierzchni, a także trzymania gorących garnków, pokrywek.

– Nasze badania pokazują, że praktyki higieniczne w kuchni oraz to jak duża jest rodzina wpływają na bakterie w kuchennych ręcznikach. Odkryliśmy ponadto, że dieta, rodzaj i wilgotność ściereczek mogą być bardzo ważne w promowaniu wzrostu patogenów odpowiedzialnych za zatrucia pokarmowe – mówi dr Susheela D. Biranjia-Hurdoyal z Uniwersytetu Mauritiusa.

Badacze chcieli sprawdzić jakie bakterie żyją na bawełnianych ściereczkach, używanych w domach na Mauritiusie. W tym celu rozdali sto takich przedmiotów, po czym zebrali je po miesiącu używania. (Każda gospodyni używała ich na swój własny, praktykowany od dawna sposób). Następnie badacze pobrali próbki występujących na nich bakterii, namnożyli je i sprawdzili do jakich gatunków należą. Co więcej, sprawdzili również jak dużo tych drobnoustrojów jest na każdym z ręczników.

Okazało się, że aż 49 proc. ręczników aż się roi od chorobotwórczych bakterii. Najgorsze były: E. coli obecne w 36,7 proc. przypadków, enterokoki  – 36,7 proc. i gronkowce złociste – 14,3 proc. W dużych rodzinach, gdzie były dzieci –  ściereczki ogólnego zastosowania (wycieranie rąk, blatów, etc.) były najbogatsze w mikroflorę. Wilgotne zawierały też więcej bakterii niż suche.

Gronkowiec złocisty był w dużej mierze izolowany z ręczników kuchennych nieco mniej zamożnych rodzin i takich, w których były dzieci. Z kolei ryzyko E. coli było większe w przypadku ściereczek wilgotnych niż suchych, takich które były wykorzystywanych do różnych celów i co ważne – w rodzinach, gdzie jedzono mięso.

Komentując wyniki swoich badań dr. Biranjia-Hurdoyal stwierdziła, że obecność szczególnie tych ostatnich bakterii może być niebezpieczna w kuchni. Prowadzi bowiem do ciężkich zatruć pokarmowych.

– Powinniśmy zniechęcać ludzi do wykorzystywania w kuchni wilgotnych ręczników i takich, których używa się do wszystkiego. Większe rodziny z dziećmi i osobami starszymi powinny być szczególnie czujne, w kwestii higieny kuchennej – podsumowuje badaczka.

Choć jej badania zrobiono na egzotycznym dla nas Mauritiusie wydaje się, że podobne wyniki można by uzyskać i w Polce, zwłaszcza latem, kiedy jest bardzo ciepło. Może więc warto przemyśleć politykę „ściereczkową” w naszej kuchni? Papierowe ręczniki mogą być znacznie lepszym wyborem. Tak właśnie robi się w dobrych restauracjach. Klasyczne ścierki są w nich zakazane.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. pixabay.com

Czy wysypka może być objawem choroby genetycznej?

To FAKT! Choć najczęściej wysypka pojawia się na skórze w efekcie reakcji alergicznych, zatruć i chorób zakaźnych, to jednak może być też oznaką ultrarzadkiej choroby Fabry’ego.

Jest to ultrarzadka i groźna choroba genetyczna, na którą według szacunków cierpi w Polsce kilkaset osób. Możliwych jej objawów jest niestety bardzo wiele, co bardzo utrudnia jej wczesne zdiagnozowanie i przez co często jest mylona z innymi chorobami, np. reumatycznymi czy kardiologicznymi.

Jednym z najbardziej widocznych objawów tej choroby jest czerwonawo-purpurowa wysypka skórna, która najczęściej występuje w okolicy od pępka do kolan oraz w miejscach, gdzie skóra ulega rozciąganiu (np. łokcie, kolana). Zmiany skórne mogą mieć wielkość od łepka szpilki do kilku milimetrów. Zwykle pojawiają się w wieku dojrzewania i często stanowią pierwszy objaw umożliwiający postawienie prawidłowej diagnozy.

Choroba może jednak dawać objawy już od 4. roku życia, na wiele różnych sposobów, takich jak:

  • ból (najczęściej w okolicy dłoni lub stóp),
  • upośledzone pocenie (prowadzące do częstych gorączek i przegrzewania organizmu),
  • zaburzenia pracy nerek (białkomocz),
  • nieprawidłowości w budowie i pracy serca,
  • zmiany w zachowaniu (poczucie winy, depresja, stany lękowe, izolacja).

Choroba Fabry’ego spowodowana jest niedoborem enzymu alfa-galaktozydazy (alfa-GAL), który jest odpowiedzialny za rozkład niektórych substancji lipidowych w organizmie człowieka. Jego niedobór przyczynia się do nagromadzenia w tkankach (układu nerwowego i krwionośnego) nierozłożonych substancji tłuszczowych (głównie chodzi o globotriaozylo-ceramidy, GL-3 lub GB3), które uszkadzają m.in. naczynia krwionośne, serce, nerki i mózg.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Zdrowe jedzenie nie niweluje szkodliwego działania soli

Zdrowo się odżywiasz, ale jesz dużo soli? Niedobrze – nieważne, jak wiele warzyw, chudego nabiału i innych zdrowych rzeczy jadasz; jeśli są słone, i tak ryzykujesz nadciśnienie.

Takie wnioski płyną z szeroko zakrojonego i odznaczającego się dobrą metodologią badania opublikowanego w prestiżowym czasopiśmie „Hypertension”. Naukowcy wykorzystali m.in. dane z szeroko zakrojonego badania INTERMAP.

Ich praca jest wynikiem chęci sprawdzenia hipotezy, iż szkodliwe skutki wysokiego spożycia soli mogą być zneutralizowane poprzez dietę obfitującą w składniki wzmacniające naczynia krwionośne i serce (takie jak rozmaite mikroelementy oraz witaminy, których dużo znajduje się w warzywach czy nabiale). Dieta, która zawiera dużo warzyw i chudego nabiału, a mało tłuszczów i mięsa, jest bowiem elementem koniecznym zarówno do zapobiegania, jak i leczenia nadciśnienia.

Wygląda na to, że hipoteza jest błędna. Dieta ze składnikami wzmacniającymi naczynia krwionośne pomaga w obniżeniu ciśnienia tętniczego, ale tylko wtedy, gdy nie zawiera dużo soli.

Naukowcy postulują zatem, by na masową skalę obniżyć zawartość soli w produktach przetworzonych, czyli takich jak pieczywo, sery żółte, przetwory, wędliny. Tylko w ten sposób – argumentują – można zmniejszyć skalę olbrzymiego problemu zdrowotnego społeczeństw, jakim jest nadciśnienie tętnicze.

W Polsce nadciśnienie tętnicze jest diagnozowane u mniej więcej 40 proc. dorosłych osób, przy czym – ma je więcej osób, które nie mierzą ciśnienia i nie są świadomi rozwijającej się choroby. Szacuje się, że około 40 proc. chorujących na nadciśnienie nie jest tego świadomych. Początkowo choroba ta nie daje wyraźnych objawów.

Nadciśnienie może mieć każdy, ale w grupie wysokiego ryzyka są:

  • Mężczyźni powyżej 55. r. ż;
  • Kobiety powyżej 65. r. ż.;
  • Uzależnieni od tytoniu;
  • Osoby z podwyższonym poziomem cholesterolu;
  • Osoby z cukrzycą;
  • Osoby z przewlekłymi chorobami nerek;
  • Osoby z nadwagą/otyłością;
  • Osoby, których bliscy krewni chorowali/chorują na schorzenia układu sercowo-naczyniowego.

Mocne strony tego badania to:

  • Duże grupy badanych (ponad cztery tysiące osób) w wieku 40-59 lat;
  • Uczestnicy zróżnicowani etnicznie (mieszkańcy Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Japonii i Chin);
  • Pomiar wydalanego w moczu sodu i potasu, a zatem dokładny pomiar tych składników przyjmowanych w diecie (sód to składnik soli, potas w dużych ilościach znajduje się natomiast w warzywach), zatem jeśli chodzi o te dwa składniki nie polegano wyłącznie na deklaracjach badanych;
  • Uwzględnienie w wyliczeniach 80 składników odżywczych przyjmowanych przez badanych, którym przypisuje się zmniejszający ciśnienie tętnicze wpływ, takich jak witamina C, błonnik, tłuszcze omega-3;
  • Dokładne i wystandaryzowane kilkukrotne pomiary ciśnienia tętniczego.

Naukowcy potwierdzili korelację między podwyższonym ciśnieniem tętniczym a wysokim spożyciem soli, nawet wtedy, kiedy badani spożywający dużo soli, stosowali dietę bogatą w prozdrowotne (i obniżające ciśnienie) składniki.

Przeciętnie badani z Wielkiej Brytanii przyjmowali w diecie 8,5 g soli dziennie, z USA – 9,6 g, z Japonii – 11,7 g, z Chin – 13,4 g. To zdecydowanie za dużo.

Eksperci zalecają, by dziennie nie przekraczać 6 g soli – to około płaskiej łyżeczki tej przyprawy i konserwantu w jednym (przy czym trzeba doliczyć nie tylko sól, którą bezpośrednio dodajemy do potraw, ale i tę, która jest już w nich zawarta).

Pułapka produktów przetworzonych

Co istotne, to fakt, że w dzisiejszym świecie można jeść dużo soli nieświadomie. Sól jest w każdej niemal przetworzonej żywności: żółtym serze, pieczywie (bardzo dużo soli znajduje się np. w bagietkach francuskich), wędlinach, wędzonych rybach, konserwach, gotowych pastach i sosach, a nawet słodyczach. Jedynym ratunkiem jest zatem ograniczenie produktów przetworzonych i – co oczywiste – zmniejszenie codziennego solenia potraw.

– To badanie pokazuje, że nie ma żartów. Dieta uboga w sól to podstawa, nawet jeśli poza tym jest ona prawidłowo zbilansowana i zdrowa. A ponieważ olbrzymia porcja soli pochodzi z żywności przetworzonej, wzywamy jej producentów do podjęcia kroków w celu zmniejszenia zawartości sodu w ich produktach – skomentowała rezultaty badania jedna z jego głównych autorek dr Queenie Chan z Imperial College w Londynie.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

 

Dezodoranty mogą zwiększać ryzyko raka piersi

Wielokrotne w ciągu dnia używanie dezodorantu, jeśli zawiera sole glinu, zwiększa szansę zachorowania na raka piersi wśród młodych kobiet.

Zapach ludzkiego potu zależy od zawartych w nim substancji: amoniaku, mocznika, feromonów. Niekiedy uważa się, że duży wpływ na to, jak pachniemy, mają bakterie znajdujące się na skórze, które rozkładają pot.  Jego zapach drażnił naszych przodków przez tysiąclecia, stąd zamiłowanie starożytnych i nowożytnych  klas wyższych do rozmaitego typu pachnideł. Zabawne, że ludziom tym nie przychodziło do głowy, że czasami warto się… umyć. Król Francji Henryk IV (1533-1610 r.) po intensywnym wysiłku po prostu zmieniał koszulę.

Dziś rynek środków, dzięki którym czujemy się świeżo i pachniemy ładnie, jest gigantyczny. Na półkach w supermarketach i drogeriach stoją dziesiątki rodzajów dezodorantów, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Większość z nich zawiera sole glinu (chlorek glinu, węglowodorek glinu, nazywane niekiedy solami aluminium, glin jest jednak bardziej poprawną chemicznie nazwą). Podejrzenia co do szkodliwości tych substancji pojawiły się już kilkanaście lat temu. Niektóre badania wykazywały bowiem, że ich używanie (pod pachą) zwiększa ryzyko raka piersi. Sole glinu dają się powiązać  ze stresem oksydacyjnym, uszkodzeniami DNA, zakłóceniami działania estrogenów. Badania na myszach wykazały, że duża koncentracja glinu w tkance prowadzi do rozwoju guza.
Nie istniały jednak analizy pozwalające powiązać obecność tego pierwiastka w kobiecych piersiach (pochodzącego z dezodorantów) z występowaniem raka piersi.

Weryfikacja dotychczasowych wyników badań

Zespół dr Caroline Linhart z Uniwersytetu Medycznego w Innsbrucku postanowił podejść do tych kwestii niezwykle metodycznie. Badacze chcieli najdokładniej jak jest to możliwe porównać zdrowe i dotknięte nowotworem kobiety w podobnym wieku oraz sprawdzić, na ile używanie dezodorantów zawierających sole glinu zwiększa szanse wystąpienia choroby.  Dlatego do badań zrekrutowano dwie grupy ochotniczek. W pierwszej znalazły się kobiety w wieku od 20 do 85 lat, u których zdiagnozowano raka piersi w ciągu ostatnich 5 lat. W drugiej – kontrolnej – zdrowe ochotniczki. W sumie w każdej z grup znalazło się 209 uczestniczek. Chodziło, żeby obydwie dawały się porównać. (Dlatego utworzono pary w podobnym wieku: zdrowa-z diagnozą nowotworu.)

Wszystkie uczestniczki odpowiadały na pytania specjalnie skonstruowanej ankiety, nie mając również pojęcia jaki jest cel badań. (Chodziło o unikanie nakierowania ich uwagi na konkretny temat). Zostały zaproszone do badań związanych ze stylem życia (odżywianiem się, aktywnością fizyczną, higieną osobistą) i rakiem piersi. Ankieterzy zostali specjalnie pouczeni, by takich słów jak „antyperspirant”, „dezodorant” i „glin” używać bardzo ostrożnie. Generalnie posługiwano się określeniem „kosmetyki stosowane pod pachami”. Częstość ich używania podzielono na kategorie: „nigdy”, „1-4 razy na miesiąc”, „2-6 razy na tydzień” , „codziennie” i „wiele razy w ciągu dnia”.

Ochotniczki pytano również o inne czynniki mogące wpływać na rozwój nowotworu, np. terapie hormonalne czy występowanie raka piersi w rodzinie.

W przypadku 100 kobiet, u których zdiagnozowano raka i 52 zdrowych możliwe było też pobranie próbek w celu sprawdzenia koncentracji glinu w tkance piersi.

Analiza tak skrupulatnie zebranych danych nie tylko pozwoliła dość dokładnie porównać obydwie grupy ochotniczek, ale i wyciągnąć daleko posunięte wnioski związane z używaniem dezodorantów.

Czy aluminium w dezodorantach szkodzi?

Okazało się, że u kobiet poniżej 30-tki używających produktów pod pachę wielokrotnie w ciągu dnia ryzyko zachorowania na raka piersi było średnio 3,88 razy większa niż w przypadku zdrowych kobiet z grupy kontrolnej.

W przypadku próbek tkanek, obecność glinu stwierdzono zarówno w piersiach kobiet zdrowych i tych, u których zdiagnozowano raka. Ale im częściej wszystkie badane używały dezodorantów, tym koncentracja była większa. Jednak w przypadku kobiet, u których zdiagnozowano nowotwór, zawartość pierwiastka w tkance wynosiła 5,8 nmol/g, znacznie więcej niż u ochotniczek bez raka (3,8 nmol/g).

Komentując na łamach czasopisma „EBioMedicine” otrzymane wyniki zespół dr Linhard stwierdził, że wyniki ich badań sugerują wyraźne związki między używaniem produktów pod pachę, koncentracją glinu w tkance, a rakiem piersi. Jednak te prawidłowości dało się zauważyć jedynie w przypadku młodych kobiet, które używały dezodorantów wielokrotnie. Zależności tych nie zaobserwowano w innych grupach badanych ani u 30-latek używających tego typu kosmetyków raz dziennie.

Co to może oznaczać? Przede wszystkim wszystko wskazuje na to, że produktów kosmetycznych zawierających sole glinu należy tylko używać raz dziennie, zwłaszcza jeśli chodzi o młode kobiety.

Ograniczenia badania

Przede wszystkim, to jak często używają produktów pod pachę uczestniczki badań określały na podstawie swoich wspomnień (które mogą być zawodne). Młodsze kobiety mogły pamiętać więcej szczegółów związanych z konkretnymi zachowaniami związanymi z higieną osobistą.

Niewątpliwie praca zespołu dr Linhard miała również swoje mocne strony.

Po pierwsze bardzo dobrze udało się zestawić dane pochodzące z dość dokładnych kwestionariuszy z informacjami odnośnie koncentracji glinu w tkance piersi. Po drugie, pobieranie i badanie próbek odbywało się w warunkach uniemożliwiających ich zanieczyszczenie, a na dodatek zastosowano sprawdzone metody pomiaru.  Co więcej, chcąc sprawdzić, jak przedstawia się koncentracja glinu w piersiach, badacze pobierali próbki tkanek w różnych ich miejscach. Stąd uzyskali 3 próbki w przypadku ochotniczek ze zdiagnozowanym nowotworem i 6 – tych zdrowych.

Niewątpliwie praca włożona  badania przez zespół uczonej z Innsbrucku jest imponująca, a uzyskane wyniki dość niepokojące. Oczywiście należało by je powtórzyć na innej populacji.  Ale nie zmienia to faktu, że na wszelki wypadek produktów zawierających sole glinu nie należy nadużywać.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Jak zachować się w czasie burzy i pomóc osobie rażonej piorunem

Rządowe Centrum Bezpieczeństwa ostrzega przed burzami. Sprawdź, czy wiesz, jak się zachować w czasie burzy i co robić, …

Twoje serce nie lubi upałów.

Temperatury przewyższające 30˚C mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia. Dotyczy to zwłaszcza mieszkańców umiarkowanej …

Anafilaksja: jej ryzyko czasem można przewidzieć

Najczęściej o tym, że na jakiś alergen reagujemy wstrząsem anafilaktycznym dowiadujemy się, kiedy już do niego dojdzie. …