Kategoria: ZDROWIE

Przed chorobami uciekaj na własnych nogach

Aktywność fizyczna zapobiega wielu chorobom, a część z nich nawet leczy. Nie trzeba jednak chodzić na siłownię albo biegać w maratonach, żeby zyskać dobrą kondycję i wzmocnić zdrowie. Wystarczy spacerować: 30 minut dziennie.

Eksperci Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) po raz kolejny biją na alarm w sprawie niedostatecznej ilości ruchu wśród współczesnych mieszkańców ziemi. Z najnowszych, globalnych szacunków epidemiologicznych (The Lancet Global Health) wynika, że nieaktywnych fizycznie jest aż 28 proc. wszystkich dorosłych ludzi. Oznacza to, że ponad jedna czwarta dorosłej populacji świata, a w krajach rozwiniętych nawet 37 proc., nie realizuje minimalnej, zalecanej przez WHO dawki ruchu, która wynosi niespełna 150 minut umiarkowanego lub 75 minut intensywnego wysiłku fizycznego na tydzień.

Konsekwencje niedostatecznej aktywności fizycznej z punktu widzenia ludzkiego zdrowia są tak bardzo dotkliwe, że o siedzącym trybie życia coraz częściej mówi się – „siedzenie to nowe palenie”. Eksperci przekonują, że statystycznie rzecz biorąc, 1 godzina siedzenia skraca życie średnio aż o 21 minut, podczas gdy jeden wypalony papieros „tylko” o 11 minut.

Eksperci WHO ostrzegają, że brak aktywności fizycznej skutkuje m.in. zwiększonym ryzykiem rozwoju chorób sercowo-naczyniowych, otyłości, kilku rodzajów raka, cukrzycy, a nawet problemów ze zdrowiem psychicznym.

Zdrowie na wyciągnięcie ręki

Na szczęście, wbrew pozorom, aby zmniejszyć to ryzyko i móc cieszyć się licznymi, nie tylko zdrowotnymi korzyściami wynikającymi z ruchu, nie trzeba wcale wyciskać z siebie siódmych potów.

Wystarczy do tego niespełna 30 minut spacerowania dziennie – przekonują eksperci międzynarodowej organizacji Exercise is Medicine, która promuje aktywność fizyczną (tzw. fitness medyczny) już w kilkudziesięciu krajach świata (w tym także w Polsce).

Co możesz zyskać dzięki 30 minutom spaceru dziennie

Oto niektóre, przykładowe korzyści:

  • Chroni nasze serce: 30 minut marszu dziennie zmniejsza ryzyko śmierci z powodu chorób serca o 35 proc. Wystarczy przejść 1,5 km. Im szybciej, tym lepiej.
  • Chroni przed cukrzycą: 30 minut marszu dziennie zmniejsza ryzyko cukrzycy o 30 proc., a u osób chorujących na cukrzycę spacerowanie po posiłkach znacznie poprawia przebieg choroby.
  • Obniża ciśnienie krwi: 30 minut marszu dziennie obniża ciśnienie tętnicze krwi średnio o 5-11 mmHg (skurczowe) i 3-8 mmHg (rozkurczowe).
  • Chroni przed upadkami i złamaniami kości: badania wykazały, że kobiety, które codziennie spacerują przez 35 minut, mają o 41 proc. mniejsze ryzyko złamania szyjki kości udowej, w porównaniu do kobiet prowadzących siedzący tryb życia (dzięki silniejszym mięśniom i lepszej równowadze).
  • Chroni przed rakiem piersi: z badań wynika, że kobiety, które chodzą co najmniej 7 godzin tygodniowo mają mniejsze o 14 proc. ryzyko zachorowania na raka piersi niż kobiety chodzące mniej niż 3 godziny na tydzień. Ponadto w trakcie leczenia raka piersi spacerowanie zmniejsza objawy uboczne terapii!

Recepta na zdrowy ruch: jak szybko należy spacerować?

Na tym oczywiście nie koniec potencjalnych korzyści jakie daje zwykłe spacerowanie. Na liście benefitów są jeszcze m.in.: zmniejszenie apetytu na słodycze, poprawa koncentracji i kreatywności, poprawa nastroju, poprawa jakości snu oraz wydłużenie życia.

– Optymalne tempo maszerowania wynosi około 100 kroków na minutę – podpowiada Anna Plucik-Mrożek, lekarka, która reprezentuje polską filię organizacji Exercise is Medicine.

Jeśli jednak twój stan zdrowia na to nie pozwala, to wiedz, że korzyści zdrowotne odniesiesz również z wolniejszego tempa spacerowania, zwłaszcza gdy będziesz wędrować po terenach zielonych, gdzie można oddychać świeżym powietrzem.

Rekord Polski w równoczesnym spacerowaniu

W tym kontekście warto dodać, że już 29 września, w dziesięciu miastach Polski (Sopot, Malbork, Ciechocinek, Żyrardów, Skierniewice, Kraśnik, Sandomierz, Chrzanów, Oświęcim, Świerklaniec) odbędzie się akcja „Spacer po zdrowie – zaproś swojego lekarza”. W ramach tej akcji, w samo południe, wszyscy chętni będą mogli wziąć udział we wspólnym 30-minutowym spacerze. W ten sposób ma zostać pobity rekord Polski w jednoczesnym spacerowaniu.

Akcja, której celem jest aktywna promocja tej właśnie formy aktywności fizycznej, organizowana jest przez klub fitness o nazwie Perła Wellness, w ramach Narodowego Programu Zdrowia (NPZ) na lata 2016-2020.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

 

Niewielkie, lecz częste urazy głowy mogą być groźne

Wielokrotne odbijanie piłki głową może powodować dające się wykryć zmiany w mózgu i pogorszenie sprawności umysłowej. Sportowcy narażeni na uderzenia w głowę powinni zachować rozsądek i odpowiednio się zabezpieczyć.

Mózgi kobiet są pięciokrotnie bardziej podatne na uszkodzenia w czasie odbijania piłki głową niż mężczyzn – wskazało badanie opublikowane niedawno na łamach pisma „Radiology”. Jego autorzy, naukowcy z Albert Einstein College of Medicine z pomocą nowoczesnych technik obrazowania przyjrzeli się mózgom 49 kobiet i takiej samej liczbie mózgów mężczyzn amatorsko grających w piłkę nożną. Wykryte uszkodzenia miały charakter subkliniczny, tzn. nie dawały zauważalnych objawów, jednak zdaniem naukowców, uzyskane wyniki to powód do zastanowienia. Wcześniej, ten sam zespół przeprowadził inne badania z równie niepokojącymi rezultatami.

Ujawniły one, że częste „główki” mogą prowadzić do objawów przypominających wstrząśnienia mózgu  – bólu, zawrotów głowy i dezorientacji. Badacze wykrywali też podobne jak przy wstrząśnieniu mózgu zmiany w istocie białej (część mózgu) oraz niewielkie pogorszenie funkcji poznawczych. Autorzy tych odkryć twierdzą nawet, że gorsza sprawność umysłowa wynika w większym stopniu z „główkowania” niż z niezamierzonych uderzeń w głowę np. w trakcie kolizji z innymi zawodnikami.

Piłka nożna nie aż tak bezpieczna?

Subtelne, trudne do zauważenia na co dzień rezultaty urazów głowy mogą mieć różny charakter, co pokazało np. badanie zespołu z University of Delaware. W czasie prowadzonej w laboratoryjnych warunkach, dokładnej obserwacji działania zmysłu równowagi ochotników rekreacyjnie grających w piłkę nożną, okazało się, że duża liczba „główek” wiązała się z niewielkimi zaburzeniami równowagi.

– Według znanych mi badań piłka nożna może się wiązać przede wszystkim z uderzeniami w głowę przy kolizjach z innymi zawodnikami. Z drugiej jednak strony piłka często porusza się z olbrzymią prędkością i przy uderzeniu w głowę pojawiają się duże przeciążenia – wyjaśnia dr Anna Filipek – Gliszczyńska, specjalista neurolog w Poradni Pozapiramidowej i Psychogeriatrycznej Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

Przed dwoma laty naukowcy z brazylijskiego Uniwersytetu Federalnego w Minas Gerais przeanalizowali literaturę naukową na temat wpływu odbijania piłki głową na strukturę oraz działanie mózgu. Badania rzeczywiście wskazują na powiązanie między „główkami” a zmianami w obrazie mózgu, ale ten temat badany jest dopiero od niedawna i na razie można mówić jedynie o wstępnych wynikach – twierdzą naukowcy. Niektóre z prac sugerują też, że uderzenia w głowę poniżej progu wstrząśnienia, m.in. odbijanie głową piłki mogą pogarszać zdolności poznawcze. Jednak inne badania nie potwierdziły tych wyników.

– Temat konsekwencji pojawiających się przy uprawianiu sportu urazów głowy, szczególnie tych powtarzających się, staje się coraz popularniejszy. Dotyczy to jednak przede wszystkim sportowców zawodowych. Niektóre dyscypliny szczególnie narażają na takie urazy. Można tutaj wymienić np. boks czy kick-boxing, inne sporty walki, futbol amerykański, rugby, hokej – mówi dr Filipek – Gliszczyńska.

Chroniczna encefalopatia pourazowa – poważne zaburzenie

Wśród sportowców jedne z największych obaw budzi chroniczna encefalopatia pourazowa (CTE – chronic traumatic encephalopathy). Po raz pierwszy zidentyfikowano ją u bokserów, później grupę ryzyka rozszerzono o atletów innych dyscyplin. W schorzeniu tym pojawiają się wywołane uszkodzeniami mózgu problemy z pamięcią, koordynacją, mową, a nawet zmiany w zachowaniu i osobowości. Do jej skutków można zaliczyć tzw. zespół parkinsonowski czy szybsze ujawnienie się symptomów chorób pierwotnie neurozwyrodnieniowych jak np. otępienia typu alzheimerowskiego. – Uważa się, że CTE może powstać w wyniku powtarzających się wstrząśnień mózgu, choć coraz częściej mówi się też o urazach, które nie dają pełnych objawów wstrząśnienia – podkreśla dr Filipek – Gliszczyńska.

Niektórzy badacze twierdzą jednak, że schorzenie to występuje raczej marginalnie. Należy do nich prof. Joseph C. Maroon z University of Pittsburgh, który ze swoim zespołem przeprowadził analizę wszystkich potwierdzonych przypadków choroby opisanych w publikacjach medycznych, od pierwszego takiego przypadku z 1954 r. aż do roku 2013. Badacze znaleźli zaledwie 153 przypadki – u byłych bokserów, zawodniku futbolu, wrestlingu, hokeistów, także weteranów wojskowych oraz ofiar innego rodzaju urazów głowy. Większość – 86 proc. stanowili bokserzy i futboliści.

Tymczasem, jak podkreślają naukowcy, osób narażonych na urazy głowy są miliony. Wyjaśniają jednocześnie, że określenie zachorowalności wymagałoby trwającego kilka dekad badania z udziałem tysięcy osób i przy obecnie dostępnych informacjach nie jest to w ogóle możliwe. W wywiadzie dla NFL Total Access, prof. Maroon, (związany zawodowo z drużyną futbolową Pittsburgh Steelers i organizacją World Wrestling Entertainment) stwierdził, że problem CTE jest „przesadzony” i że to „rzadkie zjawisko”.

Do innych wniosków doszli badacze z Mayo Clinic, którzy pośmiertnie przebadali mózgi 66 mężczyzn z udokumentowanymi amatorskimi treningami sportów kontaktowych w wieku młodzieńczym i we wczesnej dorosłości. Objawy CTE znaleźli aż w prawie 1/3 mózgów. Dla porównania wszystkie ze 198 mózgów osób nie uprawiających takich sportów były wolne od symptomów schorzenia. – Badań na ten temat nadal jest niewiele, a wyniki nie są jednoznaczne. Wydaje się jednak, że najbardziej wiarygodne są te, które wykonuje się dopiero w czasie badania sekcyjnego mózgu, i które pozwala na uwidocznienie zmian na poziomie komórkowym – twierdzi dr Filipek – Gliszczyńska.

Jeden sezon daje zmiany w mózgu

Badanie zespołu z McMaster University sugeruje natomiast, że nie potrzeba wieloletniej kariery, aby odczuć potencjalnie groźne skutki kontaktowej rywalizacji. Naukowcy przez kilka miesięcy obserwowali sportowców różnych dyscyplin, w których często dochodzi do uderzeń w głowę, w tym futbolu i rugby. W pierwszej części badania sprawdzającej wpływ wstrząśnienia mózgu na sprawność umysłową, gracze, którzy do go doświadczyli, gorzej radzili sobie w testach sprawdzających zdolności intelektualne. Amatorów tego typu sportów mogą jednak bardziej interesować rezultaty drugiego etapu projektu. Okazało się w nim bowiem, że nawet osoby, które nie doznały wyraźnego urazu, miały gorsze wyniki w testach w środku sportowego sezonu niż przed jego rozpoczęciem. Szczęśliwie, po miesiącu przerwy od gry, wracały one do normy.

Z kolei badacze z Wake Forest School of Medicine przeprowadzili badania z udziałem niewielkich grup dzieci i młodzieży, które pokazały, że już jeden sezon gry w futbol powoduje możliwe do wykrycia czułymi metodami zmiany w mózgach. Jeden z takich projektów z udziałem 16-18 latków wskazał, że częste uderzenia, nawet nieprowadzące do wstrząśnienia mózgu wiążą się z wykrywalnymi zmianami w istocie białej. To dopiero wstępne badania i jak zaznaczają naukowcy, nie wiadomo czy wykryte reakcje mogą powodować trwałe negatywne efekty. – Krótkotrwałe skutki mogą często towarzyszyć różnego rodzaju urazom, nawet tym słabszym niż wywołujące np. wstrząśnienie mózgu. Niestety nie wiadomo jeszcze dokładnie, jak takie zdarzenia oddziałują na zdrowie w długiej perspektywie – ostrzega dr Filipek – Gliszczyńska.

Co więc robić? – Przede wszystkim trzeba postawić na rozsądek i rozwagę. Odbijanie piłki głową wymaga odpowiedniego treningu. Szczególnie w przypadku dzieci ważne jest więc, aby zajęcia sportowe prowadził kompetentny trener. Duże znaczenie ma też odpowiedni sprzęt, np. kask w hokeju czy futbolu amerykańskim” – dodaje lekarka.

Marek Matacz (dla zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Jak uprawiać lepszy seks? Po pierwsze bezpieczeństwo i kontrola

Jaki efekt przyjmowania tabletek antykoncepcyjnych najbardziej wpływa na poprawę jakości życia seksualnego kobiet? Wydawać by się mogło, że jest to wysoka skuteczność antykoncepcyjna. Jednak okazuje się, że kobiety postrzegają tabletki antykoncepcyjne znacznie szerzej niż tylko jako sposób na zapobieganie nieplanowanej w danym momencie ciąży. W badaniu OmniPBS, przeprowadzonym w ramach kampanii „Antykoncepcja szyta na miarę”, 67 procent* kobiet wskazało na poczucie bezpieczeństwa, które dają pigułki, 62 procent na poczucie kontroli, a dopiero 47 procent na wysoką skuteczność antykoncepcyjną.

Stała ochrona=bezpieczeństwo i kontrola

Doustna antykoncepcja hormonalna prawidłowo i regularnie przyjmowana zapewnia stałą ochronę antykoncepcyjną. Również jej skuteczność jest bardzo wysoka – między 0,2 a 0,5 według wskaźnika Pearla, co plasuje ją wśród najbardziej efektywnych dostępnych form antykoncepcji. Tak wysoką skuteczność zapewniają nawet tabletki z ultraniską dawką hormonów. Pigułki dają także kobietom poczucie kontroli nad swoją przyszłością – mogą zaplanować macierzyństwo w czasie, który jest dla nich najbardziej odpowiedni. Zapewnia im to uczucie bezpieczeństwa i decyzyjności w kwestii własnego życia. Te czynniki sprawiają, że seks nie jest powodem do obaw, a staje się przyjemnym elementem życia, który zapewnia im radość oraz bliskość z partnerem.

Dla kogo najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa i kontroli?

Poczucie bezpieczeństwa i kontroli jest bardzo ważne dla kobiet w każdym wieku. Jednak najczęściej wskazują na nie panie w związkach formalnych, które już mają dzieci. Poczucie bezpieczeństwa jest postrzegane jako najważniejsze dla 73 procent mam i dla 55 procent kobiet, które dzieci jeszcze nie mają. Ta zależność staje się tym silniejsza, im większa jest liczba osób w rodzinie. Związane z tym, że stosowanie antykoncepcji przez kobiety posiadające liczną rodzinę, pozwala im uprawiać seks bez obaw o nieplanowaną w danym momencie ciążę. Wskazania na poczucie bezpieczeństwa i kontroli rosną również wraz z poziomem wykształcenia. Na poczucie kontroli wskazało 50 procent kobiet z wykształceniem podstawowym i 64 procent z wyższym. Co ciekawe, w przypadku poczucia bezpieczeństwa i miejsca zamieszkania – zależność jest odwrotna. Im większe miasto tym mniej wskazań na ten właśnie efekt tabletek antykoncepcyjnych.
Jaki efekt przyjmowania tabletek antykoncepcyjnych według Pani najbardziej wpływa na poprawę jakości życia seksualnego kobiet.jpg

Co sprzyja udanemu życiu seksualnemu?

Kolejnym najczęściej wskazywanym efektem tabletek antykoncepcyjnych, który wpływa na poprawę życia seksualnego po poczuciu bezpieczeństwa i kontroli oraz skuteczności jest poprawa samopoczucia. Na ten czynnik wskazało 32 procent kobiet. Warto wspomnieć, że na poprawę samopoczucia, którą zapewniają tabletki najczęściej wskazywały… wdowy. A czy faktycznie tabletki mogą wpływać na nasz nastrój? Tak! Zwłaszcza te, które zawierają w swoim składzie octan chlormadinonu. Ten hormon może pośrednio wpływać na produkcję endorfin, co ma zapewnić utrzymanie libido na stabilnym poziomie oraz wpływać pozytywnie na samopoczucie. Jakie są inne czynniki, które mogą pozytywnie wpływać na życie seksualne kobiet? 29 procent respondentek zaznaczyło możliwość większej spontaniczności, a 11 procent zwiększenie libido. Prawie co 5. kobieta wskazała także na lepszy wygląd, czyli poprawę dzięki tabletkom kondycji skóry i włosów. Wiedza na temat takich pozaantykoncepcyjnych właściwości pigułek jest najwyższa wśród pań z wykształceniem wyższym – 27 procent.
Bezpieczeństwo i kontrola, wysoka skuteczność antykoncepcyjna, lepsze samopoczucie, ładniejszy wygląd, większy luz i spokój – wszystkie te czynniki poprawiają jakość życia seksualnego kobiet i zapewniają im nieskrępowaną radość z seksu. Dzięki doustnej antykoncepcji nie trzeba hamować pożądania i łatwiej jest reagować na to, co podpowiadają nam zmysły. By cieszyć się udanym i bezstresowym seksem, wystarczy pamiętać tylko o jednym: żeby przyjąć tabletkę każdego dnia o stałej porze.
Źródło: materiał prasowy
Fot. www.pixabay.com

Dieta idealna: mniej cukru i ryżu, więcej soczewicy i orzechów

Chcesz dożyć w zdrowiu sędziwego wieku? Ogranicz biały ryż i słodkie napoje na rzecz roślin strączkowych i migdałów.

Każdego dnia rozmaite gazety i portale zasypują nas dziesiątkami informacji na temat zdrowego stylu życia. Kolejne porady: co jeść, a czego unikać, są często ze sobą sprzeczne i kompletnie dezorientują osoby pragnące żyć zdrowo. Dlatego warto sięgać po sprawdzone źródła informacji. W jednym z ostatnich numerów prestiżowego czasopisma naukowego „The Lancet Public Health” ukazała się praca weryfikująca niektóre krążące po internecie mity, związane z sugerowanymi korzyściami wynikającymi z diety niskowęglowodanowej (czyli jednocześnie wysokobiałkowej i wysokotłuszczowej).

Badania przeprowadzono na zlecenie amerykańskich Narodowych Instytutów Zdrowia (NIH), a w skład zespołu badawczego weszli naukowcy związani ze słynną szkołą medyczną Uniwersytetu Harvarda. Taki zestaw gwarantuje wiarygodność i rzetelność wyników.

Węglowodany: ile nam ich potrzeba? 

Uczeni ci postanowili sprawdzić, jak ilość węglowodanów w diecie wpływa na długowieczność człowieka i co powinniśmy jeść, by dożyć sędziwego wieku w jak najlepszej kondycji.

Najpierw uczeni analizowali dane zebrane w trakcie 25-letniej obserwacji prawie 15,5 tys. Amerykanów, którzy wzięli udział w rozpoczętych w 1987 roku badaniach związanych z arteriosklerozą. W trakcie badań ludzie ci dwukrotnie (w odstępie 6-letnim) odpowiadali na niezwykle szczegółowe ankiety związane ze swoim jadłospisem. Do 2013 roku, w obserwowanej grupie zarejestrowano 6283 śmierci (na początku badania były to osoby w średnim wieku). Analiza ujawniła, że najdłużej żyli ludzie, których 50-55 proc. dziennego zapotrzebowania na kalorie pochodziło z węglowodanów (83 lata). Najkrócej: 79 – ci, którzy wybierali dietę z zawartością mniej niż 40 proc. kalorii pochodzących z węglowodanów. Dieta wysokowęglowodanowa (powyżej 70 proc.) była pomiędzy tymi dwoma wskazaniami.

Zdrowe jedzenie jest tanie!

Co ciekawe, osoby, które jadły mało węglowodanów, do których zaliczają się węglowodany proste (jak np. cukier) i węglowodany złożone (jak np. skrobia), wymieniały je na białko i tłuszcze zwierzęce, zamiast na ich roślinne odpowiedniki. Takie rozwiązania są często stosowane w niektórych modnych dietach, np. diecie paleo, opartej na produktach zwierzęcych, głównie mięsie pod różnymi postaciami. Nie jest to, w świetle opisywanych powyżej badań najzdrowszym rozwiązaniem.

W kolejnym etapie badań uczeni potwierdzili swoje dotychczasowe ustalenia poprzez metaanalizę 8 różnych prac naukowych obejmujących w sumie blisko 450 tys. osób z Ameryki, Europy i Azji. Ujawniła ona podobne zależności. Jak podkreśla w swoim komentarzu główna autorka pracy w „Lancecie”, dr Sara Seidelmann, odkrycie to ma dość daleko idące konsekwencje dla zaleceń dietetycznych dotyczących Azjatów. W wielu krajach Azji podstawą diety jest biały oczyszczony ryż (zawierający czyste, łatwo przyswajalne węglowodany proste). Tymczasem, dietetycy zalecają ograniczać spożycie węglowodanów prostych, na rzecz złożonych, gdyż te ostatnie są znacznie korzystniejsze dla zdrowia. Wiele więc wskazuje, że i tam powinno się przemyśleć kwestie codziennego jadłospisu, jeśli pragnie się wydłużyć długość życia.

Analiza danych pochodzących ze wszystkich tych prac badawczych pozwoliła ustalić, nie tylko jaka zawartość węglowodanów jest optymalna w diecie, lecz również czym można je zastąpić oraz które produkty wybrać.

Naukowcy zdecydowanie odradzają zastępowanie cukrów czy też białego ryżu produktami zwierzęcymi. Co rekomendują w zamian? Jeśli już chcemy wprowadzić do naszej diety większą ilość białka (pozwala ono w miarę szybko schudnąć i utrzymać pożądaną wagę) niech będzie to białko roślinne, pochodzące na przykład z roślin strączkowych. Do tego warzywa i owoce, pełnoziarniste pieczywo, plus orzechy. Wszystkie analizy dowodzą, że im mniej tłustego mięsa typu wołowina czy jagnięcina, a więcej soczewicy w naszym codziennym menu, tym lepiej.

Ograniczenia badania

Analizy opisane w „ The Lancet Public Health” oparte były głównie na obserwacjach, nie można więc mówić o udokumentowanych związkach przyczynowo-skutkowych. Zespół dr Seidelmann przypuszcza jednak, że zachodnia dieta oparta w dużej mierze na produktach zwierzęcych może wspierać rozwój stanów zapalnych w organizmie i zwiększać stres oksydacyjny, co znacząco przyspiesza procesy starzenia komórek. A to już bezpośrednio przekłada się na zwiększoną śmiertelność i ryzyko wielu chorób. Co więcej, duży udział prostych węglowodanów w diecie, np. białego ryżu czy cukru, oznacza także wysoki indeks glikemiczny potraw, co może przekładać się na zaburzenia metaboliczne i w rezultacie prowadzić do cukrzycy typu II.

Jak pokazują najnowsze badania – węglowodany powinny stanowić podstawę zdrowej diety, ale ważna jest nie tylko ich ilość, lecz przede wszystkim jakość. Badania wskazują też, że zamiast schabowego warto wybrać kotlet z fasoli.

Źródło: Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Upały trwają, a z nimi sine niebezpieczeństwo

Choć niedawny, masowy zakwit sinic w Bałtyku już ustąpił, to jednak groźne mikroorganizmy wciąż dają o sobie znać na kąpieliskach położonych w głębi kraju. W związku z tym przypominamy wszystko, co trzeba wiedzieć o sinicach.

Upalny sierpień zachęca do wypoczynku nad wodą. Zanim jednak wybierzemy się na konkretne kąpielisko w plenerze warto najpierw upewnić się, że tamtejsza woda wciąż nadaje się do kąpieli. Niestety, co kilka dni lokalne oddziały Sanepidu z różnych stron Polski publikują  komunikaty o tymczasowym zakazie kąpieli w miejscowych akwenach, głównie z powodu zakwitu sinic. Najnowszy taki komunikat dotyczy np. znanego kąpieliska nad Jeziorem Maltańskim w Poznaniu. Aby uniknąć tego rodzaju przykrych niespodzianek warto zaglądać na stronę internetową Serwisu Kąpieliskowego prowadzonego przez Państwową Inspekcję Sanitarną lub też monitorować strony lokalnych Sanepidów.

Sinice: czym są i dlaczego są groźne

Sinice, czyli inaczej cyjanobakterie, należą do najstarszych organizmów występujących na Ziemi. Żyją zarówno w wodach słonych (morza, oceany) jak i śródlądowych (jeziora, rzeki), unosząc się swobodnie w toni wodnej lub zalegając na dnie. Są one stale obecne w środowisku wodnym, nawet gdy woda wydaje się zupełnie czysta.

Problemem stają się one dopiero wtedy, gdy nadejdą upały. Do masowych zakwitów sinic dochodzi bowiem zazwyczaj wtedy, gdy woda przez dłuższy czas ma około 18-20 stopni Celsjusza, zwłaszcza gdy dodatkowo zawiera spływające z pól uprawnych związki azotu i fosforu (co ciekawe, porywy wiatru, deszcze czy burze mogą przerwać zakwit). Działalność człowieka przyczynia się zarówno do ocieplenia klimatu,  jak i zanieczyszczenia wód – zatem zakwity sinic to pośrednio nasza wina.

Niebezpieczne dla naszego zdrowia są te gatunki sinic, które produkują różnego rodzaju związki toksyczne.

Bałtyckie zakwity powodują głównie trzy występujące jednocześnie gatunki: Nodularia spumigena, Aphanizomenon flosaquae i Dolichospermum spp. Z tych trzech tylko N. spumigena wytwarza silnie trującą nodularynę. To związek działający niszcząco na wątrobę powoduje też biegunkę i wymioty. W czasie zakwitu niebezpieczna bywa nie tylko kąpiel, ale i spacery po plaży. Toksyna może się wchłaniać nawet poprzez drogi oddechowe.

W wodach śródlądowych toksyczne są m.in. gatunki z rodzaju Microcystis, Dolichospermum, Planktothrix czy Cylindrospermopsis. Stwarzają one zagrożenie nie tylko dla ludzi. W przypadku sinic słodkowodnych zdarza się, że powodują one też zatrucie pijących wodę zwierząt.

Państwowa Inspekcja Sanitarna ostrzega, że kąpiel w wodzie podczas zakwitu sinic może skutkować różnymi dolegliwościami, przede wszystkim skórnymi. Do typowych objawów zatrucia sinicami należą:

  • rumień, pokrzywka, wysypka, świąd skóry,
  • zapalenie spojówek,
  • bóle brzucha, wymioty, nudności, biegunka,
  • gorączka, dreszcze,
  • bóle mięśni,
  • duszności, zawroty głowy.

Dolegliwości te mogą wystąpić bezpośrednio lub kilka dni po kąpieli w wodzie, gdzie był toksyczny zakwit sinic. Od dłuższego czasu nie odnotowano przypadków śmiertelnych wśród ludzi, jednakże w kilku sytuacjach zachorowania były bardzo poważne. Dlatego, w razie niepokojących objawów należy jak najszybciej zgłosić się po pomoc do lekarza.

Nie wiadomo, dlaczego właściwie wytwarzane są  toksyny. Może chodzić o obronę przed sinicożercami, sygnał chemiczny albo po prostu ewolucyjny relikt.

Jest jeszcze jeden negatywny aspekt związany z sinicami. Gdy te obumierają, rozkładające je bakterie zaczynają zużywać tlen, co zabija ryby oraz zwierzęta i rośliny wodne.

Jak rozpoznać sinice i ich zakwit

W zbiornikach wodnych masowo występujące sinice powodują tzw. zakwit wody, czyli zmianę jej zabarwienia, a często także pojawienie się piany lub kożuchów, najczęściej koloru zielonego. Ale mogą też być one zielonkawo-brązowe oraz niekiedy czerwono-brązowe. Niektóre gatunki sinic mogą też wydzielać zapachy, np. zatęchłe, ziemiste lub trawiaste.

Zakwit z reguły powstaje w około 2 dni i utrzymuje się przez około 5-7 dni. Po kolorze wody niemożliwe jest niestety określenie, czy zakwit jest niebezpieczny czy nie.

Jak uchronić się przed zatruciem  sinicami?

  • unikać kąpieli w czasie zakwitu sinic (co można poznać m.in. po kożuchu sinicowym, wodzie o zmienionej barwie i nieprzyjemnym zapachu),
  • nie poić taką wodą zwierząt domowych,
  • nie używać jej do podlewania warzyw.

Pożytki płynące z sinic

Ale oprócz trujących, są także sinice jadalne, a nawet służące jako suplementy diety, jak np. bogata w składniki odżywcze spirulina.

Zakwity sinic to oczywiście nie tylko polski problem. Podobne kłopoty miewają m.in. mieszkańcy Chile. Toksyny tamtejszych sinic mogą gromadzić się w skorupiakach, a spożywające je osoby trafiają do szpitali, częściowo sparaliżowane, czasem niezdolne do oddychania bez pomocy respiratora. Większość zatrutych wraca do zdrowia, jednak gospodarka ponosi duże straty ze względu na związane z tym zakazy połowów.

Badania chilijskich naukowców wykazały jednak, że toksyna tamtejszych sinic – neosaxitoxina – może być skutecznym środkiem przeciwbólowym, nie wykazującym szkodliwych skutków ubocznych. Wytwarzana przez pospolitą sinicę trzęsidło nostokarbolina może działać jak galantamina – lek łagodzący objawy choroby Alzheimera. Z kolei produkowana przez inny gatunek kryptoficyna ma działanie przeciwnowotworowe.

Obecność gazu w komórkach pozwala niektórym sinicom kontrolować głębokość, na jakiej się znajdują, a co za tym idzie – ekspozycję na światło słoneczne. Ta właściwość gatunku Anabaena flos-aquae zainspirowała twórców środków kontrastujących dla ultrasonografii – pęcherzyków gazu pokrytych białkami które mogą wiązać się z określoną tkanką, na przykład nowotworową.

Sinice i ich ewolucyjny dorobek

Jak już wspomnieliśmy, jednokomórkowe sinice zalicza się do najstarszych i zarazem najprostszych organizmów na świecie. Ich najwcześniejsze skamieniałości pochodzą sprzed około 3 miliardów lat. Mogą występować jako pojedyncze osobniki lub jako kolonie, na przykład w postaci nici lub „mat”. Mało kto wie,  że gatunki żyjące w glebie nadają zapach ziemi.

Ponieważ w procesie fotosyntezy sinice produkują tlen, w przeszłości uważano je za prymitywne glony. Jednak dokładniejsze badania wykazały, że bliżej im do bakterii (stąd nazwa „cyjanobakterie”). Wspólnie z bakteriami zaliczane są do prokariontów – nie mają otoczonego błoną jądra komórkowego, zaś DNA unosi się wewnątrz komórki.

Do życia wystarczy im woda, powietrze i substancje mineralne. Niektóre wiążą nawet azot wprost z atmosfery. Najprawdopodobniej to dzięki sinicom w pierwotnej atmosferze Ziemi pojawiły się duże ilości tlenu. Są pionierami zasiedlającymi nowe środowiska. Pojawiają się m.in. na wilgotnych doniczkach, nagiej skale, na pustyniach, lodowcach, w futrze niedźwiedzi polarnych i leniwców (stad leniwce bywają zielonkawe…). Niektóre wytrzymują nawet w gorących źródłach (w temp. do 90 stopni Celsjusza), środowiskach silnie zasadowych (pH 11) i bardzo kwaśnych (pH 0,5), a nawet w solance o stężeniu do 30 proc.

Często wchodzą w symbiozę z innymi organizmami. Na przykład porosty złożone są z komórek sinic i grzybów. Wielokomórkowe rośliny wchłonęły sinice, które pełnią w ich komórkach rolę fotosyntezujących chloroplastów. Mątwy i niektóre ryby głębinowe mogą świecić dzięki bioluminescencji sinic.

Niebieski fikocyjan nadaje ich komórkom charakterystyczne sinawe zabarwienie – stąd nazwa gromady. Jednak w zależności od kwaśnego czy zasadowego otoczenia mogą być bardziej czerwone lub niebieskie, niektóre są żółte, fioletowe czy niemal czarne. Czerwony gatunek Trichodesmium erythraeum przyczynił się do nadania nazwy Morzu Czerwonemu.

Dzięki lepkim substancjom jakie wydzielają, sinice potrafią wiązać glebę. Dlatego w północnych Chinach wykorzystano je w walce z wywiewaniem gleby i pustynnieniem. Obsiane trawą wydmy pokrywane są mieszaniną zawierającą te mikroorganizmy.

Według Petera Swarta z University of Miami Rosenstiel School of Marine and Atmospheric Science na Florydzie fotosyntetyzujące sinice mogły być „budowniczymi” karaibskiego archipelagu Bahamów – potrafią bowiem wytrącać z wody morskiej węglan wapnia. Niezbędnych sinicom dużych ilości żelaza prawdopodobnie dostarczył pustynny pył, niesiony przez wiatr z Sahary.

Widoczne z orbity zakwity glonów i sinic mogą zwiastować trzęsienia Ziemi. Prawdopodobnie ma to związek z podnosząca się przed trzęsieniami temperaturą morza i napływem z głębin wody bogatej w składniki pokarmowe

Sinice są atakowane przez organizmy jeszcze mniejsze – wirusy nazywane cyjanofagami. Gdy słońce świeci zbyt mocno, sinice wstrzymują proces fotosyntezy, ponieważ kontynuacja prowadziłaby do uszkodzeń białek biorących udział w tym procesie. Jednak gdy zostaną zaatakowane przez wirusa S-PM2, fotosynteza i wytwarzanie tlenu zachodzą cały czas, bez szkody dla sinic. Pod wpływem wirusa wytwarzane są dwa białka, które zapobiegają uszkodzeniom związanym z nadmiarem światła. Dzięki temu fotosynteza dostarcza więcej energii niezbędnej do powielania kopii wirusa.

Oceaniczne sinice produkują około połowy powstającego w procesie fotosyntezy tlenu. Mniej więcej 10 procent z nich jest zakażonych wirusem, co znaczy, że około 5 procent tlenu może być wytwarzanych z pomocą wirusów.

Znalezione w słonym kalifornijskim jeziorze Salton Sea sinice Acaryochloris potrafią wykorzystywać do wytwarzania tlenu nawet podczerwień dzięki specjalnej odmianie barwnika niezbędnego do fotosyntezy -chlorofilowi typu d.

Sinice nie zawsze są sine. Trudno je także uznać za czarne charaktery.

Paweł Wernicki, Vik (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Sen: co za dużo, to niezdrowo

Spanie dłużej niż osiem godzin może się okazać szkodliwe dla zdrowia. Im dłużej śpimy, tym bardziej narażamy się na ryzyko śmierci i chorób sercowo-naczyniowych.

Dobry sen regeneruje ciało i umysł, pomagając sortować zebrane w trakcie dnia informacje. Część z nich mózg „kasuje”, a te, które uznaje za warte zapamiętania, rejestruje w pamięci długotrwałej. Od dłuższego czasu naukowcy spierają się jednak, jak długo powinniśmy spać, by zachować zdrowie i sprawny umysł. Wiele badań wykazuje na przykład, że zbyt krótki nocny odpoczynek, tj. w okolicach sześciu godzin i mniej, znacząco zwiększa ryzyko zachorowania na  nowotwory.

Z kolei badania naukowców z Georgia Southern University na grupie ponad 20 tys. Amerykanów wykazały, że osoby śpiące mniej niż siedem godzin, są o 70 proc. bardziej narażone na problemy natury psychicznej niż ludzie zażywający dłuższego odpoczynku. Wśród tych problemów znalazły się lęk, nerwowość oraz poczucie bezsilności. Uwaga! Wspomniane powyżej badania nie precyzowały jednak, czy brak snu powoduje problemy psychiczne, czy też jest na odwrót – to problemy psychiczne sprawiają, że ludzie mniej śpią.

Wygląda na to, że zbyt dużo snu również może być niebezpieczne dla zdrowia.  Zespół dr Chun Shing Kwoka z Keele University dokonał przeglądu i metaanalizy 74 prac badawczych opublikowanych w latach 1970-2017. Objęły one swoim zasięgiem imponującą liczbę osób – 3 340 684 i 242 240 zgony. Warto tu podkreślić, że w rozmaitych opracowaniach rzadko zdarzają się tak duże grupy badanych.

Naukowcy przeanalizowali zebrane prace pod kątem tego, na ile jakość i długość snu wpływają  na ryzyko rozwoju chorób sercowo-naczyniowych i ogólnego ryzyka śmierci. Zauważyli bowiem wcześniej, że te parametry nie są zazwyczaj brane pod uwagę, jeśli chodzi o ryzyko rozwoju schorzeń sercowo-naczyniowych.

Analizy ujawniły, że kiepska jakość snu (a więc wypoczynek, który nie przynosi regeneracji) zwiększa ryzyko choroby wieńcowej o 44 procent.  Okazało się również, że sen dłuższy niż 10 godzin w porównaniu ze snem 7-godzinnym, zwiększa ryzyko zgonu o 30 proc., a nocny wypoczynek dłuższy niż 11 godzin zwiększa ogólne ryzyko śmierci o 66 proc. Ograniczeniem tej analizy jest fakt, że polegano na deklaracjach uczestników, którzy bezwiednie mogli przekazywać nieprawdę co do długości snu. Tego rodzaju analiza pokazuje zresztą nie związek przyczynowo-skutkowy, a pewną zależność.

Ile spać, żeby się zdrowo wyspać?

W świetle zebranych i analizowanych danych najzdrowszy wydaje się sen trwający mniej więcej  około 7 godzin. W przypadku nocnego odpoczynku wynoszącego pięć i mniej godzin ryzyko śmierci znowu szybuje w górę.

Amerykańska National Sleep Foundation (co można przetłumaczyć jako Narodową Fundację Snu) zaleca obecnie od 7 do 9 godzin snu w przypadku osób w wieku od  26 do 64 lat i od 7 do 8 dla starszych. Ale wiele zależy od indywidualnego zapotrzebowania oraz trybu życia.

– Kwestie ilości i jakości snu są złożone. Na sen wpływa wiele czynników: kulturowych, społecznych, psychologicznych, behawioralnych, patofizjologicznych i środowiskowyc, jak również to, czy opiekujemy się członkami rodziny, pracujemy na zmiany, chorujemy czy musimy być dostępni przez 24 godziny na dobę – mówi dr Kwok.

Według niego, w kontekście otrzymanych wyników analiz, ważne jest, by lekarze pytali swoich podopiecznych o długość snu.

– Jeśli odkryją, że dana osoba śpi dłużej niż osiem godzin lub więcej powinni rozważyć diagnostykę w kierunku rozmaitych czynników ryzyka związanych z chorobami sercowo-naczyniowymi, a także zespołem bezdechu sennego – mówi dr Kwok.

Bezdech senny może skutkować dłuższym snem i także zwiększa ryzyko chorób serca.

Warto, by o tym, że zbyt długi sen skraca życie, pamiętali też pacjenci – jeśli śpią zbyt długo, porozmawiali o tym z lekarzem.

Tym bardziej, że badania brytyjskich uczonych z uniwersytetu w Oxfordzie na grupie blisko tysiąca osób wykazały, że sen powyżej dziewięciu godzin powoduje u śpiącego więcej koszmarów związanych z nieprzyjemnymi wydarzeniami życia codziennego. To dlatego, że im dłużej śpimy, tym więcej doświadczamy fazy snu REM (rapid eye movement – szybkie ruchy gałek ocznych), w którym najczęściej śnimy.

Po raz kolejny okazuje się, że najważniejszy jest złoty środek, a co za dużo, to niezdrowo.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Jak zachować się w czasie burzy i pomóc osobie rażonej piorunem

Rządowe Centrum Bezpieczeństwa ostrzega przed burzami. Sprawdź, czy wiesz, jak się zachować w czasie burzy i co robić, gdy kogoś porazi piorun.

Wbrew pozorom, zdecydowana większość ofiar rażonych piorunem przeżywa ten wypadek (szacuje się, że tych, którzy przeżywają, jest cztery do pięciu razy więcej niż tych którzy giną). Jednak większość tych, którzy przeżyli, może doświadczać różnego rodzaju komplikacji zdrowotnych, dlatego po każdym takim zdarzeniu, nawet jeśli ofiara deklaruje, że nie czuje się źle, powinna skorzystać z pomocy lekarskiej.

Do śmiertelnego porażenia piorunem dochodzi najczęściej w górach, rzadziej na dużych zbiornikach wodnych oraz rozległych, otwartych przestrzeniach z wysokimi drzewami i/lub budynkami. W Polsce rocznie z tego powodu umiera od kilkunastu do kilkudziesięciu osób.

Co to jest piorun?

Piorun to chwilowe, przejściowe wyładowanie atmosferyczne o bardzo dużym ładunku elektrycznym, do którego dochodzi pomiędzy chmurami lub też między chmurami a ziemią.

Najlepiej w czasie burzy być w domu. Dobrym schronieniem jest też samochód, o ile jest zaparkowany w bezpiecznym miejscu (np. nie pod drzewem). W domu trzeba zamknąć okna, lepiej też nie dotykać metalowych przedmiotów.

Burza złapała nas poza domem: co robić?

  • Unikaj przebywania w pobliżu szczytów i grzbietów górskich.
  • Unikaj otwartych przestrzeni, ale nie stój pod pojedynczym drzewem, słupem. Gęsty drzewostan daje lepszą ochronę.
  • Wyjdź z wody!
  • Jeśli jesteś na otwartej przestrzeni i nie masz gdzie się schować, kucnij, trzymając zetknięte kolana i kostki. Można usiąść na płóciennym lub skórzanym plecaku, torbie, linie, pod warunkiem, że są suche.
  • Nie kładź się na ziemi!
  • Jeśli jesteś w grupie, jej członkowie powinni zachowywać między sobą kilkumetrową odległość.
  • Usuń z ubrania wszelkie metalowe przedmioty (np. karabińczyki)
  • Unikaj kontaktu z wszelkimi przedmiotami, które mogą przewodzić prąd (najlepszymi przewodnikami są metal i woda).
  • Jeśli masz kask, włóż go na głowę.

Jak może porazić piorun?

Są cztery mechanizmy, wskutek których może dojść do porażenia piorunem człowieka:

  • Bezpośrednie uderzenie pioruna w ciało (zdarza się rzadko)
  • Wyładowanie iskrowe, wskutek którego prąd „przechodzi” po skórze; zwykle dochodzi wówczas do rozległych oparzeń, może uszkodzić ubranie;
  • Uderzenie pioruna w ziemię w pobliżu człowieka;
  • Fala uderzeniowa powodująca uraz mechaniczny.

Kiedy piorun uderza, prąd przechodzi poprzez tkanki o najmniejszej oporności. Ponieważ nerwy, naczynia krwionośne, tkanka łączna są bogate w wodę i elektrolity są najbardziej narażone na jego niszczące działanie.

Pierwsza pomoc osobie rażonej piorunem

  • Zapewnij sobie bezpieczeństwo – ratownicy mają powiedzenie, że martwy ratownik to zły ratownik
  • Nie bój się dotykać osoby rażonej piorunem!
  • Wezwij pomoc
  • Oceń, czy ofiara rażenia jest przytomna, oddycha, bije jej serce
  • Jeśli nie wyczuwasz tętna, wykonuj masaż serca
  • Jeśli ofiara nie oddycha, ale ma tętno, rozpocznij sztuczne oddychanie  metodą usta-usta
  • Opatrz widoczne oparzenia i krwawienia
  • Bądź z ofiarą do momentu przybycia pomocy, wspieraj ją psychicznie.

Infografika PAP/Serwis Zdrowie

Jak rozpoznać, że jesteś w dużym niebezpieczeństwie?

Ratownik TOPR i lekarz medycyny ratunkowej Sylweriusz Kosiński zwraca uwagę na sygnały, które mówią, że znajdujemy się w dużym niebezpieczeństwie. Jednym z nich jest „naelektryzowanie się” włosów – czyli unoszenie się ich w kierunku prostopadłym do skóry.

Kolejny sygnał pozwala ocenić, czy jesteśmy blisko/daleko od burzy – bardzo niebezpiecznie jest wtedy, gdy pomiędzy błyskiem a grzmotem upływa mniej niż 30 sekund. Co ważne, całkiem bezpieczni jesteśmy dopiero wtedy, gdy po ostatnim błysku lub grzmocie minęło 30 minut.

Justyna Wojteczek (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Twoje serce nie lubi upałów.

Temperatury przewyższające 30˚C mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia. Dotyczy to zwłaszcza mieszkańców umiarkowanej strefy klimatycznej, dla  których upały nie są codziennością. Negatywne skutki letniej pogody odczuwają głównie osoby starsze, jednak drugą dużą grupę ryzyka   stanowią osoby cierpiące na choroby układu krążenia. Czego powinny unikać latem oraz jaką profilaktykę stosować o tej porze roku?

Groźne choroby układu krążenia

Według danych GUS choroby układu krążenia w ostatnim ćwierćwieczu odpowiadały aż za połowę wszystkich zgonów w Polsce. Dzięki rozwojowi kardiologii umiemy sobie z nimi radzić, ale jest wiele sytuacji, w których pacjenci kardiologiczni powinni zachować szczególną ostrożność – na przykład w okresie wzmożonych upałów. Podczas wysokich temperatur wzrasta ryzyko nasilenia objawów chorób serca. Zasłabnięcia, duszność, ból w klatce piersiowej – to najczęstsze symptomy, z którymi „sercowcy” trafiają do lekarzy w sezonie letnim. To właśnie w tym czasie dochodzi najczęściej do udaru mózgu, nasilenia niewydolności serca oraz zaostrzenia objawów choroby wieńcowej.

Choroby krążenia nie lubią upałów. Pacjenci zmagający się z nimi powinni latem bacznie obserwować swój organizm i reagować na wszelkie niepokojące sygnały. Ta rada dotyczy nie tylko osób po zawale serca, ze zdiagnozowanym nadciśnieniem tętniczym, miażdżycą tętnic, niewydolnością serca czy zaburzeniami rytmu, ale też mających żylaki kończyn dolnych. 

DR N. MED. ZBIGNIEW TOMIK, KARDIOLOG GRUPY LUX MED

Dlaczego upał zagraża sercu?

Utrzymujące się wysokie temperatury zmuszają organizm do bardziej wytężonej pracy, której celem jest ochrona przed przegrzaniem oraz utrzymanie ciepłoty ciała na bezpiecznym poziomie 36,6-37˚C. Podczas upałów serce zaczyna bić szybciej, a naczynia krwionośne rozszerzają się. Zaczynamy się wtedy intensywniej pocić, co jest naturalną reakcją obronną, mającą ochronić organizm przed przegrzaniem. U osób z chorobą wieńcową, po zawale serca, wadą zastawkową czy nieleczonym nadciśnieniem tętniczym, serce może jednak nie udźwignąć wysiłku, do jakiego jest wtedy zmuszone. Dr n. med. Zbigniew Tomik, przestrzega:

Organizm wystawiony na wysoką temperaturę zaczyna słabnąć. Łatwo to zaobserwować: w upały jesteśmy wyraźnie zmęczeni, rozleniwieni, działamy wolniej, miewamy problemy z koncentracją. Gdy w takiej sytuacji dodatkowo podejmujemy wysiłek fizyczny, zwiększa się ryzyko przegrzania organizmu, odwodnienia i dochodzi do gwałtownych spadków ciśnienia tętniczego krwi. Obniżenie ciśnienia organizm usiłuje skompensować szybszą pracą serca, a więc przyspieszeniem pulsu, z czym nie zawsze jest w stanie sobie poradzić.

DR N. MED. ZBIGNIEW TOMIK, KARDIOLOG GRUPY LUX MED

Przykre konsekwencje upałów

Niebezpieczne dla osób ze schorzeniami kardiologicznym są nagłe wahania ciśnienia krwi. Niskie ciśnienie tętnicze prowadzi do omdleń, może dojść do przejściowego niedokrwienia mięśnia sercowego, a nawet niedokrwienia mózgu lub udaru mózgu. Osoby z problemami kardiologicznymi powinny częściej kontrolować ciśnienie krwi, jednak jak zauważa ekspert, praktyka pokazuje, że robi to regularnie zaledwie co trzeci chory:

W sezonie letnim zalecamy częstsze pomiary ciśnienia, gdyż u wielu pacjentów dochodzi w czasie upałów do jego spadku. Część pacjentów przyjmujących leki obniżające ciśnienie powinna mieć latem zmienione ich dawkowanie, jednak nie powinni robić tego samodzielnie, tylko po konsultacji z lekarzem.

DR N. MED. ZBIGNIEW TOMIK, KARDIOLOG GRUPY LUX MED

Jak bezpiecznie przetrwać upał?

Latem osoby z chorobami układu krążenia powinny przestrzegać kilku prostych zasad. Po pierwsze: pić dużo płynów, by uniknąć odwodnienia. Warto sięgać po wodę mineralizowaną, zawierającą elektrolity, które są tracone w dużej ilości przez skórę. Po drugie: zapobiegać przegrzaniu. Czas wolny najlepiej spędzać w półcieniu, unikać spacerów między 10.00 a 15.00, a cięższe prace wykonywać wieczorem. Należy również zadbać o nakrycie głowy. Niewskazane jest przebywanie w miejscach zatłoczonych, a w klimatyzowanych pomieszczeniach temperatura powinna być niższa maksymalnie o 5 stopni od tej, panującej na zewnątrz. Kolejna rzecz to lekkostrawna dieta, pozbawiona kawy i alkoholu oraz wysiłek fizyczny – regularny, ale umiarkowany, np. wieczorny spacer. W upale wzrasta ryzyko zakrzepów, dlatego osoby mające żylaki kończyn dolnych powinny dużo chodzić, odpoczywać z nogami uniesionymi powyżej serca, nie wystawiać ich na słońce i nie uciskać ciasną odzieżą.

Alarmujące sygnały

Odróżnienie zwykłego przemęczenia od skutków przegrzania w upalny dzień może być trudne. Zasłabnięcie, zwłaszcza u pacjenta z chorobami serca, zawsze powinno być sygnałem do pilnego wezwania pomocy. Nie należy też ignorować duszności ani bólu w klatce piersiowej. Osoby z nadciśnieniem powinny dodatkowo zwracać uwagę zarówno na duży wzrost ciśnienia, jak też jego spadek, i wówczas zawsze pilnie zasięgnąć porady lekarskiej.

Źródło: Materiał prasowy

Fot. www.pixabay.com

Polak na wakacjach – jakie dolegliwości najczęściej doskwierają nam latem?

Kąpiele słoneczne, górskie wędrówki, relaks na działce, spływ kajakowy – w letnich miesiącach chętniej wypoczywamy na łonie natury. Nawet, jeśli naszą ulubioną formą relaksu jest bierne wylegiwanie się na leżaku, wyjeżdżając na urlop powinniśmy zabezpieczyć się na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Należy do nich kilka typowo wakacyjnych dolegliwości, które potrafią zepsuć nawet świetnie zapowiadający się wypoczynek. Podpowiadamy, jak się przed nimi chronić i na co latem szczególnie uważać.

Tajlandia vs Mazury

Planując wycieczkę w tropiki szczepimy się przeciwko chorobom zakaźnym, a do plecaka pakujemy leki antymalaryczne i moskitiery. Zwykło się więc uważać, że specjalnych przygotowań wymagają wyłącznie egzotyczne wyprawy. Nie jest to do końca zasadne: podróżując po Polsce jesteśmy również narażeni na zagrożenia ze strony wirusów, bakterii, słońca i przyrody.

Do wakacyjnego wyjazdu, nawet niedalekiego, powinniśmy rozsądnie się  przygotować i wyposażyć w podstawowe środki ochronne. W apteczce nie  może zabraknąć środków odkażających i opatrunkowych, leków  przeciwbólowych, przeciwgorączkowych, przeciwalergicznych oraz  przeciwbiegunkowych. Przydatny może okazać się także spray odstraszający  owady oraz krem z filtrem dostosowanym do rodzaju skóry. Warto też  regularnie przypominać sobie zasady udzielania pierwszej pomocy np.  wykorzystując bezpłatną aplikację Pierwsza Pomoc Grupy LUX MED. Można ją  pobrać na telefon ze sklepu z aplikacjami.

DR N. MED. JAN LEBIEDOWSKI, INTERNISTA GRUPY LUX MED

Plażowanie na całego

Wyjazdy nad morze to najpopularniejsza wśród Polaków forma spędzania wakacji, lecz niekoniecznie najbezpieczniejsza. Woda jest groźnym i podstępnym żywiołem — przypominają rokrocznie ratownicy. Ostrzegają przed brawurą oraz kąpielach po spożyciu alkoholu. Nad wodą grożą nam nie tylko utonięcia czy urazy spowodowane skakaniem do niej na główkę. Pływakowi może przytrafić się skurcz, zachłyśnięcie, skaleczenie, a także zakażenia bakteryjne i grzybicze. Jednak najczęstszymi wakacyjnymi dolegliwościami są poparzenia słoneczne i udary cieplne.

Udary zazwyczaj bagatelizujemy, bo ich objawy przypominają  przeziębienie. Podobnie jest z ostrzeżeniami lekarzy przed  promieniowaniem UV –  opalamy się w godzinach, w których jest  najsilniejsze, czyli między 11.00 a 16.00. W tym czasie jesteśmy  najbardziej narażeni na oparzenia.

DR N. MED. JAN LEBIEDOWSKI, INTERNISTA GRUPY LUX MED

Podstawowa ochrona przed słońcem i skutkami przebywania na dworze w upalne dni, oprócz kosmetyków z filtrem i nakrycia głowy powinna obejmować picie dużej ilości płynów i unikanie wysiłku. To ostatnie dotyczy zwłaszcza osób cierpiących na choroby krążenia oraz seniorów.

Co w trawie piszczy?

Z roku na rok natura jest dla nas mniej łaskawa. Coraz cieplejsze zimy powodują zwiększenie populacji kleszczy, które przenoszą choroby zakaźne: anaplazmozę, gorączkę Q, tularemię, babeszjozę i dwie najgroźniejsze dla ludzkiego organizmu: boreliozę oraz kleszczowe zapalenie mózgu. O ile przed zapaleniem mózgu, spowodowanym przez kleszcza, możemy i powinniśmy się chronić za pomocą szczepień, tak boreliozy możemy uniknąć wyłącznie dzięki ochronie przed ukąszeniem, a w przypadku wbicia się tego pajęczaka w skórę, szybkiej reakcji i wizycie u lekarza. Osoby przebywające na terenach trawiastych lub leśnych powinny zakrywać skórę, głowę i stopy, a codziennie wieczorem uważnie obejrzeć swoje ciało w dobrym świetle (zwłaszcza pachy, pachwiny, okolice piersi) pod kątem obecności kleszcza. Należy też pamiętać, aby zabezpieczać przed nimi zwierzęta domowe, które przebywają na dworze.
Latem zwiększa się także liczba ukąszeń przez inne owady. O ile  ugryzienie przez komara w naszej strefie klimatycznej powoduje wyłącznie  dyskomfort, tak np. użądlenie przez pszczołę lub osę może skończyć się  wstrząsem anafilaktycznym, obrzękiem twarzy i języka oraz pobytem w  szpitalu. Szacuje się, że na jad tych owadów uczulony jest zaledwie 0,5  proc. populacji, ale niestety większość tej grupy o alergii dowiaduje  się post factum. Pszczoły i osy przyciągają do nas słodkie zapachy,  dlatego w plenerze lepiej unikać perfum, a napoje przelewać do  przezroczystej szklanki (częstym przypadkiem jest „połknięcie” pszczoły,  która niezauważona wpadła np. do puszki lub butelki).

Ostrożność przede wszystkim

Często się zdarza, że wakacyjne dolegliwości (np. stłuczenia, złamania,  otarcia, odparzenia) fundujemy sobie na własne życzenie. Nierozważne  zachowania można by wymieniać długo, jednym z nich jest wchodzenie np.  na Giewont w japonkach. Szczególnej rozwagi wymaga też żywienie się poza  domem. Według danych GIS latem znacząco rośnie liczba zachorowań na  salmonellozę; inne statystyki mówią natomiast, że aż 1/3 Polaków na  urlopie cierpi na zatrucia pokarmowe. O taką dolegliwość nietrudno,  jeśli sięgamy po jedzenie z niepewnych źródeł, zawierające surowy  nabiał, leżące poza lodówką przez wiele godzin lub kiedy spożywamy  nieumyte owoce i warzywa. Nie jesteśmy w stanie oczywiście zabezpieczyć  się przed wszystkimi dolegliwościami, ale zawsze należy zachować zdrowy  rozsądek i być przygotowanym na ewentualne zagrożenia.
Polak na wakacjach.jpg

Źródło: Materiał prasowy

Fot. www.pixabay.com

Joga pomaga na stres w ciąży

Ćwiczenia jogi uspokajają, zmniejszając stres w ciąży. Dzięki nim przyszłe mamy śpią lepiej i dłużej, zwłaszcza w ostatnim trymestrze. To jedna z dobrych opcji dla aktywności fizycznej dla kobiet w ciąży.

Stres nie jest niczym nadzwyczajnym w ciąży. Najnowsze badania dowodzą, że jednym z dobrych sposobów na jego zniwelowanie mogą być ćwiczenia jogi. To nie tylko aktywność fizyczna, ale przede wszystkim zajęcia oddechowe. Długie, spokojne, głębokie wdechy i wydechy wzmacniają dotlenienie organizmu, poprawiają przepływ krwi oraz zapobiegają nadciśnieniu. Dotychczasowe badania dowodzą uspokajającego działania tych ćwiczeń. U osób praktykujących jogę bezpośrednio po zajęciach odnotowano obniżony poziom zawartości α-amylazy w ślinie. Enzym ten uważany jest za dobry wskaźnik stresu. Im jest go więcej – tym zdenerwowanie wyższe. Inne badania dowodzą również, że u dorosłych osób z nadciśnieniem, po zajęciach jogi ciśnienie krwi stabilizuje się.

Czy kobiety w ciąży mogą ćwiczyć jogę?

Nie ma bezwzględnych przeciwwskazań, ale warto poradzić się lekarza, jakich pozycji unikać. Badania, choć wciąż stosunkowo nieliczne, wykazują, że joga pozytywnie działa na przyszłą mamę.

Momoko Kusaka, położna z Uniwersytetu Tokijskiego zrekrutowała do swoich badań kilkadziesiąt kobiet, które od 20. tygodnia ciąży aż do rozwiązania dwa razy w miesiącu chodziły na zajęcia z jogi i trzy razy w tygodniu ćwiczyły samodzielnie. Dwukrotnie sprawdzano u nich w ślinie (w 27-32.  i 34-37. tygodniu ciąży) poziom kortyzolu – hormonu stresu, dwukrotnie też wypełniały testy psychologiczne pozwalające ocenić, na ile są zestresowane. Okazało się, że za drugim razem (a więc już po kilku tygodniach ćwiczeń) obydwa te wskaźniki były niższe niż wcześniej. Na tej podstawie Kusaka stwierdziła, że joga obniża poziom stresu u ciężarnych.

W tym badaniu brakowało jednak grupy kontrolnej. Tę lukę wypełniły inne badaczki z uniwersytetu w Osace: Mako Hayse i dr Mieko Shimada, które postanowiły przeprowadzić podobne, jednak bardziej rozbudowane testy. W ich badaniach wzięły udział dwie grupy ochotniczek. Obydwie składały się ze zdrowych kobiet w podobnym wieku, których ciąża nie była w żaden sposób zagrożona. Przedstawicielki pierwszej (38 pań), raz na tydzień od ok. 20-23 tygodnia ciąży aż do rozwiązania raz w tygodniu chodziły na godzinną sesję jogi, miały też  ćwiczyć same ok. 15 minut każdego dnia. W grupie kontrolnej znalazło się 53 kobiet, które nie uprawiały jogi.

Wszystkie przyszłe mamy trzykrotnie: w 20-23, 28-31 i 36-40 tygodniu ciąży miały przez 24 godziny monitorowaną specjalnym urządzeniem zmienność rytmu zatokowego serca (wskaźnik zdrowia serca), przed i po zajęciach mierzono u nich poziom zawartości α-amylazy w ślinie, wypełniały kwestionariusze pozwalające ocenić u nich poziom stresu. Ponadto prowadziły dzienniczki snu, bo badaczki chciały sprawdzić, na ile ćwiczenia pływają na jakość i długość nocnego (i nie tylko) odpoczynku.

Jak joga może wpływać na organizm kobiety w ciąży?

Okazało się, że:

  • U przyszłych mam uprawiających jogę różnicowanie zmienności rytmu zatokowego serca było największe pod koniec ciąży, a więc po kilkunastu tygodniach ćwiczeń – co oznacza, że ich serca były w niezłej formie. Co jednak ważniejsze, pomiary te wykorzystano również do oceny działania autonomicznego układu nerwowego ( w uproszczeniu składa się on z sympatycznego i parasympatycznego układu nerwowego.)  Badanie wykazało, że w nocy następuje spadek aktywności sympatycznego układu nerwowego, który odpowiada za mobilizację i gotowość do walki. Kobiety najwyraźniej się wyciszały. To zjawisko nie było obserwowane u przyszłych mam nie uczęszczających na jogę.
  • testy psychologiczne wykazywały, że kobiety ćwiczące jogę były nieco mniej zestresowane, ale nie były to duże różnice i nie były one bardzo istotne statystycznie.
  • poziom α-amylazy w ślinie, spadał dość znacząco po każdych ćwiczeniach.
  • kobiety ćwiczące jogę spały dłużej nocą i lepiej wraz z postępem ćwiczeń – czyli, gdy ich ciąża stawała się coraz bardziej zaawansowana. Rzadziej budziły się też w nocy.

Podsumowując swoje ustalenia Hayse i dr Shimada oceniły, że joga oddziałuje na autonomiczny układ nerwowy, osłabiając działanie sympatycznego układu nerwowego (pobudzającego) i wzmacniając role parasympatycznego (hamującego reakcje organizmu, w tym te stresowe) i to nawet wtedy, jeśli nie daje się tego wykryć w testach psychologicznych. Być może, sugerują badaczki, trzeba więcej ćwiczyć, by dało się to zarejestrować w owych testach.

Zmiany w funkcjonowaniu autonomicznego układu nerwowego dają się również przełożyć również na lepszy i bardziej relaksujący odpoczynek nocny, co zdecydowanie wychodzi przyszłym mamom na zdrowie.

Z kolei badania tajwańskich uczonych pod kierunkiem Yi-Chin Sun ze szpitala Shin Kong Wu Ho-Su w Tajpej dowiodły, że pozytywny wpływ jogi sięga nawet dalej. W ich eksperymencie ciężarne ćwiczyły od 26-28 tygodnia ciąży aż do rozwiązania, trzy razy po 30 minut w tygodniu. W porównaniu do pań z grupy kontrolnej, które nie ćwiczyły, lepiej znosiły ciążę i, co ważne, znacznie wyżej oceniały swoją własną skuteczność podczas porodu (uważały m.in., że lepiej dały sobie radę np. z oddychaniem i relaksowaniem się między skurczami, dobrze współpracowały z personelem). Jednym słowem czuły się bardziej pewnie na sali porodowej.

Badania potwierdzają więc, że joga jako zestaw ćwiczeń rozciągająco-relaksujących może znacząco nie tylko zmniejszyć stres u kobiet w ciąży, ale i pomóc im przetrwać wysiłek porodu. Może warto rozważyć tę opcję, zwłaszcza że wysiłek fizyczny w ciąży jest jednym z zaleceń dla przyszłych mam.

Anna Piotrowska, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Zarządzenie NFZ Uderzy w pacjentów?

Czy szpitale stracą niezależność w metodach leczenia pacjentów? Według Pracodawców RP taką groźbę niesie projekt …

Przed chorobami uciekaj na własnych nogach

Aktywność fizyczna zapobiega wielu chorobom, a część z nich nawet leczy. Nie trzeba jednak chodzić na siłownię albo …

Przeziębienie może być objawem nowotworu?

To FAKT! Eksperci ostrzegają, że pierwszym objawem zachorowania na chłoniaka może być m.in. przeziębienie. Naszą wzmożoną …