Kategoria: CIEKAWOSTKI MEDYCZNE

Czy włosy zawsze muszą wypadać?

To FAKT. Dopiero utrata ponad 100 włosów dziennie jest niepokojącym objawem. Ich wypadanie jest związane z naturalną wymianą włosów i wynika z faz cyklu ich wzrostu. Cykl wzrostu włosów trwa ok. 2-3 miesięcy.

Przyczyny ich wypadania mogą być różne. Może to być efekt przyczyn zewnętrznych takich jak: stosowania farb czy płynów do trwałej ondulacji.

Na nadmierny wzrost wypadania włosów mogą mieć także wpływ czynniki psychogenne takie jak stres czy nerwice.

Włosy mogą także wypadać intensywniej, gdy dojdzie do toksycznego zatrucia, np. talem, arsenem czy rtęcią.

Nadmierne wypadanie włosów może być związane z chorobami ogólnoustrojowymi, np. niedokrwistością z powodu niedoboru żelaza, niedożywieniem oraz niedoborem białka, aminokwasów lub brakiem niektórych metali śladowych (np. cynku). Włosy mogą też nadmiernie wypadać w toczniu rumieniowatym układowym, ale także nadczynności i niedoczynności tarczycy.

Więcej włosów może nam wypadać z powodu przyjmowania leków cytostatycznych, immunosupresyjnych, przeciwtarczycowych oraz witaminy A, beta-blokerów.

Należy także wspomnieć o „fizjologicznym” wypadaniu włosów u kobiet po porodach czy w okresie menopauzy. Spowodowane są one zaburzeniami gospodarki hormonalnej.

Przyczyny nadmiernego wypadania włosów mogą być różne, ale tego zjawiska nie należy bagatelizować. Warto skonsultować się z lekarzem, który na podstawie wywiadu, obrazu klinicznego zleci odpowiednie badania i zaproponuje ewentualne leczenie.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Choroba wysokościowa i ślepota śnieżna.

Góry wysokie choć niebezpieczne i często zdradzieckie, od wieków przyciągają swoim pięknem i niepowtarzalnością wspinaczy żądnych wrażeń. Dla wielu osób górskie wyprawy to świetna odskocznia od codzienności lub wręcz sposób na życie, który pomaga odnaleźć im wewnętrzny spokój, czy też zmierzyć się z własnymi słabościami. Należy jednak pamiętać, że zdobywanie szczytów górskich wiąże się z wieloma wyzwaniami i niebezpieczeństwami. Nawet doświadczone osoby nierzadko zostają pokonane w drodze do upragnionego celu. Z jakimi zatem zagrożeniami muszą się zmierzyć osoby, które wybierają tak niezwykle ciężkie do zdobycia góry najwyższe?

 

Wspinacze, którzy obrali sobie za cel zdobycie najwyższych i najbardziej nieprzychylnych gór świata muszą liczyć się z ekstremalnie niskimi temperaturami, powodującymi szybkie wychłodzenie i odmrożenia, gwałtownymi zmianami pogody, lawinami śnieżnymi, bardzo stromymi i ciężkimi podejściami, narażeniem na ślepotę śnieżną oraz zmniejszającą się ilością tlenu w powietrzu, grożącą poważną w swoich skutkach chorobą wysokościową.

 

Co to jest choroba wysokościowa?

 

Choroba wysokościowa (choroba wysokogórska, AMS) to zespół objawów, które powstają na skutek nieprzystosowania się organizmu człowieka do warunków panujących na dużych wysokościach. Powodem pogarszającego się samopoczucia himalaisty podczas wspinaczki jest zmniejszająca się z każdym zdobytym metrem zawartość tlenu w powietrzu oraz coraz niższe ciśnienie. Pierwsze symptomy choroby wysokogórskiej u osób szczególnie wrażliwych mogą pojawić się już na wysokości powyżej 2 500 m n.p.m., z kolei powyżej 5000 m n.p.m. oznaki AMS dotkną prawie każdego. Osoba, która w porę nie zaaklimatyzuje się do szybko zmieniających się warunków otoczenia może doświadczyć szeregu przykrych objawów, z których najpoważniejsze to obrzęk mózgu i płuc.

Do najczęstszych objawów choroby wysokościowej zalicza się:

– bóle głowy

– nudności

– szybkie bicie serca

– duszności

– brak apetytu

– zmęczenie

– apatię

– obrzęk twarzy, dłoni i stóp

– zakłócenia koordynacji

– trudność w zebraniu myśli

– halucynacje (omamy wzrokowe).

Choroba wysokościowa rozwija się u każdego indywidualnie. To, czy dolegliwości będą natężone i gwałtowne zależy m.in. od wrażliwości osobniczej oraz ogólnego stanu zdrowia alpinisty. Kluczowe jest tutaj również przestrzeganie kilku fundamentalnych zasad podczas wyprawy. Po pierwsze należy stopniowo zdobywać wysokości, co pozwoli organizmowi prawidłowo zaaklimatyzować się do nowych warunków. Najbardziej wskazane jest pokonywane nie więcej niż 300-600 m różnicy poziomów w ciągu dnia. W myśl zasady „wspinaj się wysoko, śpi nisko”, aby maksymalnie zminimalizować prawdopodobieństwo wystąpienia AMS zalecana się wchodzić wyżej w ciągu dnia i schodzić na noc na niższą wysokość. Innymi słowy powolna wspinaczka jest w tym przypadku najlepszym rozwiązaniem dla osoby przebywającej na dużej wysokości.

Po drugie konieczne jest stałe uzupełnianie niedoborów energetycznych. W tym celu stosuje się dietę wysokowęglowodanową, która w szybki sposób uzupełnia utraconą energię. Poza tym należy pić dużo płynów, aby stale nawadniać organizm i nie doprowadzić do odwodnienia. Jeśli jednak wystąpi już skrajny objaw choroby wysokogórskiej, czyli obrzęk płuc i mózgu to według wytycznych należy wtedy ograniczyć przyjmowanie zbyt dużej ilości płynów.

Kluczowe jest również unikanie do czasu prawidłowej aklimatyzacji niepotrzebnego i nadmiernie intensywnego wysiłku. Zaleca się stopniowo budować formę, bez zbędnego forsowania organizmu.

 

Co zrobić jednak w sytuacji kiedy wystąpią pierwsze objawy choroby wysokogórskiej?

 

Jeśli symptomy nie są zbytnio nasilone to można przeczekać chorobę pozostając na tej samej wysokości. W przypadku jednak, gdy objawy nie ustępują lub co gorsza nasilają się należy niezwłocznie zejść na niższy poziom. Na rynku farmaceutycznym dostępne są również różnego rodzaju leki ograniczające rozwój AMS, stosowane zwłaszcza w przypadku objawów obrzęku mózgu  (deksametazon), dlatego podczas wyprawy konieczne jest posiadanie ich w swoim ekwipunku, aby w razie konieczności sięgnąć po nie. Powszechne wśród wspinaczy stosuje się też popularną aspirynę, która rozrzedza krew i tym samym ułatwia oddychanie. Jednak regularne stosowanie jej ma swoje minusy. Przede wszystkim należy brać pod uwagę, że podczas zranienia, o które nie ciężko podczas wyprawy górskiej mogą pojawić się trudności z zahamowaniem powstałego krwotoku.

 

Co to jest ślepota śnieżna?

 

W górach szczególnie tych wysokich wspinacze narażeni są na wystąpienie tzw. ślepoty śnieżnej, czyli ostrego zapalenia spojówek i nabłonka rogówki wywołanego ekspozycją na promieniowanie UV. Na dużych wysokościach promieniowanie ultrafioletowe jest kilkakrotnie bardziej intensywne niż na poziome morza. Dzieje się tak z powodu sporego rozrzedzenia atmosfery i nikłego przefiltrowywania promieni słonecznych. Dodatkowo efekt ten jest spotęgowany poprzez odbijanie się światła od zalegającego na szczytach górskich śniegu. Zatem jak uchronić się przed ślepotą śnieżną? Przede wszystkim koniecznej jest stałe noszenie okularów lub gogli przeciwsłonecznych z wysokim filtrem UV. Ochronne okulary należy nosić zarówno w dni słoneczne, jak i pochmurne. Taka profilaktyka jest niezbędna, aby uniknąć przykrych objawów ślepoty śnieżnej, które pojawiają się w ciągu 4-12 godzin od momentu oparzenia. Do charakterystycznych symptomów należą:

– ból oczu, nasilający się podczas ruchu gałek ocznych

– światłowstręt z towarzyszącym bólem głowy

– uczucie piasku w oku

– łzawienie

– opuchnięcie powiek

 

W przebiegu ślepoty śnieżnej może dojść do tymczasowej utraty wzroku, która na szczęście po wdrożeniu odpowiedniego leczenia po kilku dniach ustępuje.

Leczenie ślepoty górskiej w głównej mierze polega na zapewnieniu osobie cierpiącej na tą dolegliwość odpoczynku w ciemnym pomieszczeniu, aby maksymalnie ograniczyć ekspozycję na promieniowanie UV. Podczas rekonwalescencji doraźnie stosuje się leki przeciwbólowe i krople do oczu przyspieszające regenerację struktury oka. Całkowite wyleczenie ze ślepoty śnieżnej zajmuje od trzech do czterech dni.

 

Podsumowując warto wiedzieć jakie obiektywne zagrożenia czyhają na tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z górami najwyższymi.

 

Redakcja pacjentinfo.pl

 

Wiemy, dlaczego tyjemy na zimę

Komórki tłuszczowe kurczą się pod wpływem promieni słonecznych, co tłumaczy dlaczego chudniemy latem, a tyjemy zimą.

Styczeń, kilka tygodni po świętach. Wciąż stajemy na wadze, by sprawdzić, czy udało się już spalić odłożone w zeszłym roku na biodrach pierogi, serniki i makowce. Wiele wskazuje na to, że niekoniecznie szybko uda się to zrobić, przynajmniej do czasu, kiedy nie będzie więcej słońca. Dowodzą tego odkrycia zespołu prof. Petera Lighta z kanadyjskiego University od Alberta.

Zagadkę zimowego tycia odkryli przez przypadek

Odkrycia dokonane – przez przypadek – w trakcie prac bioinżynieryjnych mających na celu stworzenie komórek tłuszczowych produkujących insulinę w odpowiedzi na ekspozycje na światło słoneczne. Prace te były związane z leczeniem cukrzycy typu I.

– To było przypadkowe odkrycie. Zauważyliśmy w ludzkich tkankach niespotykaną reakcję na nasze działania. Ponieważ nie znaleźliśmy nic na ten temat w literaturze, wiedzieliśmy, że należy dalej ją badać – mówi prof. Light.

Okazało się, że komórki tłuszczowe wystawione na działanie promieni słonecznych się kurczą. – Kiedy niebieskie światło słoneczne – promieniowanie, które jesteśmy w stanie dostrzec – penetruje naszą skórę i sięga komórek tłuszczowych położonych tuż pod nią, kropelki tłuszczu zmniejszają się i są uwalniane z komórki tłuszczowej. Innymi słowy, nasze komórki, gdy jest za mało słońca, nie przechowują zbyt dużo tłuszczu – mówi prof. Light.

Według uczonego brak wystarczającej ilości światła słonecznego w trakcie zimowych miesięcy może być jedną z przyczyn, dla których tyjemy zimą. Zwłaszcza w jego rodzinnej Kanadzie, gdzie z powodu dość chłodnego i wilgotnego klimatu często brakuje słońca.

Utrata kilogramów przez wylegiwanie się na słońcu?

Prof. Light przestrzega jednak, że okrycia jego zespołu to wstępne obserwacje i wylegiwanie się na słońcu nie jest rekomendowanym sposobem na utratę zbędnych kilogramów. – Nie mamy pojęcia jak intensywne powinno być światło, by ten mechanizm się uaktywnił, ani  nie wiemy jak długo ma trwać naświetlanie – tłumaczy uczony.

Zaskakujące zjawisko odkryte przez jego zespół może być związane z działaniem zegara biologicznego. Nie od dziś wiadomo, że niebieskie światło wpływa na wzorce snu i czuwania. Za dużo tego światła, zwłaszcza jeśli jest emitowane przez urządzenia elektroniczne wieczorem, uniemożliwia zasypianie. Niewykluczone więc, że reagują na takie światło zarówno nasze oczy, jak i komórki tłuszczowe znajdujące się tuż pod skórą. W zależności od sezonu mogłyby one gromadzić i uwalniać tłuszcz w odpowiedzi na światło.

Tłuszcz zgromadzony pod skórą tworzy warstwę izolującą nas od zimna. Jest więc on nam potrzebny w trakcie zimowych miesięcy, kiedy temperatura spada grubo poniżej zera. Mechanizm zaobserwowany przez Kanadyjczyków dobrze więc tłumaczy nasze sezonowe wahania wagi, jak i fakt, że w trakcie wakacji zazwyczaj chudniemy. Oczywiście, część z tego to niewątpliwie zaleta większej ilości ruchu, ale i słońce ma zapewne w tym swój udział.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

„Męska grypa” istnieje naprawdę

Mamy coraz więcej dowodów naukowych na to, że mężczyźni rzeczywiście znacznie gorzej niż kobiety przechodzą przeziębienie czy klasyczną grypę.

Większość kobiet miała okazję oglądać zjawisko „męskiej grypy” w naturze. Nie chcemy tego wytykać naszym ukochanym panom, ale wyglądają wtedy jak kupka nieszczęścia. Katar, załzawione oczy, ogólna niemoc. Wystarczy temperatura 37,5 stopni Celsjusza by nasz mężczyzna znajdował się niemal na granicy życia i śmierci.  Słownik Oksfordzki podaje następującą definicję „męskiej grypy”: „Przeziębienie albo podobne pomniejsze dolegliwości doświadczane przez mężczyznę, który wyolbrzymia objawy tej choroby.”

Ale czy rzeczywiście panowie wyolbrzymiają objawy infekcji? Kwestią „męskiej grypy” postanowił zająć się na poważnie kanadyjski lekarz Kyle Sue z Memorial University of Newfoundland. Zebrane przez siebie dane opublikował świątecznym numerze „British Medical Journal” (BMJ). Wynika z nich, że takie zjawisko rzeczywiście może istnieć, a jego przyczyny tkwią w biologii.

Wiele wskazuje na to, że mężczyźni „umierają” z powodu zwykłego przeziębienia przede wszystkim dlatego, że ich system odpornościowy działa nieco inaczej niż kobiecy. Winne są temu hormony płciowe. Przemawiają za tym badania prowadzone zarówno na myszach, jak i z udziałem ludzi. Wiele analiz dowodzi na przykład, że u samic gryzoni reakcja immunologiczna na rozmaitego rodzaju infekcje jest znacznie ostrzejsza niż w przypadku samców. Hormonem, który działa ochronnie w tym przypadku jest m.in. estradiol. Potwierdzają to testy na pobranych z nosa ludzkich komórkach nabłonka zainfekowanych wirusem grypy. Kiedy te komórki wystawiono m.in na działanie żeńskiego hormonu estradiolu miano wirusa (stopień skażenia) spadał w przypadku tkanek pobranych od kobiet, ale nie mężczyzn.

Testosteron osłabia 

Podobne wyniki dało inne opisane w „British Medical Journal” badanie. Komórki pobrane od 63 zdrowych ludzi, pogrupowano według płci i wieku, po czym zakażono je rinowirusami (wirusami przeziębienia). Komórki pobrane od kobiet przed menopauzą wykazywały silną odpowiedź obronną. Zjawiska tego nie obserwowano w przypadku pań po menopauzie oraz mężczyzn, co wskazuje na kluczową rolę żeńskich hormonów płciowych w stymulowaniu tego procesu. (Po menopauzie poziom tych hormonów w ciele kobiet drastycznie spada).

Z kolei badania nad skutecznością szczepionek przeciwko grypie wykazują, że kobiety znacznie lepiej na nie reagują. Zauważono również, że mężczyźni z wysokim poziomem testosteronu słabiej reagują na te szczepionki, co sugeruje, że hormon ten pełni rolę immunosupresanta, czyli substancji osłabiającej odpowiedź obronną organizmu.

Nic dziwnego, że w wydanym w 2010 roku komunikacie Światowa Organizacja Zdrowia przestrzega, iż „płeć powinna być brana pod uwagę, gdy mamy oceniać ekspozycję na wirusa grypy oraz skutki infekcji”. Dane epidemiologiczne zebrane w sezonach grypowych w latach 2004-2010 w Hong Kongu dowodzą, że dorośli mężczyźni częściej niż kobiety są przyjmowani do szpitala z powodu grypy. Z kolei dane zebrane w latach 1997 – 2007 w Stanach Zjednoczonych ujawniły, że mężczyźni częściej umierają z powodu grypy niż kobiety w tym samym wieku i to to nawet wtedy, jeśli weźmie się pod uwagę również inne czynniki ryzyka, takie jak choroby serca, czy nowotwory, które mogą być dodatkowym obciążeniem.

Ewolucyjnie przystosowani do walki, ale nie z infekcją

Skąd się jednak się bierze ta zwiększona męska podatność na infekcje? Dlaczego wystarczy zwykły katar i stan podgorączkowy by położyć naszego mężczyznę do łóżka?  Kyle Sue na łamach „British Medical Journal” sugeruje, że podłoże tego zjawiska może tkwić w biologii ewolucyjnej. Przypomina, że dla naszych przodków żyjących na afrykańskiej sawannie najważniejsze było zdobycie partnerki oraz jej zapłodnienie. Rywalizacja o kobiety była wówczas na tyle obciążająca, że istniało większe prawdopodobieństwo śmierci z powodu urazu niż infekcji. Stąd liczyła się siła, wielkość i wytrzymałość, a nie sprawnie działający system odpornościowy.

W tym świetle „męska grypa”, która ścinała mężczyznę z nóg, mogła być kluczowa dla jego przetrwania jako jednostki, gdyż prowadziła do „oszczędzania energii i redukowała ryzyko spotkania drapieżnika”. Dziś lwy już naszym panom nie zagrażają, lecz redukcja wydatków energetycznych wciąż jest dla nich ważna, kiedy mają katar.

W świetle przedstawionych dowodów „męska grypa” może być faktem, a nie tylko ciekawym zjawiskiem kulturowym. Wiele wskazuje bowiem na to, mężczyźni naprawdę mają słabszy system odpornościowy, częściej chorują i umierają z powodu infekcji. Może więc rzeczywiście należy im współczuć, kiedy czują się nieco gorzej?

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Czy zawodnik sumo, choć gruby, może być zdrowy?

To FAKT. Wyróżniane są dwa główne typy otyłości pokarmowej: otyłość z prawidłowym profilem metabolicznym, w której ktoś ma prawidłowe wyniki badań oraz otyłość z wysokim poziomem zaburzeń metabolicznych.

Osoby z typem otyłości „zdrowej” mają prawidłowy profil metaboliczny, czyli mają w normie poziom cholesterolu, cukru i ciśnienie tętnicze, choć są otyłe. Klasycznym tego przykładem są japońscy zapaśnicy sumo, którzy ważą nawet 200 kg, ale wyniki badań mają prawidłowe. Okazało się, że osoby ze „zdrową otyłością” mają inne rozłożenie tkanki tłuszczowej w organizmie. Przypomnijmy, że gromadzi się ona m.in. pod skórą (tzw. podskórna) lub też wokół narządów w jamie brzusznej, takich jak: żołądek, wątroba, jelita czy trzustka (tzw. trzewna).

– Gdy obejrzy się w tomografii komputerowej przekrój ciała zawodników sumo, widać, że tłuszcz podskórny na obwodzie jest bardzo duży i przerośnięty, natomiast tłuszcz trzewny minimalny – podkreśla prof. Andrzej Milewicz, endokrynolog. – Odwrotnie niż w otyłości brzusznej, czyli tej „niezdrowej”, w której tłuszcz trzewny przerasta i powoduje wypchnięcie mięśni brzusznych, przez co panowie wyglądają, jakby połknęli piłkę, natomiast tłuszcz podskórny jest znacznie mniejszy.

Gdy w Japonii zbadano jak gromadzi się tkanka tłuszczowa u profesjonalnych, japońskich zapaśników sumo, okazało się, że wszyscy mieli bardzo wysokokaloryczną dietę. Jedli 5000 do 7000 kalorii dziennie, ale jednocześnie bardzo ciężko ćwiczyli. Mimo, że wszyscy – zgodnie z przyjętymi standardami – uważani są za osoby otyłe – poziom glukozy, trójglicerydów i cholesterolu mieli prawidłowy. Badania tomografii komputerowej wykazały, że mają oni znaczący udział masy mięśniowej. Zdaniem badaczy, właśnie muskulatura i regularne ćwiczenia fizyczne mogą ich chronić przed gromadzeniem się tkanki tłuszczowej trzewnej, która powoduje, że jesteśmy bardziej narażeni na cukrzycę typu 2 czy choroby układu krążenia.

U zawodników sumo, gdy przestają intensywnie ćwiczyć, otyłość często zmienia się w formę niezdrową – podkreśla prof. Milewicz.

U osób ze „zdrową otyłością” nie odkłada się patologicznie tłuszcz w mięśniach i wątrobie. Ale doniesienia opublikowane w Journal of Clinical Endocrinology and Metabolism wykazały, że procent stłuszczenia wątroby u takich osób jest wysoki, a więc mają wyższe ryzyko rozwoju cukrzycy w porównaniu do osób z właściwą masą ciała.

Istotną cechą „zdrowej” otyłości jest też fakt, że często zaczyna się ona już w dzieciństwie, czyli przed 20 rokiem życia. Wykazano zależność między czasem ujawnienia i trwania otyłości, a wrażliwością tkanek na insulinę. Podkreśla się, że w organizmie występują mechanizmy adaptacyjne, które nie dopuszczają m.in. do wystąpienia insulinooporności w dzieciństwie.

Większość polskich i zagranicznych ekspertów ds. zdrowia publicznego zgodnie ocenia jednak, że dla zachowania optymalnego zdrowia najlepsze jest utrzymywanie prawidłowej masy ciała. Z jednej strony chodzi więc o to, aby nie mieć niedowagi, a z drugiej, by nie mieć otyłości.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Kiedy NIE karmić piersią

Mleko matki jest bez wątpliwości najzdrowszym pokarmem noworodka i niemowlęcia. Są sytuacje, kiedy jednak karmić nie można.

Jest to warunkowane stanem zdrowia matki oraz dziecka.

Niektóre choroby matki wykluczające lub ograniczające możliwość karmienia piersią:

  • Uzależnienie od narkotyków,
  • Zakażenie wirusem HIV,
  • Przyjmowanie niewskazanych dla dziecka leków w chorobach przewlekłych,
  • Nieleczona gruźlica,
  • Ciężka choroba psychiczna,
  • Choroba nowotworowa w fazie leczenia cytostatykami – warto konsultować się w tym przypadku z lekarzem, ponieważ w niektórych sytuacjach możliwe jest karmienie pomiędzy kursami chemioterapii,
  • Cytomegalia, ale wtedy, gdy dziecko jest wcześniakiem. Natomiast jeśli dziecko pochodzi z ciąży donoszonej, nie ma przeciwskazań do karmienia piersią,
  • Zmiany skórne o charakterze zakaźnym na obu brodawkach sutkowych do czasu ich wyleczenia (jeśli choroba dotyczy jednej brodawki, należy karmić jedną, niezakażoną piersią, jeśli obie – mleko ściągać i wylewać, ale wrócić do karmienia po wyleczeniu stanu zakaźnego).

Niektóre choroby dziecka wykluczające lub ograniczające karmienie go piersią:

  • Galaktozemia. Niemowlęta, które chorują na tę chorobę, powinny być karmione pokarmem niezawierającym galaktozy;
  • Wrodzona nietolerancja laktozy u dziecka (bardzo rzadkie schorzenie),
  • Fenyloketonuria – zaleca się karmienie piersią do momentu uzyskania ostatecznej i pewnej diagnozy. Jeśli zostanie ona potwierdzona, wskazana jest dieta mieszana: pokarm matki i mleko zastępcze, jednak proporcje obu pokarmów ustala lekarz z poradni leczącej fenyloketonurię

– Obecnie jest mało przeciwskazań do karmienia piersią. Na szczęście skończyły się czasy, kiedy wiele chorób eliminowało taką możliwość. Nie warto z tego pochopnie rezygnować, bo korzyści z karmienia piersią są nieocenione  – mówi pediatra i alergolog dr Jolanta Pietrzak ze Szpitala Specjalistycznego nr 2 w Bytomiu.

Źródło www.zdrowie.pap.pl

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Używanie nawigacji ogłupia

Używanie nawigacji satelitarnej może wyłączać te partie mózgu, które w normalnych warunkach odpowiadają za wymyślanie alternatywnych tras dotarcia do celu.  

Wynalazek nawigacji satelitarnej niewątpliwie pomaga w przebijaniu się przez nieznane miasto lub dotarciu do celu na nieznanym terenie. Zdarza się jednak, że zbyt ufne przestrzeganie zaleceń słodkiego głosu z urządzenia GPS kończy się wydłużeniem drogi dojazdu, a czasami dotarciem wręcz daleko od celu, jeśli na przykład urządzenie ma w pamięci dwie miejscowości o tej samej nazwie.

Wynalazek nawigacji satelitarnej jest wciąż stosunkowo nowy (system GPS osiągnął pełną operacyjność w 1995 roku, w 2004 wystrzelono na orbitę 50. satelitę GPS) i wciąż nie wiadomo, w jaki sposób wpłynie na rozwój społeczeństwa i zdolności poznawcze człowieka. Nic dziwnego, że naukowcy starają się poznać wpływ nowego urządzenia na człowieka, a zwłaszcza jego funkcje poznawcze.

Uczeni z University College London (UCL) postanowili sprawdzić, w jaki sposób działa mózg osoby używającej nawigacji satelitarnej. W ich eksperymencie wzięły udział 24 osoby, które w ramach symulacji komputerowej „jeździły” po centralnym Londynie: raz z nawigacją, a raz bez. Naukowcy stworzyli elektroniczną mapę miasta, w której odwzorowano wszystkie, najmniejsze nawet zaułki. W trakcie tej „przejażdżki” badacze rejestrowali za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego pracę mózgu badanych, a ściślej rzecz ujmując – ich hipokampu, który odpowiada za pamięć i wyobraźnię przestrzenną, oraz kory przedczołowej związanej z planowaniem i podejmowaniem decyzji.

Kiedy ochotnicy nawigowali po mieście bez elektronicznego wspomagania, w obydwu tych rejonach mózgu naukowcy odnotowali wzmożoną aktywność, w momencie, gdy badani „skręcali” w nową ulicę. Aktywność ta była tym większa, im więcej było możliwości wyboru. Tego zjawiska nie dało się natomiast zaobserwować, kiedy uczestnicy używali nawigacji.

– Wjazd na skrzyżowanie, gdzie zbiega się siedem ulic, doprowadziłby do wzmożonej aktywności w hipokampie, podczas gdy ślepa uliczka spowodowałaby spadek tej aktywności. Jeśli masz kłopoty podczas nawigowania w mnogości ulic w mieście, twój hipokamp i kora przedczołowa są wystawiane na duże wyzwania – komentuje dr Hugo Spiers z Wydziału Psychologii Eksperymentalnej UCL.

Wyniki badań jego zespołu pasują do założeń, według których w hipokampie rozpatrywane są wszystkie możliwości potencjalnych działań, podczas gdy kora przedczołowa pomaga zaplanować drogę, która doprowadzi nas do celu.

– Kiedy mamy urządzenie mówiące nam, jak jechać, te części mózgu po prostu nie reagują na sieć ulic. W tym sensie mózg wyłącza swoje zainteresowanie tym, co się dzieje dookoła – dodaje dr Spiers. Mówiąc inaczej, nawigacja sprawia, że nasz mózg przestaje zajmować się tym, co istotne za oknem.

Utrata zainteresowania otoczeniem podczas używania nawigacji może tłumaczyć wszystkie anegdotyczne sytuacje związane z wykorzystywaniem tego urządzenia.

Poprzednie badania naukowców z University College London wykazały, że hipokamp londyńskich taksówkarzy rozrasta się, kiedy zapamiętują dokładnie plan centrum miasta. Te najnowsze sugerują, iż kierowcy, którzy podążają za wskazówkami nawigacji i nie angażują swojego hipokampu w myślenie, w ogóle nie uczą się rozkładu miasta.

Badanie było przeprowadzone na małej grupie uczestników, dlatego potrzebne są jednak dalsze studia nad wpływem urządzeń satelitarnych na pracę mózgu człowieka.

Anna Piotrowska (www.zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Cukier napędza raka

Chcesz właśnie posłodzić herbatę? Przeczytaj najpierw ten artykuł. Może zrezygnujesz ze słodzenia w ogóle? Belgijscy naukowcy ustalili, że cukier budzi komórki nowotworowe w organizmie.

I napędza błędne koło rozwoju raka. To odkrycie może się przyczynić do stworzenia specjalnych diet dla osób z chorobą nowotworową.

W trakcie trwającego dziewięć lat projektu, rozpoczętego w 2008 roku pod kierunkiem Johana Theveleina, Wima Vereesa i Veerle Janssensa, badacze skupili się na obserwacji i próbie zrozumienia zjawiska, które polega na tym, że komórki rakowe przerabiają znacznie więcej cukru na mleczan niż komórki zdrowe. Ponieważ jest to jedna ze znaczących cech komórek rakowych, proces jest intensywnie badany i używany do wykrywania m.in. guzów mózgu. Nie było jednak wiadomo, czy jest to przyczyna nowotworów, czy też może ich skutek.

Swoje badania Belgowie przeprowadzili na drożdżach, które w tym przypadku stanowiły idealny organizm modelowy. Ich komórki zawierają białka „RAS”, powszechnie spotykane w ludzkich komórkach nowotworowych. Badacze obserwowali aktywność tych białek i wyjątkowo aktywny metabolizm cukru w drożdżach.

– Zauważyliśmy, że u drożdży rozpad cukru jest powiązany za pośrednictwem półproduktu o nazwie fruktozo-1,6-bisfosforan z aktywacją białek RAS. Białka te stymulują namnażanie się zarówno komórek drożdży, jak i raka. Jest uderzające, że ten mechanizm przetrwał w trakcie długiej drogi ewolucji od drożdży do człowieka – mówi prof. Johan Thevelein z Katholieke Universiteit Leuven i Vlaams Instituut voor Biotechnologie.

Czemu cukier jest niezdrowy?

Naukowcy zauważyli więc, że cukier budzi i stymuluje rozwój komórek nowotworowych.

– Nasze badania ujawniły, w jaki sposób nadmierna konsumpcja cukru przez komórki nowotworowe prowadzi do błędnego koła nieprzerwanej symulacji rozwoju i wzrostu raka – dodaje prof. Thevelein.

Powiązanie między cukrem a rakiem ma daleko idące konsekwencje, nie tylko jeśli chodzi o profilaktykę. Być może stanie się podstawą do opracowania specjalnych diet dla pacjentów z chorobą nowotworową. Oczywiście, odkrycia dokonane na drożdżach wymagają dalszych badań na organizmach wyższego rzędu.

Cukier krzepi – brzmiał slogan reklamowy. Z fałszywym przekazem, bo cukier szkodzi.  Belgijskie badanie jest kolejnym, które stawia pod znakiem zapytania sensowność jedzenia cukru w ogóle. O ile węglowodany są w naszej diecie konieczne, to białe czy brązowe kryształy z cukierniczki – z pewnością nie, a na eliminacji cukru można wyłącznie skorzystać.

Kolejna wskazówka płynie z belgijskiego odkrycia dla osób, które zmagają się z nowotworem. Nie stracą na znacznym ograniczeniu lub całkowitej rezygnacji z cukru (nie mylić z węglowodanami!) już teraz, zanim zostaną przeprowadzone kolejne badania wpływu cukru na komórki nowotworowe. Rezygnacja z cukru wiąże się – także dla nich – wyłącznie z korzyściami zdrowotnymi. Może się okazać, że akurat w tej grupie – z większymi.

O pracach Belgów doniosło „Nature Communication”.

Anna Piotrowska (zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Czarna herbata pomaga schudnąć

Nie tylko zielona, ale i czarna herbata pomaga walczyć z otyłością. Zawarte w nich polifenole działają na dwa różne sposoby, lecz efekt jest podobny.

Czarna, biała, czerwona i zielona, plus różnego rodzaju mieszanki aromatyzowane. Herbata świetnie rozgrzewa, przydaje się w chłodne dni. Przez wiele lat uważano, że to tylko używka, a więc nie posiada wartości odżywczych. To nieprawda. Z wielu badań wynika, że herbata to produkt wręcz prozdrowotny.

W ostatnich latach na celowniku naukowców znalazły się przede wszystkim zawarte w herbacie polifenole – substancje z grupy przeciwutleniaczy.

Do tej pory uważano, że najwięcej i najbardziej aktywnych tego typu składników zawiera herbata zielona, stąd pojawiły się sugestie, że ma ona najlepszy wpływ na ludzkie zdrowie. Było między innymi wiadomo, że obniża ona masę ciała. Jak wynika z artykułu dr Reginy Wierzejskiej z Instytutu Żywności i Żywienia w Warszawie zamieszczonego na łamach „Przeglądu Epidemiologicznego”, za zjawisko to odpowiada kofeina i galusan epigalokatechiny, które redukują wchłanianie tłuszczu, zwiększają wydatek energetyczny organizmu oraz spalanie tkanki tłuszczowej.

Nowe badania amerykańskich naukowców z University of California w Los Angeles, dowodzą jednak, że „odchudzające” działanie ma nie tylko herbata zielona, ale i czarna. A na dodatek rezultaty utraty wagi w obydwu przypadkach są podobne, choć mechanizmy działania zawartych w nich polifenoli inne.

Herbata czarna odchudza – przynajmniej myszy

W przeprowadzonym przez zespół dr Susanne Henning eksperymencie wykorzystano cztery grupy myszy. Każda z tych grup była na innej diecie:

  • z niską zawartością tłuszczu i wysoką – cukru;
  • z wysoką zawartością tłuszczu i wysoką – cukru (imitującej dietę mieszkańców Zachodu);
  • z wysoką zawartością tłuszczu i wysoką – cukru, z dodatkiem ekstraktu z zielonej herbaty;
  • z wysoką zawartością tłuszczu i wysoką – cukru, z dodatkiem ekstraktu z czarnej herbaty.

Po czterech tygodniach waga myszy, które dostawały ekstrakt z zielonej lub czarnej herbaty wyniosła tyle samo, co waga myszy na diecie niskotłuszczowej.

Co kryją jelita?

Następnie badacze pobrali próbki z wnętrzności gryzoni (by ocenić zawartość bakterii) i próbki wątroby (by ocenić ilość tłuszczu). W przypadku myszy spożywających ekstrakt zarówno z zielonej, jak i czarnej herbaty, w jelitach było mniej bakterii Firmicutes, a więcej Bacteroides. Te pierwsze są powiązane z występowaniem otyłości, a te drugie – ze szczupłym, pozbawionym tłuszczu ciałem.

Wcześniejsze badania dowiodły, iż zawarte w zielonej herbacie polifenole są absorbowane w jelitach i zmieniają metabolizm energetyczny w wątrobie. A co dzieje się z czarną herbatą?

Zespół dr Henning ustalił, że cząsteczki polifenoli zawartych w czarnej herbacie są za duże, by zostać wchłonięte bezpośrednio. Stymulują jednak rozwój bakterii zwanych Pseudobutyrivibrio. Jednym z produktów przemiany tych drobnoustrojów są krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe – głównie kwas propionowy, o którym wiadomo, że zmienia metabolizm energetyczny w wątrobie (m.in. hamuje syntezę cholesterolu).

– Było wiadomo, że polifenole zawarte w zielonej herbacie są bardziej efektywne i dostarczają więcej korzyści zdrowotnych niż polifenole z czarnej, ponieważ są wchłaniane do krwi i tkanek. Nasze nowe odkrycia sugerują, że czarna herbata poprzez wyjątkowy mechanizm związany z mikroflorą jelitową, może również mieć swój udział w spadku wagi i zachowaniu zdrowia przez ludzi – mówi dr Henning.

Według niej obydwa rodzaje herbaty są prebiotykami, a więc substancjami, które powodują rozwój dobroczynnych mikroorganizmów przyczyniających się do lepszego samopoczucia.

– Dla miłośników czarnej herbaty może to być dodatkowy powód, by ją pić – dodaje dr Henning.

Warto tu jednak pamiętać, że zawartość polifenoli w liściach herbacianych jest naturalnie zróżnicowana i zależy od wielu czynników, m.in.:

  • nasłonecznienia upraw,
  • wilgotności powietrza i gleby,
  • wieku zrywanych liści.

Młode listki zawierają więcej polifenoli niż starsze. Jednak poza naturalną zawartością tych substancji w herbacie, wpływ na ich ilość w naparze, ma sposób jego przygotowania. Najwięcej polifenoli mają herbaty zaparzane przez 10 minut. Są one jednak gorzkie, właśnie dlatego, że gorzkie są owe przeciwutleniacze.

Innymi produktami spożywczymi zawierającymi te same substancje są: gorzka czekolada, czerwone winogrona i wino oraz jabłka.

Ograniczenia badania

Herbata jest zdrowa. Niemniej jednak trzeba pamiętać, że opisane powyżej badania przeprowadzono na myszach, które choć podobne do nas, ludźmi jednak nie są. Ostrożność jest też wskazana z tego względu, że nie wiadomo, jak stosowane u zwierząt dawki ekstraktu herbaty przekładać na filiżanki naparu.

Oprócz picia herbaty lepiej więc zachować zdrową dietę, ruszać się i dobrze spać. Wtedy z prawidłową wagą z pewnością nie będzie problemu.

Anna Piotrowska (www.zdrowie.pap.pl)

Źródło grafiki: www.pixabay.com

Pocenie się – po co nam to?

Każdy z nas wie, że pocenie się to naturalny, związany z naszą fizjologią mechanizm, który pozwala nam utrzymać prawidłową temperaturę ciała. Nie ma zatem nic w tym złego, jeśli nasze ciało pokryją krople potu na przykład po wzmożonej aktywności fizycznej, czy też w czasie upalnych dni. Dlaczego, więc wiele osób uważa, że mokre plamy pod pachami, czy też zroszone potem czoło to coś wstydliwego?  Utarte normy społeczne, kultura, w której żyjemy wyrobiły w nas pogląd, że pot to rzecz nieestetyczna, niepożądana, z którą trzeba za wszelką cenę walczyć. I oczywiście należy zgodzić się z tym, że zachowanie podstawowych zasad higieny to rzecz nadrzędna. Jednak nie możemy popadać w skrajność i tym samym wcale nie dopuszczać do sytuacji, kiedy to nasze ciało zaczyna wytwarzać pot. Pamiętajmy o tym, że świeży pot u zdrowego człowieka nie ma woni, przez co nie powinien być postrzegany jako coś krępującego, wprawiającego w zakłopotanie. Nieprzyjemny zapach pojawia się dopiero później, kiedy to do akcji wkraczają naturalnie bytujące na naszej skórze bakterie, dla których pot staje się pożywką.

Dlaczego pocenie się jest nam tak potrzebne?

Podczas pocenia w naturalny sposób organizm ochładza się, emitując ciepło niezbędne do wyparowania z powierzchni skóry kropelek potu. W ten sposób ewolucja zabezpieczyła nas przed niekontrolowanym przegrzewaniem się ciała. Co ciekawe nie każde ssaki obdarzone są taką umiejętnością – tylko nieliczne potrafią tak oto ochładzać organizm ( np. koń, wielbłąd, hipopotam). Dowiedziono również, że pot pozwala zachować odpowiednie pH skóry, działając przy tym bakteriobójczo i przeciwgrzybiczo, przez co chroni nas przed infekcjami. Ponadto wraz z potem może zostać wydzielonych wiele zbędnych, czasem wręcz szkodliwych dla organizmu związków. Należy pamiętać, że pot to nie tylko woda i sól (98%), ale również tłuszcze, sole mineralne, czy też inne produkty przemiany materii, takie jak kwas mlekowy, mocznik, amoniak.

Pot jest wytwarzany przez gruczoły potowe, które dzieli się na gruczoły ekrynowe i apokrynowe. Pierwsze z nich, czyli ekrynowe zlokalizowane są na całym ciele z tym, że najwięcej jest ich pod pachami, na czole oraz na podeszwach stóp i dłoni. Zazwyczaj kiedy pocimy się aktywują się właśnie te gruczoły – produkujące pot bezwonny, składający się w głównej mierze z wody i soli. Do produkcji potu z gruczołów ekrynowych dochodzi najczęściej pod wpływem wzmożonego wysiłku, z powodu zbyt wysokiej temperatury otoczenia lub gorączki spowodowanej infekcją. To jak pracują one zależne jest również od stanu emocjonalnego danej osoby, stąd możemy obserwować np. pocenie pod wpływem stresu.

Drugim rodzajem gruczołów potowych są gruczoły apokrynowe. Są one umiejscowione pod pachami, w okolicach narządów płciowych, brodawek sutkowych, w okolicach mostka. Zlokalizowane są w towarzystwie włosów i gruczołów łojowych, a produkowany przez nie pot jest bardziej gęsty niż pot ekrynowy, zawiera więcej białka i tłuszczy przez co w sprzyjających do tego warunkach staje się doskonałą pożywką dla bakterii. Co ważne wydzielanie tego rodzaju potu rozpoczyna się dopiero w fazie dojrzewania płciowego, głownie pod wpływem hormonów płciowych, czy emocji.

Jaka jest norma?

Człowiek dziennie może wypocić od 0,5 do 1 litra potu i jest to jak najbardziej naturalna reakcja organizmu. Uciążliwość pojawia się jednak wtedy, gdy ta wartość wzrasta – możemy mówić wówczas o tzw. problemie nadpotliwości (Hyperhidrosis). Z badań wynika, że prawie 3% społeczeństwa boryka się z nadmiernym wydzielaniem potu. Osoby te mogą produkować nawet o pięć razy więcej potu niż przyjęto za normę. Stan taki może utrudniać wykonywanie codziennych czynności, być przyczyną obniżonej samooceny oraz ograniczać kontakty międzyludzkie. Nadmierne pocenie może występować samoistnie lub być jednym z objawów toczącej się w organizmie choroby. Szczególną uwagę powinno zwrócić nagłe, niewystępujące wcześniej obfite pocenie się. Należy wtedy koniecznie skonsultować się z lekarzem, bo może być to sygnał, że mamy kłopoty ze zdrowiem. Do chorób, w przebiegu których jednym z objawów jest nadmierne wydzielanie potu zalicza się m.in. choroby wirusowe i bakteryjne z towarzyszącą gorączką, nadczynność tarczycy, cukrzycę, nowotwory układu chłonnego (białaczka, chłoniak), gruźlicę, raka trzustki, chorobę Parkinsona. Nadmierne pocenie może być również skutkiem zażywania niektórych leków.

Leczenie nadpotliwości

To jak będziemy leczyć nadpotliwość zależy od przyczyny wystąpienia tego stanu i natężenia problemu. W przypadku schorzeń ogólnoustrojowych leczy się chorobę podstawową. Jeśli jednak pocenie występuje na skutek zbyt dużej liczby samych gruczołów potowych i nieprawidłowo działającego systemu produkowania i wydzielania potu, wtedy z pomocą przychodzą liczne preparaty i metody hamujące ten mechanizm. Na rynku kosmetycznym i farmaceutycznym mamy do wyboru liczne preparaty ograniczające wydzielanie potu (dezodoranty, antyperspiranty, preparaty hamujące wydzielanie potu od wewnątrz od wewnątrz). W cięższych przypadkach stosuje się również toksynę botulinową (botoks). Jej działanie polega na odwracalnym porażeniu zakończeń nerwowych, docierających do gruczołów potowych, co przez jakiś czas powstrzymuje nadmierne wydzielanie potu.

 

Redakcja pacjentinfo.pl

Artykuł powstał na podstawie informacji ogólnodostępnych. Nie zastępuje konsultacji lekarskich i nie jest poradnikiem samodzielnego leczenia.

Zadbaj o swoją tarczycę!

Coraz więcej Polaków zapada na choroby tarczycy. Ale spora część z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, że choruje. Podpowiadamy …

Alergia kontaktowa – co nas uczula?

Kobieta użyła nowej farby do włosów. Gdy tylko ją nałożyła, pojawiło się swędzenie głowy. Później na głowie, …

Czy rezonans magnetyczny całego ciała jest przydatny w diagnostyce?

  Badanie rezonansem magnetycznym (MRI) to jedna z najnowocześniejszych technik obrazowania. Najczęściej wykorzystywana …