Kategoria: ZDROWIE

Szczepienia a COVID-19

Pomimo dużej aktywności ruchów anty-szczepionkowych oraz szerzeniu się różnego rodzaju „fake newsów” i teorii spiskowych na temat szczepień, z najnowszych badań opinii wynika, że Polacy należą do europejskiej czołówki, jeśli chodzi o pozytywny stosunek do szczepień.

Pandemia wywołana przez nowego koronawirusa sprawiła, że ludzie generalnie znacznie częściej niż dotąd myślą o szczepieniach ochronnych. Nie powinno to zresztą dziwić, skoro cały świat z zapartym tchem śledzi doniesienia w sprawie toczących się intensywnie prac badawczych nad opracowaniem skutecznej szczepionki przeciwko COVID-19. To jednak tylko jeden z powodów, dla których o szczepieniach zrobiło się znowu głośno i to raczej w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Warto w tym kontekście wspomnieć jeszcze m.in. o coraz częściej podnoszonej przez wirusologów, immunologów i epidemiologów hipotezie, która obecnie jest zresztą weryfikowana w kilku badaniach naukowych, że pandemia przebiega łagodniej w krajach, w których prowadzone były powszechne, obowiązkowe szczepienia BCG (przeciwko gruźlicy), a bardziej konkretnie te z wykorzystaniem szczepu Moreau. Medycy podejrzewają, że wspomniane szczepienia zapewniają, niejako przy okazji, pewien stopień odporności nieswoistej w odniesieniu do nowego koronawirusa (wiele wskazuje na to, że istotnie wzmacniają one układ odpornościowy i zwiększają jego sprawność w zwalczaniu groźnych patogenów – nie tylko w postaci prątków gruźlicy).

Stosunek Polaków i innych nacji do szczepień

„Ponad połowa Polaków deklaruje, że zaszczepi się przeciwko koronawirusowi, kiedy będzie dostępna szczepionka” – informuje Centrum Badawczo-Rozwojowe BioStat, na podstawie najnowszego, ogólnopolskiego sondażu dotyczącego zachowań konsumentów w czasie pandemii.

Konkretnie, aż 52,5 proc. respondentów tego sondażu zadeklarowało chęć zaszczepienia się przeciwko nowemu koronawirusowi. To sporo, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że przeciwko grypie, która również jest bardzo groźną chorobą zakaźną, szczepi się w Polsce w zależności od roku średnio tylko kilka procent populacji (ok. 4-5 proc.).

W związku z obecną pandemią odsetek ten może jednak znacząco wzrosnąć, zwłaszcza że o zaszczepienie się przeciwko grypie w tym roku – jeszcze przed rozpoczęciem sezonu grypowego – apelują zgodnie eksperci ds. zdrowia publicznego i chorób zakaźnych nie tylko z Polski, ale i zza granicy. Apel w tej sprawie, o priorytetowe traktowanie szczepień przeciwko grypie w tym roku, wystosowała np. niedawno do krajów członkowskich UE Komisja Europejska.

„Z danych naukowych wynika, że osoby, które się zaszczepią przeciw grypie, mogą być bardziej odporne na zakażenie SARS-CoV-2 jesienią i zimą, kiedy może nas czekać druga fala epidemii. Natomiast zakażenie wirusem grypy może zwiększać ryzyko infekcji koronawirusem. Szczepienia przeciw grypie warto wykonywać przed każdym sezonem grypowym, jednak w tym roku jest to wyjątkowo istotne” – podkreśla Jarosław Pinkas, Główny Inspektor Sanitarny.

Czy w 2020 r. można zatem liczyć na pobicie „rekordu Polski” jeśli chodzi o poziom wyszczepialności przeciw grypie? Jest kilka istotnych przesłanek, które wskazują, że taki scenariusz jest realny.

Warto w tym miejscu przytoczyć wyniki niedawnych międzynarodowych badań opinii społecznej na temat szczepień, przeprowadzonych przez firmę Kantar na zlecenie koncernu STADA, z których wynika, że pomimo szerzącej się od wielu lat agresywnej dezinformacji dotyczącej szczepień ochronnych, Polacy mają do nich wciąż bardzo pozytywny stosunek.

Konkretnie, wspomniane badania wykazały np., że Polacy należą do ścisłej europejskiej czołówki, obok Hiszpanów, Finów i Włochów, jeśli chodzi o poziom deklarowanego poparcia dla obowiązkowych szczepień ochronnych. Okazuje się, że ich zwolennikami jest aż 88 proc. Polaków, podczas gdy np. w Rosji, Austrii czy Szwajcarii odsetek ten jest o wiele niższy i mieści się w przedziale 70-73 proc. Bardziej entuzjastyczni od nas, pod względem pozytywnego stosunku do obowiązkowych szczepień, są w Europie tylko Hiszpanie (94 proc.) i Finowie (89 proc.). Polacy zajmują w tym rankingu trzecie miejsce razem z Włochami.

Dodajmy, że obowiązkowe szczepienia popiera średnio 82 proc. wszystkich Europejczyków. Jeśli zaś chodzi o resztę to reprezentuje ona różne postawy – od umiarkowanego sceptycyzmu aż do twardo wyrażanego braku zgody na obowiązkowe szczepienia (z uwagi na brak wiary w ich skuteczność, obawę przed potencjalnymi efektami ubocznymi – czyli tzw. NOP, a także poczucie protekcjonalnego traktowania).

Wiedza o szczepieniach wciąż niewystarczająca

Jednocześnie badania te wykazały, że spora część mieszkańców Europy nie posiada wciąż wystarczającej wiedzy na temat szczepień ochronnych.

„Jedynie co piąty Europejczyk wie, że może być zaszczepiony przeciwko odrze, wirusowemu zapaleniu wątroby typu A/B, ospie i wirusowi HPV” – czytamy w raporcie z badania.

Co ciekawe, wśród Europejczyków największa jest świadomość istnienia szczepionki przeciwko odrze, a najmniejsza w przypadku HPV (bardzo podobnie jest zresztą w Polsce). Badacze zwrócili też uwagę na istotny statystycznie fakt, że pod względem wiedzy o szczepieniach lepiej od mężczyzn wypadają kobiety!

W tym międzynarodowym badaniu zadano też respondentom pytanie: kiedy ostatnio zaglądałeś do swojej karty szczepień? Najczęściej padała odpowiedź – nie pamiętam (np. w Polsce 48 proc. odpowiedzi). Warto dodać, że średnio 16 proc. respondentów (w Polsce 17 proc.) przyznało wprost, że nie wie nawet, gdzie ich karta szczepień się znajduje.

Być może więc obecna pandemia i nadzieje wiązane ze szczepionką przeciwko COVID-19 sprawią, że ruch anty-szczepionkowy przygaśnie, a zwolennicy szczepień złapią znowu wiatr w żagle.

Źródło: Wiktor Szczepaniak, www.zdrowie. pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Pokolenie szklanych ekranów – netoholizm i fonoholizm u dzieci

Wakacje i czas wolny od zajęć lekcyjnych powinny mobilizować do wyjścia na zewnątrz, spotkań z kolegami i koleżankami oraz aktywności na świeżym powietrzu. Tymczasem psychologowie od kilku lat obserwują bardzo niepokojący trend wśród dzieci i młodzieży: chęć przebywania w wirtualnej rzeczywistości jest na tyle silna i uzależniająca, że zaczęła wypierać potrzebę bezpośredniego kontaktu z rówieśnikami.  Ten świat jest dla nich o wiele bardziej atrakcyjny od realnego życia. To tu szukają akceptacji, zrozumienia i budują poczucie przynależności do grupy rówieśniczej. Sytuację potęguje fakt, że pracujący rodzice nie dysponują zwykle czasem ani środkami, by zagospodarować atrakcjami pełne dwa miesiące wakacji. W wyniku tego dzieci większość wolnego czasu spędzają przed komputerem lub ze smartfonem. A stąd jest już prosta droga do uzależnienia. Czym jest neto- i fonoholizm i jak chronić przed nimi dziecko?

Wakacje to dobry czas, by przyjrzeć się z bliska codziennym aktywnościom dziecka. Warto na początek zadać sobie kilka podstawowych pytań: czy nie spędza ono zbyt dużo czasu z telefonem w ręce? Czy nie zamyka się na bezpośrednie kontakty z rówieśnikami? Czy nie stało się w ostatnim czasie bardziej nerwowe – zwłaszcza, kiedy nie ma dostępu do wifi? Uzależnienie od Internetu i smartfonów to realny problem. Przez specjalistów określane jest jako jedna z poważniejszych chorób cywilizacyjnych XXI wieku. Co ważne, coraz częściej dotyka właśnie młodzież i dzieci – a ta grupa jest szczególnie narażona na niebezpieczeństwa czyhające w sieci.

Netoholizm i fonoholizm to uzależnienia behawioralne

Dziecko nie pyta, skąd wziął się Internet, bo nie zna życia bez niego. To takie jego okno na świat. Tu pojawia się niezwykle istotna rola rodzica, którego zadaniem jest edukacja w zakresie zagrożeń, na jakie narażone jest dziecko korzystające z sieci. Jak zauważa Magdalena Krukowska – Sidorczuk, psycholog i psychoterapeuta Poradni Zdrowia Psychicznego Harmonia Grupy LUX MED, neto- i fonoholizm to przede wszystkim poważne uzależnienia behawioralne i nie należy ich lekceważyć, a powinno się leczyć, podobnie jak alkoholizm czy uzależnienie od hazardu.

Osoby dotknięte takim uzależnieniem wykazują niemal identyczne objawy, co osoby uzależnione od substancji chemicznych. W obu przypadkach obserwuje się kompulsywne zaspokajanie określonej potrzeby, połączone z utratą kontroli nad nią i podporządkowaniem jej codziennego życia. Takie zachowanie może wynikać z wielu czynników. Dziecko stara się w ten sposób zredukować stres i złe samopoczucie związane z brakiem samoakceptacji i niskim poczuciem wartości. Korzystaniem ze smartfona i obecnością w sieci rekompensuje sobie także brak więzi z rodzicami i problemy w nawiązywaniu oraz utrzymaniu kontaktów. Za pomocą smartfona coraz więcej czasu spędza w sieci, ponieważ nie radząc sobie z trudnymi emocjami (lękiem, złością, samotnością), ucieka w tej sposób od rzeczywistości.

Magdalena Krukowska – Sidorczuk, psycholog, psychoterapeuta, Poradnia Zdrowia Psychicznego Harmonia Grupy LUX MED

Co ciekawe, pomimo podobieństw do uzależnienia od narkotyków, uzależnienie behawioralne, jakim jest np. fonoholizm czy netoholizm, jest społecznie akceptowalne.

Jak rozpoznać pierwsze objawy uzależnienia dziecka od smartfona?

Siecioholizm, sieciozależność, cyberzależność, fonoholizm – to niektóre z nazw zaburzeń, funkcjonujących obecnie w specjalistycznej literaturze przedmiotu. Uzależnienie od Internetu przejawia się w nadmiernym korzystaniu nie tylko z komputera, ale przede wszystkim ze smartfona, który – w przeciwieństwie do komputera – pozostaje w zasięgu naszej ręki przez całą dobę. Kiedy możemy mówić o uzależnieniu od smartfona?

Fonoholik odczuwa potrzebę nieustannego sięgania po telefon nawet, jeśli nie ma ku temu żadnej przesłanki. Co chwilę sprawdza powiadomienia, a jeśli nie ma takiej możliwości, odczuwa niepokój i rozdrażnienie, mogące przerodzić się nawet w agresję lub autoagresję. Istnieją przynajmniej trzy obszary, w obrębie których można diagnozować problem. Są to:

  • ZACHOWANIE – dziecko nie rozstaje się ze swoim telefonem; trzyma go blisko siebie; przerywa rozmowę, aby odebrać połączenie lub odpisać na wiadomość, wykonuje inne czynności z telefonem w ręce; korzysta z niego w miejscach i sytuacjach, w których nie powinno się tego robić (np. przechodzenie przez jezdnię); ukrywa korzystanie ze smartfona przed rodzicami.
  • PSYCHIKA – obserwujemy u dziecka silną potrzebę korzystania z telefonu i ciągłą gotowość na odpisanie na sms; dziecko staje się rozdrażnione, niespokojne z powodu próby ograniczenia mu korzystania z telefonu.
  • NEGATYWNE SKUTKI – dziecko zaczyna zaniedbywać swoje codzienne aktywności i obowiązki (szkoła, zajęcia sportowe); rezygnuje z pozaszkolnych zainteresowań na rzecz surfowania w sieci; wycofuje się z życia towarzyskiego i ogranicza kontakty bezpośrednie z rówieśnikami; korzysta ze smartfona pomimo szkodliwych następstw, jak: niewyspanie, zaniedbany wygląd, nieregularne odżywianie); jest zdekoncentrowane.

Niezbędna kontrola rodzicielska

Nowoczesne rozwiązania technologiczne pozwalają na dokładniejszą kontrolę nad tym, czego dzieci szukają w Internecie i z jakimi treściami mają do czynienia na co dzień. Dobrym rozwiązaniem jest towarzyszenie dziecku w zabawie przy komputerze. Jednak o ile ta metoda sprawdza się w przypadku młodszych dzieci, o tyle w przypadku nastolatka korzystanie przez niego ze smartfona skutecznie nam to ogranicza. Najprostszym narzędziem prewencji jest założenie filtrów stron internetowych, które dają możliwość zablokowania wyników wyszukiwania poszczególnych fraz, jak np. seks czy przemoc. Istnieją także bardziej zaawansowane aplikacje na smartfona i programy, które blokują możliwość zmiany ustawień, pobierania plików lub przesyłają automatycznie raport o aktywności dziecka w sieci. Nie należy się jednak wyręczać wyłącznie technologią. Dziecko powinno być świadome zagrożeń, jakie niesie za sobą obecność w sieci.

Kiedy warto zgłosić się po pomoc?

Nadmierne korzystanie z telefonu przez dziecko nie musi oznaczać od razu zaburzenia. Warto jednak trzymać rękę na pulsie i obserwować jego zachowanie, by odpowiednio wcześnie zapobiec uzależnieniu. To, co jednak powinno wyraźnie zaniepokoić rodzica i zmobilizować go do zasięgnięcia porady fachowca, to tzw. symptomy odstawienne. Jeśli zaobserwujemy, że dziecko jest pobudzone psychoruchowo, odczuwa nieustanny lęk, niepokój, obniżony nastrój czy reaguje agresją na próbę ograniczenia mu korzystania z telefonu, warto skonsultować się ze specjalistą, który zdiagnozuje i oceni stopień uzależnienia dziecka od Internetu lub smartfona i w razie potrzeby zaproponuje odpowiednią psychoterapię.
Nie możemy i nie powinniśmy całkowicie izolować dziecka od Internetu, ponieważ jest on nieodłącznym elementem naszej rzeczywistości. Jednak to, co powinniśmy bezwzględnie robić, to mądrze nadzorować obecność dziecka w sieci. Pamiętajmy, że nie kto inny, jak właśnie rodzic, jest w pełni odpowiedzialny za swoje dziecko i taki nadzór jest jego obowiązkiem. W przypadku zaobserwowania niepokojących objawów, mogących świadczyć o uzależnieniu od Internetu lub smartfona, warto skorzystać z pomocy specjalisty.
Źródło: Materiał prasowy
Fot. www.pixabay.com

Czym zastąpić cukier w diecie dziecka?

Słodkie przekąski, lody, desery, napoje – wszystkie dostępne są na wyciągnięcie ręki. Wyglądają apetycznie, kuszą kolorem, zapachem i smakiem. Od dzieciństwa jesteśmy przyzwyczajani do tego, że słodycze są nagrodą. Nadmiar cukru ma jednak zgubny wpływ na nasze zdrowie – zwłaszcza zdrowie dziecka.

Słodki smak jest niezwykle silnym bodźcem dla mózgu. Uwalnia on dopaminę – neuroprzekaźnik odpowiadający za dobry nastrój, przyjemność i szczęście. Jednak kiedy dzieje się to zbyt często, działanie dopaminy słabnie, powodując potrzebę stopniowego zwiększania podaży cukru do organizmu. A wtedy zaczyna stawać się to nałogiem. Dzieci są niezwykle podatne na wszelkiego rodzaju bodźce, dlatego – jak podkreśla dr n. med. Anna Lewitt, dietetyk kliniczny Grupy LUX MED – w ich przypadku z cukrem należy się obchodzić bardzo ostrożnie.

Dziecko od najmłodszych lat wykazuje naturalne preferencje słodkiego smaku. Związane jest to z przyjmowaniem w wieku niemowlęcym pokarmu matki, który – dzięki obecności laktozy (cukru mlecznego) – ma lekko słodkawy smak. W pierwszych latach życia „programujemy” dziecku nawyki żywieniowe, dlatego z perspektywy rodzica ważne jest budowanie przyzwyczajeń i kształtowanie preferencji żywieniowych, które zaprocentują na przyszłość. Zbyt duży udział cukru w diecie dziecka, a dokładniej mówiąc, sacharozy i cukrów prostych, może upośledzać wchłanianie ważnych pierwiastków, jak cynk czy żelazo, a dodatkowo zaburzać apetyt, sprzyjać próchnicy i nadwadze czy otyłości.

Według danych NFZ i Ministerstwa Zdrowia, liczba osób otyłych i z nadwagą stale rośnie. Szacuje się, że do roku 2025 będzie aż 30% otyłych mężczyzn i 26% otyłych kobiet, a to jednoznacznie przełoży się na jeszcze większy wzrost zachorowań na cukrzycę. Problem nadwagi zaczyna się zazwyczaj już w wieku szkolnym.
Dopuszczalna ilość sacharozy i cukrów prostych w diecie dziecka nie może przekraczać 10 proc. dobowego zapotrzebowania na energię. Dla uproszczenia – w przeliczeniu na łyżeczki cukru, czyli sacharozy – dwuletnie dziecko o wadze 12 kg nie powinno przyjmować dziennie więcej niż 4 łyżeczki cukru. Okazuje się, że już pół szklanki soku owocowego pokrywa właściwie cały ten limit. A pomyślmy, ile dodatkowych słodkich przekąsek i posiłków dziecko spożywa w ciągu dnia. Najnowsze dane z raportu lekarzy zrzeszonych w Porozumieniu Pracodawców Ochrony Zdrowia mówią, że polskie dzieci poniżej 10. roku życia zjadają 19 łyżeczek cukry dziennie! Tym samym, plasują się na pierwszym, niechlubnym miejscu w europejskim rankingu. Według Instytutu Żywności i Żywienia w Polsce z nadmierną wagą już dziś boryka się 10 proc. dzieci w wieku 1–3 lat, 30 proc. dzieci w wieku wczesnoszkolnym i prawie 22 proc. młodzieży do 15. roku życia. Tendencja jest wzrostowa zarówno w Polsce, jak i na całym świecie. Według szacunków do 2025 roku liczba wszystkich dzieci (5–17 lat) z nadwagą będzie wynosiła 177 mln, a z otyłością – 91 mln.

To prawdziwa plaga i porażające liczby. Nadmiar cukru w diecie to jedna z głównych przyczyn otyłości. I jest to przede wszystkim kwestia zagrożenia dla zdrowia. W przypadku dzieci zwiększone spożycie cukru prowadzi do rozwoju próchnicy zębów, osłabienia apetytu i mniejszej tolerancji dla zdrowych grup produktów, a także nadpobudliwości psychoruchowej, nadwagi oraz otyłości. Te z kolei, w późniejszym wieku, pociągają za sobą szereg kolejnych, poważnych schorzeń, jak: zaburzenia gospodarki lipidowej, insulinooporność, cukrzyca typu 2., choroby sercowo-naczyniowe, nadciśnienie, zmiany zwyrodnieniowe stawów, bezdech senny, różnego rodzaju stany zapalne, a nawet nowotwory złośliwe, o czym nie wszyscy wiedzą.

dr n. med. Anna Lewitt, dietetyk kliniczny Grupy LUX MED

Zdrowe zamienniki

Rodzice, którzy pragną uchronić swoje dzieci przed nadwagą, wybierają dla nich produkty z niższą zawartością lub pozbawione cukrów prostych i sacharozy. To teoretycznie dobra droga, ponieważ są one mniej kaloryczne. Jednak pamiętajmy o tym, że dziecko nie schudnie, jeśli zamiast słodzonego napoju, będzie piło jego „dietetyczny” zamiennik. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest podawanie mu do picia zwykłej wody. Apetyt na słodycze można zaspokoić, np. zwiększając w diecie udział produktów roślinnych. Strączki, zboża czy warzywa – im dłużej przeżuwane, tym stają się słodsze. Na podwieczorek wybierajmy słodkie warzywa, np. marchewkę, buraka czy dynię. Biały cukier w diecie można dodatkowo zastąpić zamiennikami w postaci: miodu, syropu klonowego, słodów (ryżowy, jęczmienny), syropu z agawy, ksylitolu (cukier brzozowy), syropu daktylowego, suszonych owoców, stewii, melasy z karobu, trzcinowej lub buraczanej lub nierafinowanego cukru (nierafinowany sproszkowany sok trzcinowy – nie mylić z cukrem brązowym), który zawiera więcej żelaza i cynku niż cukier oczyszczony.

Co, jeśli dziecko domaga się słodyczy?

Jest na to sposób! Doskonałym rozwiązaniem będzie wybór słodkich, zdrowych przekąsek przygotowanych samodzielnie w domu. Nie są tak przetworzone, jak te kupowane i nie zawierają sztucznych barwników oraz konserwantów, a przede wszystkim – wiemy, co w nich jest. Można dodatkowo zachęcić dzieci, by włączyły się w zabawę i przygotowywanie zdrowych pyszności. Zbożowo-owocowe batony, cząstki jabłka posmarowane masłem orzechowym, smoothie z sezonowymi owocami, prosty w przygotowaniu mus owocowy czy zdrowy, jaglany budyń domowy zaspokoją apetyt na coś słodkiego, a przy okazji dostarczą dziecku niezbędnych wartości odżywczych. Wspólna praca w kuchni to także doskonały czas, by porozmawiać o zasadach wyboru zdrowych produktów.

Jak znaleźć złoty środek?

Cukier w żywności to prawdziwa pułapka. O ile dorosły człowiek rozumie, jakie skutki powoduje jego nadmiar w diecie, o tyle dziecku, które zdążyło poznać już słodki smak, trudno jest się od niego odzwyczaić. To rodzic jest w pełni odpowiedzialny za wpajanie zdrowych nawyków żywieniowych swojego dziecka i to na nim spoczywa odpowiedzialność za stan jego zdrowia w późniejszym wieku. Dlatego ważne, by zwracać uwagę na to, co dziecko zjada zarówno w domu, jak i w szkole.
Kluczem do sukcesu jest tu edukacja żywieniowa. W przypadku młodzieży, warto skorzystać z wizyty u dietetyka. Pogadanka z obcą osobą na temat właściwego, zbilansowanego żywienia, może okazać się o wiele skuteczniejsza od zakazów rodzica. Na rynku dostępnych jest również wiele edukacyjnych książek o żywieniu dla dzieci i młodzieży, napisanych w przystępny sposób i proponujących ciekawe, kolorowe, a przy tym zdrowe posiłki. Pamiętajmy, że dzieci uczą się od dorosłych – przykład idzie z góry. Dobre nawyki żywieniowe powinny stać się „zdrowym nałogiem” każdego członka rodziny.
Źródło: Materiał prasowy
Fot. www.pixabay.com

Zespół jelita drażliwego: jak pomóc sobie dietą

Gastrolodzy coraz więcej uwagi poświęcają zespołowi jelita nadwrażliwego (ZJN). A w mojej praktyce dietetycznej na 10 pacjentów, dziewięcioro z nich  zapytanych o wzdęcia, niestrawności, gazy, biegunki i zaparcia potwierdza współwystępowanie tych dolegliwości. To istna plaga!

Już nie choroby serca, zaburzenia lipidowe, problemy z glukozą i insuliną czy chora tarczyca tylko właśnie problemy jelitowe są najczęstszym objawem, na jaki skarżą się moi pacjenci. Zazwyczaj jednak pacjent przychodzi do mojego gabinetu z problemem nadmiernej masy ciała i dopiero w toku dokładnego wywiadu zdrowotnego, w którym pytam m.in. o objawy żołądkowo-jelitowe okazuje się, że są one kluczowym problem, który muszę wziąć pod uwagę wprowadzając indywidualne zalecenia żywieniowe. Oczywiście nie jest to wyznacznik, że pacjent cierpi na zespół jelita nadwrażliwego, ale jeżeli problem jest nagminny warto poddać się pełnej diagnostyce w kierunku tego zaburzenia.

Zespół jelita nadwrażliwego (ZJN, ang. Irritable Bowel Syndrome – IBS, ) to jedna z najczęstszych stawianych diagnoz na świecie. Jest on jednostką chorobową wykraczającą poza kwestie medyczne, co skutkuje tym, że była często marginalizowana w środowisku medycznym. Leczenie bywa nieskuteczne i chorzy latami cierpią wierząc, że tak już musi być.

Nie jest jednak łatwo leczyć problemy jelitowe tego typu, ponieważ nie ma jednej przyczyny tego schorzenia (zaburzenie funkcjonowania połączeń pomiędzy ośrodkowym układem nerwowym tzw. osi mózg-jelito, dość dobrze określono wpływ czynników infekcyjnych, zapalnych i psychogennych, niewłaściwy sposób odżywiania, zaburzeniom hormonalnym u kobiet, nadużywanie środków przeczyszczających, hormonalnych oraz antybiotyków, czynniki genetyczne, zaburzenia mikroflory).

Zespół jelita drażliwego: jakie badania

Nie ma również jednej metody diagnostycznej, która wykrywa ZJN. Konieczny jest pogłębiony wywiad lekarski. A poza tym należy wykonać szereg badań, które wyeliminują inne przyczyny występujących objawów. Podczas diagnostyki zespołu jelita nadwrażliwego należy wykonać morfologię krwi, OB, czasem lekarz zleci test na krew utajoną w stolcu, rektoskopię. Ponadto sprawdza się poziom TSH, USG jamy brzusznej, a u kobiet rekomenduje badanie ginekologiczne.

W postaci biegunkowej często dodatkowo należy wykonać badanie w kierunku pasożytów w kale oraz białka CRP. Zaleca się badanie immunologiczne w kierunku choroby trzewnej (celiakii). Należy wykluczyć alergie, nietolerancje, zaburzenia wchłaniania fruktozy, pasożyty, rozrost candida oraz zmniejszenie wydzielania kwasu solnego w żołądku. Jak widać – to ciężka przeprawa.

Ale kiedy już jesteśmy pewni, że nasze objawy to faktycznie ZJN ważne, aby rozpocząć odpowiednie leczenie, zwłaszcza żywieniowe. Należy pamiętać że skuteczność leczenia w przypadku większości chorób zależy przede wszystkim od usunięcia przyczyny, nie tylko objawu choroby. Tymczasem leczenie zespołu jelita nadwrażliwego nie jest łatwe ze względu na brak pewności co do przyczyn rozwoju choroby.

Niestety, według obecnej wiedzy nie da się całkowicie wyleczyć z zespołu jelita nadwrażliwego. Celem terapii jest złagodzenie istniejących objawów, które przyczyniają się do pogorszenia komfortu życia. Jednak w wielu przypadkach udaje się skutecznie osiągnąć remisję choroby. Leczenia ZJN bardzo często wymaga współpracy pacjenta z lekarzem gastroenterologiem, dietetykiem oraz psychologiem.

Zespół jelita drażliwego: jaka dieta

Nie ma uniwersalnej diety idealnej dla każdej osoby borykającej się z problemem zespołu jelita nadwrażliwego. Zwykle książkowe zalecenia nie sprawdzają się w 100 procentach. Badania pokazują, że na dobry stan jelit oraz prawidłową mikroflorę wpływa dieta śródziemnomorska. Bazuje ona na produktach jak najmniej przetworzonych produktach lokalnych, dużej ilości warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych, chudym nabiale, rybach morskich, oliwie z oliwek i praktycznie całkowicie eliminuje czerwone mięso i słodycze. Dieta ta praktycznie pokazuje zasady prawidłowego żywienia, ale przeznaczona jest dla osób, które nie są w etapie progresji zespołu jelita nadwrażliwego i może być stosowana w okresie remisji, kiedy objawy nie są uciążliwe. 

Bardzo często stosowane są przez pacjentów różne diety eliminacyjne, często na własną rękę po wykonaniu mało wiarygodnych testów na nietolerancje IgG. Nieodpowiednie zbilansowanie całodziennych posiłków może być bardzo trudne i prowadzić do występowania niedoborów pokarmowych oraz dodatkowego stresu. Polskie Towarzystwo Gastroenterologii w opublikowanych w 2018 roku rekomendacjach dla lekarzy raczej nie zaleca diety eliminacyjnej, chyba że pacjenci odnoszą z niej korzyść.

Obecnie, dieta FODMAP jest w tej chwili jedynym udokumentowanym w badaniach, zalecanym postępowaniem dietetycznym, przynoszącym korzyści znacznej grupie pacjentów. Polskie Towarzystwo Gastroenterologii rekomenduje stosowanie takiej diety przez sześć tygodni. Dieta ta polega na eliminacji produktów bogatych w fermentowane oligo, di i monosacharydy oraz poliole. Szczegółowym informacji o diecie low FODMAP polecam szukać na stronie Uniwersytetu Monash w Australii, autorów tej diety, albo mojej książce ,,Jelito drażliwe. Leczenie dietą”. Dieta ta również daje dobre efekty u osób z zespołem SIBO polegającym na przeroście bakterii w jelicie cienkim. Schorzenie to zwykle występuje jednocześnie z ZJN.

Od czego jednak najlepiej zacząć ? Aby zmniejszyć dolegliwości zarówno w postaci zaparciowej jak i biegunkowej należy:

  • Spożywać małe posiłki, regularnie o stałych godzinach,
  • Ograniczyć smażenia na korzyść gotowania, pieczenia i duszenia,
  • Dbać o świeżość posiłków w celu zmniejszenia ryzyka dodatkowych zatruć, odpowiednio przechowywać żywność,
  • Wybierać produkty, które zawierają jak najmniej dodatków,
  • Unikać produktów o działaniu wzdymającym szczególnie w postaci surowej (cebula, czosnek, kapusta, por, papryka, jabłka),
  • Ograniczyć lub całkowicie wyeliminować kawę i mocną herbatę, które nasilają kurczliwość jelita,
  • Wyeliminować produkty zawierające benzoesan sodu o działaniu prozapalnym,
  • Nie spożywać tłustych pokarmów, żywności przetworzonej i produktów fast food.

Osoby z zespołem jelita nadwrażliwego bardzo często borykają się z problemem nadmiernego gromadzenia się gazów w przewodzie pokarmowym i wzdęciem brzucha, co bardzo utrudnia prawidłowe funkcjonowanie często już od początku dnia. W tym przypadku ulgę przyniesie:

  • Regularne spożywanie posiłków, bez pośpiechu, przy stole, dokładne i bardzo powolne przeżuwanie pokarmu, unikanie rozmów podczas jedzenia;
  • Niepopijanie posiłków, picie bardzo powoli, małymi łyczkami
  • Unikanie płynów gazowanych, w tym gazowanej wody;
  • Wyeliminowanie żucia gumy, ssania twardych cukierków;
  • Stosowanie pieczenia, gotowania zamiast smażenia;
  • Ograniczenie spożycia tłuszczu zwierzęcego, a zwłaszcza serów pleśniowych i twardych;
  • Eliminacja cukru z diety pod każdą postacią (owoce zawierające fruktozę w zależności od tolerancji, ale konieczne wykluczenie soków owocowych). Co jest zwykle zaskakujące dla pacjentów – najbardziej wzdymającym produktem są jabłka. W tym przypadku nie zaleca się również ksylitolu- nasila wzdęcia i fermentację.
  • Regulacja udziału błonnika pokarmowego (przy nasilonych wzdęciach i biegunkach małe spożycie, zaś podczas zaparć większe) najlepiej w postaci babki płesznik. Nie należy jednak stosować otrąb – są bogate w błonnik, ale bardzo powodują wytwarzanie gazów jelitowych.
  • Unikanie produktów ciężkostrawnych (jak w postaci biegunkowej);
  • Należy bezwzględnie unikać spożywania piwa;
  • Prowadzenie dzienniczka żywieniowego i stopniowe wprowadzanie produktów, które zauważamy, że mogą powodować wzdęcia.

Wielu pacjentom ulgę przynosi eliminacja laktozy oraz, przy potwierdzonej nietolerancji, również glutenu (ale trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście eliminacja tych składników pomaga). Warto się ruszać, w razie dolegliwości bólowych wykonywać masaże brzucha i brać ciepłe kąpiele. Mimo uporczywych wzdęć należy dbać o urozmaicenie posiłków w celu uniknięcia niedoborów pokarmowych. Warto też pamiętać, że w absorpcji substancji lotnych i zapachu pomaga szpinak, sałata, pietruszka, borówka oraz jogurt naturalny.

Podczas stosowania diety należy uzbroić się w cierpliwość. Niektórzy odczuwają ulgę już po paru dniach, ale wiele osób dochodzi do remisji nawet w kilka tygodni, często w połączeniu z leczeniem farmakologicznym oraz wsparciem psychologicznym. Wiele osób potrzebuje drobnych zmian, zastosowania diety lekkostrawnej lub wysokobłonnikowej, wyeliminowania kluczowych produktów inni zaś jak najszybciej powinni wdrożyć bardziej restrykcyjną formę czyli dietę low FODMAP. W celu dobrania indywidualnego leczenia żywieniowego najlepiej udać się do wykwalifikowanego dietetyka. Każdy bowiem choruje inaczej.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Fakty na temat alergii, które warto znać

Alergia niejedno ma imię. Można być uczulonym nie tylko na pyłki drzew czy sierść zwierząt, lecz także na alkohol, a nawet na… słońce! Do tego liczba alergików szybko się zwiększa. Nic zatem dziwnego, że temat alergii wywołuje coraz większe zainteresowanie i rodzi wiele pytań. Poznaj najważniejsze fakty i mity na temat alergii.

Czy istnieją „hipoalergiczne” psy? Czy są jakieś drzewa przyjazne dla alergików? Czy pomidor po ugotowaniu też uczula?

Bardzo konkretnych, popartych aktualną wiedzą medyczną odpowiedzi na te i wiele innych praktycznych pytań dotyczących alergii udziela w wydanej niedawno przez PZWL Wydawnictwo Lekarskie książce „Alergie. Fakty i mity” znany lekarz – dr Łukasz Durajski. W poniższym tekście przytoczymy kilka z nich.

Zacznijmy jednak od przeglądu najważniejszych faktów na temat alergii.

Alergia jest chorobą cywilizacyjną

„W ciągu roku liczba alergików w populacji rośnie o 0,5-2,5 proc. Żadna z chorób cywilizacyjnych nie wykazuje aż takiego tempa wzrostu. Na początku lat 90. XX w. chorych było 15 proc. populacji. Obecnie szacuje się, że w Polsce około 40 proc. społeczeństwa cierpi na alergie, a 25 proc. populacji wymaga w związku z tym opieki lekarskiej. Oznacza to, że nie każdy alergik pozostaje pod stałą opieką lekarza” – pisze Łukasz Durajski.

Jakie są przyczyny tego niepokojącego trendu? Autor książki wymienia kilka istotnych powodów i czynników ryzyka, jak np. rosnące zanieczyszczenie środowiska czy życie w coraz bardziej sterylnych warunkach. Trzeba jednak dodać, że na ryzyko rozwoju alergii u konkretnej osoby bardzo duży wpływ mają także czynniki genetyczne, czyli odziedziczona po przodkach skłonność do alergii (zwiększona podatność na zachorowanie).

„Oszacowano, że gdy tylko jeden z rodziców ma alergię to prawdopodobieństwo jej wystąpienia u dziecka wynosi 20-40 proc., natomiast gdy oboje rodziców cierpi na alergię, to prawdopodobieństwo jej wystąpienia u potomka wzrasta już do 60-80 proc.” – czytamy w książce.

W tym kontekście warto jeszcze dodać, że na ryzyko rozwoju alergii spory wpływ mają też warunki w jakich rozwija się dane dziecko, począwszy już od warunków w życiu płodowym (np. palenie w ciąży, palenie przy dziecku zwiększa to ryzyko). Z kolei czynnikami chroniącymi, czyli zmniejszającymi ryzyko rozwoju alergii u dziecka są m.in.: karmienie piersią do 6. Miesiąca, a także stopniowe wprowadzanie pokarmów stałych do diety dziecka od 6. miesiąca.

„Statystyki pokazują, że alergie występują znacznie rzadziej u dzieci karmionych piersią czy w rodzinach wielodzietnych (w przeciwieństwie do jedynaków)” – podkreśla Łukasz Durajski.

Co to jest alergia (uczulenie)

To nieprawidłowa, nadmierna reakcja układu immunologicznego na różne występujące w środowisku substancje, które nazywamy alergenami. Ze względu na drogę dostania się alergenu do organizmu lub okres występowania alergie dzieli się na kilka kategorii: wziewną, pokarmową, kontaktową, reakcję na jad, reakcję na leki, całoroczną i sezonową.

Co ciekawe, w kontekście profilaktyki, autor książki apeluje do rodziców małych dzieci, aby nie przesadzali z dbaniem o czystość i higienę w domu.

„Podstawowe zasady higieny są zupełnie wystarczające. Używanie na co dzień, bez powodu i bez uzasadnienia płynu do dezynfekcji, gdy wchodzimy do pokoju swego dziecka, jest kompletnie bez sensu. Właściwie w ten sposób robimy mu krzywdę. Nie twórzmy bańki mydlanej, pozwólmy organizmowi nauczyć się funkcjonować w tym środowisku” – przekonuje Łukasz Durajski.

Co najczęściej uczula:

  • roztocza kurzu domowego,
  • pyłki roślin,
  • sierść zwierząt,
  • pleśń (zarodniki grzybów),
  • białko mleka krowiego,
  • ryby,
  • białko jaja kurzego,
  • orzeszki (zwłaszcza ziemne),
  • owoce (zwłaszcza cytrusowe),
  • metale (zwłaszcza nikiel, kobalt, chrom),
  • perfumy i kosmetyki,
  • olejki eteryczne,
  • konserwanty,
  • niektóre leki (np. przeciwzapalne, antybiotyki),
  • formaldehyd (występuje m.in. w lakierach, odzieży, tworzywach sztucznych).

Uwaga: alergia może zabić!

Dr Łukasz Durajski podkreśla w swojej książce, że alergia może doprowadzić do wstrząsu anafilaktycznego, czyli gwałtownej, uogólnionej reakcji organizmu, która może doprowadzić nawet do śmierci. Taki wstrząs może wystąpić już w ciągu kilku sekund od kontaktu z alergenem, lecz zazwyczaj pojawia się w ciągu pół godziny. W takiej sytuacji należy natychmiast wezwać pogotowie! W czasie wstrząsu anafilaktycznego trzeba jak najszybciej podać choremu adrenalinę (w postaci zastrzyku domięśniowego). Zatem wszystkie osoby, które już kiedyś doświadczyły tego stanu powinny mieć zawsze przy sobie adrenalinę – na wszelki wypadek.

Po czym rozpoznać wstrząs anafilaktyczny? Wśród możliwych objawów są m.in.:

  • nudności lub wymioty,
  • kołatanie serca,
  • zawroty głowy,
  • duszność i kaszel,
  • świszczący oddech,
  • ból brzucha,
  • nagły spadek ciśnienia,
  • ból głowy.

Dodajmy jeszcze, że śmierć w przypadku wstrząsu anafilaktycznego następuje najczęściej wskutek uduszenia spowodowanego obrzękiem gardła.

Więcej szczegółowych informacji na temat istotnych zagrożeń związanych z chorobami alergicznymi, jak też dotyczących ich diagnozowania i leczenia znaleźć można w omawianej książce. Znaleźć w niej można jednak również mnóstwo ciekawostek i praktycznych porad, dotyczących życia codziennego alergików. Poniżej przytaczamy kilka przykładów.

Czy alergicy mogą mieć w domu jakieś zwierzęta?

Okazuje się, że są pewne gatunki zwierząt, które w mniejszym stopniu od innych wywołują alergię. Z psów są to m.in. pudel, jamnik, nowofunland, labradoodle, a z kotów przedstawiciele rasy Sfinks czy też koty rosyjskie niebieskie. Ponadto obniżone ryzyko wiąże się też z posiadaniem papugi, czy wreszcie rybek akwariowych. Ale Łukasz Durajski zastrzega, że w praktyce może być z tym bardzo różnie – wszystko zależy bowiem od indywidualnego przypadku. Alergicy powinni więc generalnie w tej kwestii zachować dużą ostrożność i przestrzegać kilku żelaznych zasad higieny (np. nigdy nie pozwalać na lizanie twarzy przez zwierzaka).

Czy można być uczulonym na alkohol?

Okazuje się, że tak. Najczęściej uczula wino, a najrzadziej czysta wódka. Generalnie im więcej składników zawiera alkohol tym większe ryzyko alergii.

Czy pomidor po ugotowaniu uczula?

Tak, ponieważ część zawartych w nim alergenów (np. globulina) nie zmienia swych właściwości pod wpływem obróbki termicznej.

Czy są jakieś drzewa przyjazne dla alergika?

Na szczęście są. Najmniejszy potencjał alergiczny mają drzewa owocowe, drzewa iglaste, jaśmin, bez, jarzębina, grab i topola.

Czy istnieje alergia na słońce?

Niestety tak. Konkretnie, reakcję alergiczną wywołuje w tym przypadku promieniowanie UV. Tę jednostkę chorobową nazywa się fachowo fotodermatozą (jej objawem są bardzo swędzące zmiany skórne, np. grudki i pęcherzyki), najczęściej jednak nie dotyka ona twarzy.

Wiktor Szczepaniak, www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Pandemia i nie tylko. Jak często myć ręce?

Mycie rąk naprawdę chroni przed chorobami układu oddechowego. Ustalenia grupy brytyjskich naukowców precyzują, że przeciętnie należy myć dłonie sześć do 10 razy dziennie. To nie wszystko: ci z katarem i kaszlem, jeśli chcą chronić swoich domowników przed zakażeniem, powinni kichać i kaszleć w jednorazową chusteczkę, wyrzucać ją natychmiast po użyciu do kosza i myć po tym ręce.

Badacze Medical Research Council przeanalizowali dane z badań w latach 2006-2009, w których wzięto pod uwagę wpływ higieny rąk na zakażenia znanymi wtedy koronawirusami, odpowiedzialnymi m.in. za 20 proc. przeziębień. Obserwacjami objęto 1663 osoby. Badano, czy są przeziębione i chorują z powodu zakażeń grypopodobnych. Sprawdzano też, za pomocą kwestionariusza, jak często myją ręce i jak postępują w razie kataru i kaszlu. Praca została właśnie opublikowana jeszcze przed uzyskaniem recenzji zewnętrznych recenzentów.

Czytamy w niej, że naukowcy zaobserwowali istotny spadek ryzyka zakażenia domowników w sytuacji mycia rąk bezpośrednio po kasłaniu lub kichaniu. Co ciekawe,  samo częste mycie rąk, ale niezwiązane z kichaniem czy kasłaniem, podczas przebywania w domu, nie zmniejszało ryzyka transmisji zarazków na domowników.

Badacze podejrzewają, że często znajdują się one na dotykanych przedmiotach i powierzchniach, np. na klamkach drzwi, a w warunkach domowych trudno o ich całkowitą eliminację. Ponadto w warunkach domowych patogeny mogą się unosić w powietrzu, a domownicy mają bliskie kontakty. Stąd w razie infekcji dróg oddechowych domownika należy pomieszczenia często wietrzyć, myć często dotykane powierzchnie, a przeziębiony powinien przestrzegać rygorów kasłania i kichania w chusteczkę, wyrzucania jej natychmiast po użyciu i bezpośredniego mycia po tym dłoni.

Autorzy wskazują też, że na podstawie ich obserwacji można wysnuć wniosek, że częste mycie rąk sprawdza się natomiast dobrze jako profilaktyka przed zakażeniem podczas incydentalnych kontaktów poza domem.

Zauważyli też, że bardzo częste mycie dłoni (powyżej 10 razy dziennie) nie daje jeszcze lepszej ochrony przed patogenami, niż mycie ich do 10 razy dziennie.

Ponieważ SARS-CoV-2, podobnie jak badane przez autorów pracy znane wcześniej koronawirusy przenosi się drogą kropelkową, można sądzić, że prawidłowa higiena rąk i odpowiednie postępowanie w razie objawów zakażenia tym patogenem, chronią przed jego rozprzestrzenianiem.

Analiza ma swoje istotne ograniczenia – m.in. kwestionariusze nie są metodą zbierania informacji o dużej sile dowodowej. Niemniej jednak już od czasów Josepha Listera nie ulega wątpliwości, że chorobotwórcze patogeny, nie tylko te, które atakują układ oddechowy, przenosimy na swoich dłoniach. Warto więc dbać o ich prawidłową higienę.

 

Źródło: Justyna Wojteczek, www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Pandemia może spowodować trwałą zmianę w życiu

Wiele z obecnych problemów w naszym życiu, na przykład kryzys w związku czy kłopoty wychowawcze bierze się z obciążeń, których doświadczaliśmy przed pandemią. Przymusowa izolacja społeczna sprawiła jednak, że nie da się od nich teraz uciec. O doświadczaniu zmian w czasie pandemii opowiada psychoterapeutka i psychonkolożka dr Mariola Kosowicz, kierowniczka Poradni Psychoonkologii w Narodowym Instycie Onkologii im. Marii Skłodowskiej Curie w Warszawie.

Jesteśmy na kwarantannie już ponad miesiąc, niektórzy dłużej. Co dzieje się w naszych głowach?

Każdego dnia, zawodowo i prywatnie, rozmawiam z różnymi ludźmi i odnoszę wrażenie, że dla większości z nas przedłużający się czas kwarantanny, poczucie zagrożenia możliwością zakażenia się wirusem i silny niepokój o przyszłość powoduje, że jest nam coraz trudniej.

Na początku wiele osób zakładało, że zaraz się to skończy. Odnosiliśmy się do naszych wcześniejszych doświadczeń np. z grypą, i czekaliśmy, że przyjdzie ciepła pogoda, wszystko się skończy i wrócimy do naszego normalnego życia.

W rezultacie przeżywamy pewnego rodzaju dysonans poznawczy: z jednej strony widzimy normalny świat – coraz więcej samochodów, ludzie na ulicach, a z drugiej dowiadujemy się, że tego dnia zmarło 20 osób, a zachorowało ponad 200, że gdzieś na świecie w czasie jednej doby zmarło ponad 2 tys. osób. To musi wpływać na nasze poczucie bezpieczeństwa. Przeżyliśmy pierwsze święta Wielkanocne z dala od bliskich, bez możliwości pójścia do kościoła.

Nie udawajmy, że to są łatwe zmiany. Nie potrafię zliczyć, ile razy dziennie słyszę od ludzi, że tęsknią do wcześniejszego życia i trudno im pogodzić się z tak ogromnymi zmianami. Wspominamy świat sprzed pandemii i nierzadko wydaje się on dużo lepszy niż myśleliśmy o nim w czasie rzeczywistym. Sam fakt, że mogliśmy bez skrępowania realizować swoje potrzeby wydaje się z dzisiejszej perspektywy czymś wyjątkowym.

Dla wielu ludzi bardzo dużym wyzwaniem psychicznym jest odizolowanie od ludzi, tych najbliższych – rodziców, dziadków, dorosłych dzieci, jak również od przyjaciół, znajomych i kolegów z pracy. Wielu lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych mieszka oddzielnie, aby nie narażać swoich rodzin. Trudno wyobrazić sobie, co takie osoby przeżywają. Już teraz Światowa Organizacja Zdrowia ostrzega przed ilością problemów psychicznym, wynikających z zaistniałej sytuacji. W wielu krajach, w Polsce również, organizuje się dostęp do infolinii z poradami psychologów. Zgłasza się wiele osób, które nigdy wcześniej nie miały poważanych problemów psychicznych i te, które chorują i obecna sytuacja wpływa negatywnie na ich proces zdrowienia. Bardzo ważne jest, w jaki sposób próbujemy sobie z tym wszystkim radzić.

A jak sobie radzimy?

Myślę, że bardzo różnie. Dużo zależy od tego, z iloma problemami musimy sobie jednocześnie poradzić i jakimi możliwościami – psychicznymi, fizycznymi, społecznymi, ekonomicznymi dysponujemy. Ważne też, jakie mamy obciążenia sprzed pandemii. Czasami jedynym światem byli znajomi z pracy i alkohol – w ten sposób takie osoby nie mierzyły się z problemami samotności, lęków, niepewności. A teraz powstała ogromna pustka i nie ma kto tego zapełnić.

Skłócone wcześniej rodziny, wcześniejsze problemy finansowe, choroby i wiele innych sytuacji długo przed pandemią stanowiły poważne obciążenia, a w tej chwili jest jeszcze trudniej.

Ale rozmawiam też z osobami, które straciły pracę i szukają, gdzie mogą, zajęcia, żeby tylko zarobić i potrafią się cieszyć z każdej najmniejszej zmiany na plus. Widzą światełko w tunelu, nie poddają się, szukają rozwiązań. Trzeba zminimalizować wydatki, to podchodzą do tego rozsądnie, że to czas przejściowy i wprowadzają zmiany. Nie ma możliwości spotkań ze znajomymi, to organizują spotkania online. Nie śledzą nadmiernie wiadomości, ale też ich nie ignorują. Widząc, że nie radzą sobie psychicznie, szukają profesjonalnej pomocy i wsparcia ludzi.

Jednak nie wszyscy tak potrafią. Są też osoby, które bez względu na to, co mają i ile dobra otrzymują, prezentują postawę ofiary i tak też się czują. Znam ludzi, którzy dobrze wiedzą, że nadmiar informacji im szkodzi, a jednak śledzą każdą informację i nakręcają siebie i innych. Dużo mówią o tym, co złego nas czeka. Nie mając świadomości, co robią ze swoim mózgiem, zaczynają żyć w przewlekłym lęku. A wówczas prawie każdy sposób uwolnienia się od niepokoju nie działa lub działa na krótką chwilę.

Są też osoby, które udają, że problemu nie ma, są przekonani, że pandemia jest wymyślona i doszukują się drugiego, piątego dna. Niestety, często za takim myśleniem idzie ignorowanie zaleceń związanych z ochroną siebie i innych ludzi przed wirusem. Ilu ludzi, tyle różnych zachowań. Najgorsze, co możemy w tej sytuacji zrobić, to oceniać lub potępiać sposób radzenia sobie z problemami, oczywiście poza przemocą, ponieważ nikt z nas nie żyje życiem innego człowieka i czasami tylko nam się wydaje, że dużo wiemy na temat innych ludzi, a w konsekwencji wiemy tylko tyle, ile chcą nam siebie ujawnić.

Nie byliśmy przygotowani na to, co teraz się dzieje…

Wygląda na to, że nie o końca. Obecna sytuacja, jak mało która, obnaża prawdę, w jak wielu obszarach nie byliśmy przygotowani na tak trudne zdarzenia. Uśpiliśmy naszą czujność. Młodzi ludzie żyli w świecie, w którym nie było żadnego realnego zagrożenia. Gdzieś tam, na świecie, była jakaś wojna, gdzieś była jakaś choroba, jakieś trudne sytuacje, ale to nie u nas, my żyliśmy w pewnym komforcie. Świat stworzył nam iluzję, że wszystko możemy, że jesteśmy bezpieczni, że wiele rzeczy jest nam dane na zawsze i chyba dlatego tak boleśnie przeżywamy przebudzenie.

Coraz częściej słyszę od ludzi, że w maseczkach, które mają ich chronić, czują się bardziej zagrożeni w niż bez nich, bo nie wiedzą jak właściwie ich używać: czy dobrze je zdejmują, czy materiał wystarczająco przylega, w jakich sytuacjach są niezbędne. Non stop dezynfekujemy różne rzeczy: myjemy komórki, przecieramy klamki, w pracy klawiatury, myszki, nosimy rękawiczki. To lekka panika związana z tym, że to, co ma cię chronić, wiąże się z zagrożeniem. Te zmiany, które nie należały do repertuaru naszych codziennych zachowań, nie są łatwe. Słyszymy, że już nie będzie tak samo i wielu z nas odczuwa sprzeciw. A wszystko wskazuje, że wiele rzeczy się zmieni i będzie inaczej.

Co to znaczy?

Z większym lub mniejszym wysiłkiem będziemy musieli przyjrzeć się, w jakiej kondycji wyjdziemy z tego trudnego okresu. I mam tu na myśli kondycję  psychiczną, fizyczną, rodzinną, społeczną, ekonomiczną i może wiele innych, które były częścią naszego życia. Pewnie będziemy robili bilans strat i zysków. Dobrze byłoby wyciągnąć daleko idące wnioski np. z relacji z bliskimi, sposobu zarządzania finansami, kto jest przyjacielem, a kto nie zasłużył na miano przyjaciela, itd. Zapewne duża część z nas przyswoi sobie zachowania higieniczne, np. mycie rąk. Może jakaś część ludzi doceni bardziej, to co ma. Jestem realistką i liczę się też z tym, że jakaś część wniosków i zmian dla wielu ludzi może być krótkotrwała. Pracując w szpitalu onkologicznym widziałam ludzi, którzy pod wpływem ogromu nieszczęścia wynikającego z choroby postanawiali wprowadzić w swoim życiu zmiany – ale na krótko. Czasami wracali z nawrotem choroby i uświadamiali sobie, że zgubili te zmiany i wrócili do starych nawyków. To może być dla nas lekcja uważności na siebie i swoje życie.

Minęło już trochę czasu spędzonego w odosobnieniu. Mówiła pani, że dużo zależy od tego, jakie obciążenia mieliśmy przed pandemią. Jakie problemy wypływają na wierzch? 

Bardzo różne. Kryzysy w związkach i rodzinach. Niektórzy wzięli się teraz za dramatyczne wychowywanie swoich dzieci, głównie nastolatków. Dotąd nie mieli czasu ich poznać, nie widzieli, jak one funkcjonują – bo kiedy? O 19.00 po powrocie z pracy? W sobotę, kiedy jedziemy wszyscy na zakupy, a potem sprzątamy? Na wakacjach, na które jedziemy z czterema innymi rodzinami i nawet nie mamy kiedy pobyć z naszymi dziećmi, bo one mają towarzystwo dzieci tych innych par? A teraz spędzają z nimi czas i nagle odkrywają, że nie podoba im się to, co widzą. Np. słyszę od mamy: „Moja córka nie uczy się, leży, chodzi po domu bez celu”. W reakcji na to mama mówi do córki: „Dziecko, na kogo ty wyrośniesz, kim ty będziesz?”. A ona odpowiada: „Wiem że jestem nikim, do niczego się nie nadaję”.

Problemem jest to, że ta mama nie do końca słyszy, co córka do niej mówi. A córka wysyła jej rozpaczliwe sygnały: nie radzi sobie, czuje się głupsza od swoich rówieśników. W rozmowie ze mną zaczyna zdawać sobie sprawę z konsekwencji wypowiadanych słów pod adresem córki.

Inna kobieta mówi do mnie: „Dopiero teraz widzę indolencję mojego męża. Jesteśmy w domu i widzę, że on poza odebraniem telefonu niczego więcej nie potrafi zrobić”. Na moje pytanie, jak wyglądało zaangażowanie męża w prace domowe przed pandemią, pani odpowiada: „No tak, było tak samo”.

Warto być świadomym, że czasami łatwiej szukać wyjaśnienia w obecnej sytuacji niż spojrzeć na problem szerzej.

W wielu domach odgrywają się dramaty wynikające z przemocy. Życie z kimś, kto już wcześniej stosował przemoc – fizyczną, psychiczną, seksualną,  ekonomiczną – ze świadomością, że teraz jesteśmy skazani na sprawcę przez 24 godziny na dobę, to niewyobrażalnie ciężkie sytuacje. Nierzadko obserwatorami, ale także i wtedy ofiarami przemocy są dzieci, które czują się bezradne i zupełnie zagubione. Dlatego nie wolno nam nie reagować!

Mamy też problemy osób żyjących z osobami chorymi psychicznie, które odstawiają leki i ich stan się pogarsza. Wczoraj w mojej poradni mieliśmy zgłoszenie od pacjentki, której mąż choruje na schizofrenię. Od kilku dni był bardzo agresywny, odgrażał się, że ją zabije, zarzucał czyny, których nie zrobiła. Pani na szczęście poprosiła nas o pomoc. Natychmiast zgłosiliśmy problem na 112; została wysłana policja i karetka pogotowia. Wiemy, że jej mąż jest już w szpitalu. Najważniejsze, że pani szukała pomocy.

Ludzie czują się samotni, nawet w rodzinach. Okazuje się, że nie mają o czym rozmawiać, nie potrafią spędzać razem czasu. Jest problem podwójnych związków – jak to ciągnąć dalej, kiedy możliwości są ograniczone? Możemy mówić, że to ich problem, ale to nie zmienia sytuacji, że są to realne problemy wielu ludzi. Nie jestem od oceny i widzę, jak ludzie męczą się w trudnych sytuacjach i nie wiedzą, jakie znaleźć wyjście.

I na koniec: jest jeszcze jeden problem, który mnie przeraża. Otóż w niektórych ludziach, ze strachu, z braku wiedzy, z frustracji,  uruchomiły się pokłady agresji. Tacy ludzie atakują wszystkich i wszystko, np.  służbę zdrowia, traktując ich jakby byli trędowaci. Nie można takich zachowań tłumaczyć pandemią!

Poza tą ostatnią kwestią mówi pani o problemach, które pandemia wyostrzyła. Zauważa pani też jakieś nowe?

Nowa jest cała ta sytuacja i wynikające z niej ograniczenia. Nowe jest to, że musimy nauczyć się adaptować do wielu nowych sytuacji, do raptownych zmian. Myślę, że musimy zweryfikować nasze myślenie o sobie. Niektórzy z nas stracą swoje stanowiska, które określały ich wartość jako człowieka i mogą poczuć się, jakby przestali być wartościowi. Wiele osób, które nigdy wcześniej nie myślały o tym, może stracić płynność finansową i będzie musiała zmierzyć się z ograniczeniami w wydatkach. Mogą pogłębić się różnice społeczne i to jest też wielkie wyzwanie dla nas wszystkich, żebyśmy nie budowali murów nienawiści, pod którymi kryje się zazdrość i frustracja swoim życiem. Musimy nauczyć się myśleć o realnym zagrożeniu i nauczyć się z tym żyć. Niektórzy z nas muszą nauczyć się zwracać uwagę na innych ludzi i dla wspólnego dobra zmienić nawyki swoich zachowań.

Ważne jest teraz, żebyśmy przestali myśleć życzeniowo, że zaraz wszystko wróci do poprzedniego stanu. Pewne zmiany zostaną z nami na długo. Czekanie na „lepszy, stary” świat może skończyć się rozczarowaniem i zniechęceniem. Od razu zastrzegam, że nie chodzi o to, żeby zrezygnować z marzeń i dążeń, wręcz przeciwnie. Realne marzenia stanowią siłę napędową dla następnych marzeń i dążeń. Jeżeli coś nam wychodzi, to napawa nas wiarą, że potrafimy, że mamy wpływ na swoją rzeczywistość.

No dobrze, ale jak sobie radzić z tym wszystkim?

Trzeba nazwać problemy i realnie określić swoje możliwości poradzenia sobie z nimi. Nie warto myśleć o rzeczach, których nie ma i nawet nie wiemy, czy będą miały miejsce w naszym życiu. Ważne, żeby szukać pomocy u innych ludzi i umieć o nią poprosić. Przy czym nie należy zniechęcać się, kiedy ktoś odmawia pomocy. Czasami problem jest bardzo złożony i warto dalej szukać innych ludzi gotowych do pomocy. Dobrze jest zaplanować sobie dzień. Nie chodzi o planowanie każdej chwili, ale o takie zadania, które wiemy, że powinny być wykonane i te, które wprowadzają odprężenie i dobry nastrój. Nie szukać winnych swoich decyzji, ale uczciwie przyjrzeć się sobie. Czyli odpowiedzieć na kilka pytań. Co ja robię, że czuję się tak, a nie inaczej? Na ile pozwalam ludziom przekraczać granice? Ile razy rezygnuję ze swoich potrzeb? Ile razy nie mówię tego, co czuję, na czym mi zależy? Jakiej potrzebuję pomocy? I tak dalej. Jeżeli się boisz, określ, czego się boisz. Jeżeli to jest coś realnego, na przykład lęk przed zrobieniem zakupów, poproś kogoś o pomoc. Jeśli to jest lęk uogólniony, poszukaj pomocy psychologicznej lub psychiatrycznej. Jest teraz cała masa miejsc, gdzie można taką pomoc dostać. Albo poproś kogoś: pomóż mi znaleźć miejsce, gdzie mogę zadzwonić i porozmawiać. Jeżeli wiemy, że cierpimy na depresję i gorzej się czujemy, nie przypisujemy tego pandemii, tylko weźmy pod uwagę, że ta sytuacja mogła wygenerować nawrót tej choroby.

Jednak jeśli mamy jakieś konkretne problemy spowodowane pandemią, np. straciliśmy pracę, trudno mówić: „nie martw się”…

Nie chodzi o to, żeby nie myśleć o tym co dalej będzie, np. finansowo, ale o to, aby nie budować jakiegoś strasznego zagrożenia. Nie ma tu prostej rady, ale z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Może trzeba zwrócić się z prośbą o pomoc do rodziny. Oczywiście zaraz znajdą się tacy, co powiedzą: to wykluczone, nie ma szans – bo już wcześniej tam nie było porozumienia. Może jednak warto przełamać swój schemat myślenia i się przekonać. Najwyżej albo się zaskoczymy się pozytywnie, albo potwierdzimy swoje przekonania. Dzisiaj wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji – wszyscy, jak nie z tej, to z innej strony doświadczamy lęków, niepokojów, strat. Ale jeśli nie do rodziny, to może zwróćmy się po zasiłek. Słyszę, ze dla niektórych ludzi, to uwłaczające, ale musimy się z tym zmierzyć, a taka pomoc może pozwoli nam przetrwać, zanim wymyślisz coś innego.

Dostrzega pani jakieś dobre strony tej sytuacji?

Coraz bardziej jestem przekonana, że takie są. Zatrzymaliśmy się biegu, zaczynamy zwracać uwagę na to, co dotychczas nam gdzieś umykało. Są tacy, co mówią, że super spędzają czas ze swoimi dziećmi. Podzielili się obowiązkami: on pracuje pół dnia, wtedy ona zajmuje się dziećmi. Potem się wymieniają. Niektórzy odkrywają na nowo wartość rozmowy. Niektórzy mają świetne pomysły na spędzanie czasu.  Na balkonie zrobili sobie piknik, ustawili specjalny namiot, albo ubierają się w kurtki i siedzą na tym balkonie jak w parku. Wspólnie ćwiczą.

Więcej myślimy też o innych: robimy zakupy seniorom, przygotowujemy   jedzenia dla osób na kwarantannie, szyjemy maseczki. Wspieramy się wysyłając sobie memy. Dzwonimy pytać „Jak się masz?”. Ustalamy, co zrobimy, jak to się skończy. To są rzeczy, które niesamowicie jednoczą. Jest wiele sytuacji, które zapamiętamy z tego okresu. Wyjątkowe święta, urodziny – że jednak dało się to zorganizować. Imprezy na urządzeniach mobilnych i aplikacjach: spotkania przyjaciół, które dotychczas odbywały się w restauracjach, a teraz każdy siedzi u siebie na kanapie, w dresie. W trakcie trwa normalne życie: nastawiamy pranie, albo gotujemy zupę. Nie liczy się jak kto wygląda, w co jest ubrany, ale to że się spotkamy, że pogadamy, że spędzimy razem czas. Doświadczamy czegoś fajnego w innym wymiarze. Sytuacja wymusza kreatywność. Jesteśmy teraz bardziej na siebie wrażliwi, chcemy sobie pomagać. Zauważamy się. W ludziach jest bardzo dużo dobra i kreatywności, trzeba tylko unikać sytuacji, które budzą w ludziach odruchy zagrożenia i zaczynają walczyć.

A jak pani sobie radzi? Przecież ci, którzy pomagają, też nie są z kamienia…

Też miewam gorsze chwile. Zauważyłam, że częściej się wzruszam: wzrusza mnie wszystko, co przeżywają ludzie. Wzruszają mnie przejawy dobra. Ostatnio ktoś dostarczył do szpitala kawę dla personelu, a na torbie był napis „ Jesteście Wielcy. Kochamy Was.”. Widziałam, w ilu oczach pokazały się łzy wzruszenia. Myślę o swoich bliskich. Bardzo brakuje mi bezpośredniego kontaktu z dziećmi i wnukami. W każdą niedzielę łączymy się przy śniadaniu i mamy namiastkę wspólnego posiłku. Tylko nie mogę przytulić moich wnuków, a jest to bardzo trudne. Jak inni, musiałam zaadaptować się do nowej sytuacji – pracuję jako terapeuta i podtrzymuję terapię z wieloma osobami. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę to robić online, nie uwierzyłabym. Dla mnie i dla większości moich pacjentów to nowe doświadczenie. Ku mojemu zaskoczeniu, to naprawdę wychodzi, chociaż nigdy nie zastąpi to bezpośredniego kontaktu i czekam na spotkania z pacjentami w zaciszu gabinetu.

A skoro już o tym rozmawiamy, to mam taki mały apel, aby pamiętać o tych, którzy w tej wyjątkowej sytuacji pomagają innym. Często są postrzegani jako silni, tacy, którzy zawsze sobie poradzą. A oni też mają słabsze dni, też się martwią, też się boją. I oni też mogą potrzebować pomocy, a na pewno potrzebują dobrego słowa.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Kilka ćwiczeń poprawiających kondycję mózgu

W czasie pandemii wielu z nas dba o swoje ciało i kondycję fizyczną. A co z naszym mózgiem? O niego też warto zadbać, bo jego dobra kondycja pomoże nam, jeśli dopadnie nas zniżka nastroju. Poniżej kilka prostych pomysłów jak rozruszać swój mózg w trudnych czasach.

  • Umyj zęby drugą ręką

To pozornie prosty, ale świetny sposób na trening mózgu. Warto zacząć od niego dzień. „Kiedy używamy niedominującej ręki do tak niewymagającego zadania, jak mycie zębów, cała uwaga skupia się na tym danym zadaniu. Dzięki temu, że czynność jest niezręczna, a dłoń ułożona inaczej niż na co dzień – nasz umysł ćwiczy niezwykłe sposoby działania. Sprawia to, że jesteśmy bardziej otwarci na nowe sytuacje i zmiany w życiu. Dodatkowo aktywujemy inne niż zazwyczaj obszary w mózgu, a to pobudza go do tworzenia nowych połączeń między neuronami. Wspieramy, tym sposobem, utrzymywanie funkcji poznawczych w dobrej kondycji – przekonuje Kamila Orlińska ekspert neuromedytacji.

  • Rozbij rutynę i zmień początek dnia

Działając rutynowo umysł ma tendencję wyłączania trybu „działaj na pełnych obrotach”. Podczas czynności powtarzalnych umysł nie odczuwa w związku z nimi ekscytacji i przestaje się angażować.

„Dlatego, jeśli w życiu zachodzą zmiany, które mają wpływ na rutynowe działania, to jest to wyśmienita okazja do treningu mózgu. Warto zjeść inne śniadanie niż zwykle, przygotować coś, co zajmuje więcej czasu, ubrać się trochę później niż na co dzień, poświęcić więcej czasu na rozmowę z rodziną lub przyjaciółmi, także w formie online” – proponuje Karolina Orlińska.

Jej zdaniem takie „sygnały optymizmu” trenują nasz mózg i szybko zauważymy pozytywną zmianę we własnym zachowaniu.

  • Zrób porządek w szafach

Przymus siedzenia w domu to doskonała okazja do przejrzenia garderoby i pozbycia się rzeczy, których już nie potrzebujemy. To pozwoli nam pogodzić się ze wspomnieniami o przeszłości, co może zadziałać kojąco.

Nie bez znaczenia jest aspekt porządku w naszym otoczeniu – choć może sobie tego nie uświadamiamy, ma to wpływ na nasze samopoczucie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że zrobimy wreszcie coś od dawna planowanego i że w dobry sposób spożytkujemy czas.

„Zrobienie porządku, poukładanie rzeczy na nowo i bez pośpiechu może podsunąć wiele nowych pomysłów, poprawić nastrój i sposób radzenia sobie w nowej sytuacji” – uważa specjalistka.

  • Przemebluj pokój, łazienkę lub kuchnię

Jeśli w naszym mieszkaniu od dłuższego czasu (a może nigdy) nic się nie zmieniało, umysł wie, czego się spodziewać. Zmiany w ustawieniu to nowość także dla naszego umysłu: robiąc niecodzienne, tzw. „wielkie” porządki skupiamy większą uwagę na tej czynności, nie wykonujemy jej machinalnie. Oprócz tego – jeśli przestawianie sprawi, że mieszkanie stanie się bardziej funkcjonalne lub przytulniejsze z całą pewności poprawi nam to samopoczucie.

  • Podejmij wysiłek intelektualny.

„Kiedy uczymy się nowych rzeczy i stawiamy przed mózgiem kolejne wyzwania, między komórkami nerwowymi tworzą się nowe połączenia, a co za tym idzie – zupełnie nowe sieci neuronów. Poza tym w ten sposób stabilizujemy i wzmacniamy połączenia nerwowe już istniejące w naszym mózgu. Jak nie patrzeć, każda rzecz, której się uczysz, zarówno fizycznie, jak i mentalnie, stanowi trening mózgu” – przekonuje Kaja Nordengen w książce „Mózg ćwiczy. Czyli jak utrzymać umysł w dobrej formie”.

W czasie pandemii można znaleźć w internecie mnóstwo, często udostępnianych za darmo, wykładów, webinariów, wydarzeń kulturalnych. W wielu tych miejscach toczy się potem dyskusja uczestników, która też bywa ciekawym wyzwaniem intelektualnym. Warto skorzystać!

  • Specjalne wskazówki dla osób cierpiących na postępujące choroby neurodegeneracyjne, takie jak stwardnienie rozsiane czy zespoły otępienne – weź udział w zdalnym szkoleniu!

Weź np. udział w cyklu warsztatów online Akademii Treningu Mózgu. Będą tam prezentowane metody wspierające prawidłowe funkcjonowanie funkcji poznawczych, takich jak uwaga, pamięć, wyobraźnia, koncentracja czy kreatywne i logiczne myślenie – czyli tych, których zaburzenia są najbardziej odczuwalne przez osoby z SM. Podczas kilku spotkań uczestnicy poznają ćwiczenia stymulujące pracę mózgu rozwijające uważność, koncentrację uwagi i wyobraźnię oraz budowanie rezerwy poznawczej. W trakcie zajęć uczestnicy dowiedzą się m.in.: jakie są funkcje uwagi? Czy jesteśmy w stanie wykonywać kilka trudnych zadań jednocześnie? Jak wykonywać trening uwagi, aby był efektywny?

Osoby biorące udział w warsztatach będą miały możliwość ćwiczenia pamięci roboczej (operacyjnej), która odpowiada za jednoczesne przechowywanie i przetwarzanie informacji. Pojemność jej może wpływać m.in. na szybkość i elastyczność myślenia. Pamięć robocza najmocniej ze wszystkich rodzajów pamięci osłabia się z wiekiem, co jest również mocno odczuwalne przez osoby z SM. Podczas zajęć osoby z SM będą też mogły poznać techniki pamięciowe (tzw. mnemotechniki), które angażując obie półkule mózgowe pozwalają na zapamiętywanie dużych porcji materiału. Należy do nich Łańcuchowa Metoda Skojarzeń, strategia pamięciowa ułatwiająca zapamiętywanie i przypominanie.

Projekt realizowany jest w ramach trwającej kampanii edukacyjnej Nie sam na SM. Pierwsze warsztaty online Akademii Treningu Mózgu pt. Ćwiczymy uwagę, odbędą się 29 kwietnia (środa) 2020 roku o godzinie 17:00 i będą transmitowane na profilu Facebook kampanii Nie sam na SM

Kolejne spotkania planowane są w cyklu tygodniowym, w każdą kolejną środę maja o godzinie 17:00.

  • Podnieś sobie tętno ćwiczeniami

Choć to może wydawać się nieprawdopodobne, to kondycję mózgu wspomaga aktywność fizyczna. Jednak tylko taka, którą lubimy, bo frustracja związana z uprawianiem sportu z przymusu może przynieść więcej szkód niż korzyści. Zastanów się, co lubisz robić (nawet jeśli nie lubisz wysiłku fizycznego, na pewno istnieje coś takiego!).

Znów możemy sobie pozwolić na bieganie, szybki spacer lub jazdę na rowerze. W Internecie dostępne są treningi z instruktorami fitness i jogi. Możemy też wymyślić sobie sami swój trening – chodzi o to, by trochę się zmęczyć, podnieść sobie tętno. Czemu to ważne? Bo ruch zapewnia dobre krążenie krwi, właściwą pracę układu oddechowego i odpowiednią przemianę materii, a od tego między innymi zależy sprawność mózgu. W końcu jedną z najistotniejszych rzeczy dla mózgu jest dotarcie w ten rejon porządnie natlenionej krwi.

  • Nie zaniedbuj kontaktów towarzyskich:

W czasach pandemii to trudniejsze, ale nie niemożliwe. Nowoczesne technologie dają wiele możliwości, dziś bez problemu możemy spotykać się wirtualnie. W minione święta Wielkanocne na wielu stołach stanęły różne urządzenia mobilne, za pomocą których łączyliśmy się z bliskimi.

W czasie epidemii popularne stały się rozmaite wirtualne spotkania. To dobrze,  bo jak pokazują wyniki badań psychologicznych, przeprowadzonych przez Polską Akademię Nauk, bogate życie towarzyskie może pozytywnie wpływać na system samoregulacji mózgu, mi.n. emocji.

  • I na koniec – postaraj się poszukać przyjemności w prostych rzeczach.

Na przykład zaparz sobie herbatę lub kawę i delektuj się nią bez pośpiechu, używając w czasie jej picia wszystkich zmysłów. Zwróć uwagę, jak pachnie, jaki ma kolor, jak zmienia się temperatura z upływem czasu picia.

Pozwól sobie na to, by się zatrzymać, nic nie robić i cieszyć się tą chwilą. Może uda ci się powrócić do starych przyjemności: czytania gazet, układania puzzli, przeglądania albumów ze zdjęciami? Pamiętaj, że takie drobne, codzienne rytuały – jeśli poświęcamy im swoją uwagę i wykonujemy je z odpowiednim nastawieniem – mogą poprawić nasze samopoczucie po długim, ciężkim dniu.

– Takie proste rzeczy są naprawdę skuteczne – poprawiają funkcjonowanie mózgu i  zwiększają naszą elastyczność wobec zmian. To coś, co każdy z nas może zrobić dla siebie, bez względu na sytuację na świecie i okoliczności zewnętrzne – tłumaczy Karolina Orlińska.

Źródło: Monika Wysocka, www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Ciąża a koronawirus. Sprawdź, czego można się spodziewać

Epidemia choroby wywołanej przez nieznany wcześniej patogen wywołuje szczególne obawy u ciężarnych kobiet. Specjaliści w Polsce wydali specjalne zalecenia dotyczące opieki okołoporodowej. Wynika z nich m.in., że porody rodzinne nie są obecnie rekomendowane. Sprawdź, czego może spodziewać się kobieta w ciąży.

Nie stwierdzono dotąd, aby ciężarne były bardziej podatne na zakażenie się wirusem SARS-CoV-2 (tak jak na przykład osoby ze źle leczoną cukrzycą). Jednak zagraniczne organizacje zrzeszające ginekologów i położników, m.in. American College Obstetricians and Gynaecologists (ACOG) oraz Royal College Obstetricians and Gynecologists (RCOG) zwracają uwagę, że w przypadku innych infekcji wirusowych, które powodują niewydolność oddechową (grypa, SARS) istnieje większe ryzyko wystąpienia powikłań i zgonów wśród ciężarnych. Ich zdaniem z tego powodu bezpieczniej jest uznać, że kobiety ciężarne są w grupie podwyższonego ryzyka wystąpienia ciężkiego przebiegu choroby.

Wiedza na temat wpływu zakażenia nowym koronawirusem na przebieg ciąży i porodu jest na razie bardzo skąpa i w piśmiennictwie naukowym opiera się na nielicznych opisanych przypadkach. Na tej podstawie na razie ustalono, że raczej nie ma dowodów na to, że wirus SARS-CoV-2 może przenosić się na dziecko w czasie ciąży lub podczas porodu (nazywa się to transmisją pionową).

Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników (PTGiP) zwraca uwagę, że zgłoszono co prawda dwa przypadki możliwej transmisji pionowej, ale nie jest jasne, czy przeniesienie nastąpiło przed porodem, czy wkrótce po nim. Eksperci uważają, że jest mało prawdopodobne, aby dziecko zostało narażone podczas ciąży (czyli by wirus przeniósł się na płód wewnątrzmacicznie, tak jak to może się stać na przykład w przypadku zakażenia ciężarnej kobiety przez wirus różyczki).

Obecnie nie ma też na szczęście danych sugerujących podwyższone ryzyko poronień lub straty w drugim trymestrze ciąży związanych z COVID-19. Nie ma również dowodów na to, aby infekcja u matki powodowała wystąpienie wad wrodzonych u dziecka. Choć zdarzały się przypadki przedwczesnych porodów u kobiet zakażonych wirusem, to nie wiadomo, czy miały one bezpośredni związek z infekcją COVID-19.

Pewne jest, że jeśli chodzi o przebieg zakażenia koronawirusem u kobiet ciężarnych, wpływ tego zakażenia na kobietę i dziecko, naukowcy dysponują bardzo małą liczbą danych. W związku z tym nie wysnuwają żadnych kategorycznych wniosków i formułując wytyczne postępowania ważą bilans potencjalnych korzyści i strat.

„Śledząc aktualne doniesienia naukowe, które póki co pochodzą tylko z Chin i dotyczą ok. 12 pacjentek, Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników stara się na bieżąco wprowadzać własne stanowiska ukierunkowujące sposób postępowania ginekologiczno – położniczego u naszych pacjentek: tu i teraz, w Polsce. Staramy się wystrzegać początkowych błędów z pierwszej linii „frontu” oraz błędnych decyzji, czego nie ustrzegli się nawet eksperci WHO, nieodpowiednio szacując skalę problemu” – informuje prof. dr hab. n. med. Mariusz Zimmer, prezes PTGP.

Jak podkreśla profesor, opisane pojedyncze przypadki nie stanowią materiału, z którego można wyciągać wnioski na poziomie zasad medycyny opartej na faktach, dlatego w postępowaniu z ciężarnymi należy kierować się zdrowym rozsądkiem i doświadczeniem. Jednocześnie specjaliści wciąż mają na uwadze, że trudno obecnie przewidzieć rozwój sytuacji.

Ciąża w czasie epidemii a wizyty kontrolne

Wiele kobiet zastanawia się, czy powinna wymuszać wizyty kontrolne według typowego schematu prowadzenia ciąży? Zdaniem specjalistów z Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników nie jest to konieczne.

„W tej nadzwyczajnej sytuacji możemy, a nawet powinniśmy to zmodyfikować – oczywiście po ustaleniu tego ze swoim lekarzem prowadzącym. Namawiamy jednak do ograniczania liczby wizyt do minimum. Ustalić to należy telefonicznie z placówką położniczą. Nie bójmy się, że jeżeli ciąża przebiega prawidłowo i mija już trzy tygodnie od ostatniej wizyty, że nie będzie badania za tydzień. Po kontakcie wirtualnym z położną lub lekarzem, można i trzeba wizytę przełożyć – nic nie powinno się stać” – uspokaja prof. Zimmer.

Oczywiście tylko wtedy, gdy nie pojawiły się żadne niepokojące objawy. W takim wypadku, nie czekając na termin wizyty kontrolnej, należy powiadomić swojego lekarza, a w przypadku, gdy nie ma z nim kontaktu, należy udać się do działającego szpitala.

„Pamiętajmy jednak, że kontakt z takim miejscem skupiającym różne przypadki na pewno zwiększa ryzyko zakażenia, dlatego decydujmy się na ten krok w ostateczności” – zastrzega ginekolog.

Według nowych zaleceń pacjentki powinny zgłaszać się na wizytę bez osób towarzyszących, co wcześniej, w normalnych warunkach, było już pewnym standardem.

Badania w trakcie ciąży w czasie epidemii

Zdaniem specjalistów w okresie epidemicznym badania ginekologiczne i ultrasonograficzne, zwłaszcza metodą dopochwową, powinny odbywać się jak najrzadziej i z zachowaniem zaostrzonego rygoru higienicznego.

„Wydzielina z pochwy stanowi bardzo groźny materiał infekcyjny, który może w różnej formie np. podczas zdejmowania osłonki z głowicy dopochwowej, przedostać się do płuc badającego lub osób towarzyszących badaniu” – tłumaczy specjalista.

„Samo badanie powinno trwać jak najkrócej, a pacjentka musi być przygotowana, że będzie to wizyta krótka, z krótkim wyjaśnieniem słownym, a ewentualne szczegóły powinny zostać przekazane drogą mailową” – zalecają na stronie PTiG specjaliści.

Badania przesiewowe w ciąży

Jednym z takich badań jest OGTT – Oral Glucose Tolerance Test – czyli doustny test obciążenia glukozą, który pozwala wykryć cukrzycę u kobiety w ciąży. Rutynowo jest on wykonywany u ciężarnych na początku ciąży oraz później, między 24. i 28 tygodniem ciąży.

„Na konkretne pytanie, czy OGTT musi być wykonane w tym, a nie innym terminie – odpowiem: jeżeli wykonamy je w terminie późniejszym, o ile nie ma innych, kardynalnych wskazań, a jest to jedynie rutynowe badanie przesiewowe – to na pewno nic się nie stanie” – dodaje prof. Zimer.

Innymi słowy, jeśli kobieta nie jest w grupie ryzyka cukrzycy i dobrze się czuje, można to badanie przesunąć w czasie. Na pewno najpierw warto skonsultować się telefonicznie ze swoim lekarzem. Na pewno zaś zwłaszcza w obecnym czasie kobiety oczekujące dziecka powinny prawidłowo się odżywiać. Dzięki dobrej diecie i ćwiczeniom, które możne wykonywać w domu, minimalizuje się ryzyko wystąpienia cukrzycy ciążowej.

Opieka w czasie epidemii przed porodem

Pacjentka będąca w ciąży idąca do „swojego” szpitala położniczego powinna być poddana ankietowemu badaniu epidemiologicznemu. Polega ono na wypełnieniu ankiety z pytaniami, na które należy odpowiedzieć zgodnie z prawdą.

„Pamiętajmy, że zatajenie informacji, czy to odnośnie obecnego ogólnego stanu zdrowia ciężarnej, czy o kontaktach z osobami chorymi lub ze strefy występowania wirusa, może doprowadzić do przyjęcia takiej osoby do szpitala i rozszerzenia się infekcji na inne pacjentki oraz personel medyczny” – przypominają medycy.

W każdym szpitalu z oddziałem położniczym powinna być wydzielona oddzielna tzw. „epidemiologiczna izba przyjęć” na wzór istniejących tzw. działów szybkiej diagnostyki prenatalnej. Tam wykonywane są konieczne w danej chwili badania (USG, KTG) i podejmowana jest decyzja, czy pacjentka może jeszcze wrócić do domu, czy powinna już zostać w szpitalu. Zaleca się, aby kontakt z lekarzem prowadzącym był  ograniczany do kontaktu mailowego, telefonicznego lub sms-owego. Zalecono, aby w przychodniach uruchamiać punkty informacyjne tzw. e-porady.

„Kierujemy apel do lekarzy, którzy siłą rzeczy słusznie ograniczają liczbę przyjmowanych pacjentek tylko do ostrych przypadków, o większą dostępność telefoniczną/elektroniczną dla własnych pacjentek. Musimy w tej sytuacji być dla pacjentek bardziej dostępni „zdalnie” – zwraca uwagę prezes PTGiP.

Jeśli okaże się, że niemożliwe jest kontynuowanie prowadzenia ciąży u dotychczasowego lekarza z tzw. „kartą przebiegu ciąży” trzeba udać się do innej placówki.

Poród rodzinny w szpitalu w dobie koronawirusa?

PTGiP zaleca, by zawiesić możliwość tego rodzaju porodów.

„Podyktowane jest to nadrzędnym celem, tj. zapewnienia bezpieczeństwa epidemiologicznego pacjentkom, ciężarnym i rodzącym hospitalizowanym w szpitalach położniczych. Działania wszystkich powinny być ukierunkowane na zminimalizowanie możliwości rozprzestrzeniania się powyższej infekcji i zmniejszenia do minimum transmisji wirusa w otoczeniu. Analizując obecną sytuację, zapewnienie bezpieczeństwa pobytu we wszystkich szpitalach, w tym w oddziałach położniczo-ginekologicznych, a tym samym w czasie porodów, przez minimalizowanie liczby osób zaangażowanych w toczący się poród, u rodzącej nie będącej podejrzaną o zainfekowanie wirusem COVID-19, jest nadrzędnym celem. Obecność osób dodatkowo uczestniczących przy porodzie zwiększa ryzyko epidemiologiczne, na co szpitale nie mogą się zgodzić i nie mogą do tego dopuścić” – czytamy na stronach towarzystwa.

Kobieta ciężarna z infekcją

Kiedy ciężarna z objawami infekcji trafi do szpitala zostanie przekierowana do izby „epidemiologicznej”, gdzie, o ile potwierdzą się objawy zagrożenia ciąży wymagające hospitalizacji, zespół medyczny będzie w pierwszej kolejności musiał wykluczyć zakażenie wirusem COVID-19.

W obecnej sytuacji przy podejrzeniu infekcji wirusowej, nawet przy braku wyniku testu, ciężarną z infekcją traktuje się jako potencjalnie zakażoną i w związku z tym zostanie przewieziona transportem sanitarnym do szpitala położniczego tzw. dedykowanego (ustalonego przez Ministerstwo Zdrowia).

Kobieta w ciąży, która musi zostać w szpitalu z powodu zagrożenia ciąży lub swojego zdrowia i jednocześnie jest w trakcie infekcji, ale nie ma ma stwierdzonego zakażenia koronawirusem, powinna przebywać – zgodnie z zaleceniami – w tzw. sali separacyjnej, wzmożonego nadzoru epidemiologicznego, aż do ustąpienia objawów.

Lekarze podkreślają, że choć ten sposób postępowania z kobietami spodziewającymi się dziecka może być odebrany jako nieprzyjazny, to apelują o zrozumienie: sytuacja epidemii wymusza niezwykłe środki.

„Reasumując: czas obecny jest okresem nadzwyczajnym i nadzwyczajne powinny być nasze reakcje i działania medyczne, w tym i położniczo – ginekologiczne” – czytamy w komunikacie ginekologów.

Jak się ustrzec zakażenia będąc w ciąży?

  • Przestrzegaj zasad kwarantanny społecznej – unikaj kontaktu z osobami innymi niż domownicy. Domownicy także powinni przestrzegać zasady ograniczania do minimum bezpośrednich kontaktów z innymi, a podczas przebywania poza domem zachowywać odpowiedni odstęp od ludzi, z którymi się stykają. Z przyjaciółmi i rodziną bądź w kontakcie za pomocą zdalnej technologii, takiej jak telefon, internet i media społecznościowe.
  • Jeśli pracujesz, rób to z domu.
  • Ściśle przestrzegaj zasad higieny: często myj ręce wodą z mydłem i korzystaj ze środków dezynfekujących skórę, dbaj o porządek w domu.
  • Kichać czy kaszleć należy w chusteczki, które następnie wyrzuca się do kosza. Po kichaniu czy kasłaniu należy umyć ręce.
  • W miarę możliwości unikaj korzystania z transportu publicznego
  • Aby skontaktować się ze służbą zdrowia, w pierwszej kolejności korzystaj z usług telefonicznych lub internetowych.
  • Śledź informacje podawane przez MZ i GIS dotyczące zaleceń oraz aktualnej sytuacji w Polsce, ale jeśli doniesienia medialne wywołują stres, dawkuj je sobie.

Źródło: Monika Wysocka www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Jak wzmocnić swoją odporność na zakażenia

Wszyscy już wiedzą, że w ramach ochrony przed nowym koronawirusem trzeba unikać kaszlących osób, dużych skupisk ludzi, zatłoczonych pomieszczeń, a także jak najczęściej myć ręce. To nasza pierwsza linia obrony. Ale mamy też drugą – własną odporność, którą można wzmacniać.

Prof. Jerzy Duszyński, prezes Polskiej Akademii Nauk, opublikował w marcu na swoim profilu w mediach społecznościowych wiele praktycznych informacji i zaleceń dotyczących różnych aspektów i sposobów ochrony przed nowym koronawirusem, podkreślając, że układ odpornościowy człowieka jest przygotowany na rozwój skutecznej odpowiedzi przeciw temu patogenowi.

„Układ odpornościowy porównać można do wojska. Śledziona, grasica, szpik kostny, duże fragmenty jelit to koszary, w których przebywają żołnierze – białe krwinki, które są gotowe do podjęcia walki z przeciwnikiem (mikrobami). Zazwyczaj w krwiobiegu krąży około 10 proc. wszystkich białych krwinek, reszta jest skoszarowana – tłumaczy obrazowo prof. Jerzy Duszyński.

Istnieje wiele rodzajów białych krwinek, z których szczególnie ważną rolę w walce z wirusami odgrywają m.in. limfocyty B, które dojrzewają w szpiku kostnym.

„Wytwarzają one białka zwane przeciwciałami, które wiążą się z określonym fragmentem intruza – antygenem. Po rozpoznaniu tego fragmentu limfocyt B zaczyna produkować specyficzne przeciwciała. Komórka produkująca skrojone na miarę przeciwciała zaczyna się też intensywnie mnożyć. Wkrótce układ odpornościowy może uwolnić do krwi duże ilości przeciwciał, które wiążąc się z intruzem znakują go i w ten sposób naprowadzają na cel inne komórki układu odpornościowego. Tak niszczone są mikroby (bakterie i wirusy), które zaatakowały nasze ciało” – pisze profesor.

Aby jednak układ odpornościowy mógł sprawnie radzić sobie z intruzami, musi mieć sprzyjające warunki do działania, a te zapewnia mu m.in. dobra, ogólna kondycja organizmu. Dlatego prof. Duszyński we współpracy z innymi naukowcami, m.in. z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (WUM) oraz Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH), przypomniał, jak należy wzmacniać swój organizm, a szczególnie układ odpornościowy.

Co ciekawe, w tym kontekście, eksperci zwrócili uwagę przede wszystkim na czynniki związane ze stylem życia, których należy unikać, jako że znacząco osłabiają odporność. Są to m.in.:

  • Nieprawidłowa dieta i jej skutki (m.in. niedożywienie, awitaminoza, a także otyłość)
  • Przewlekły niedobór snu
  • Brak regularnej, umiarkowanej aktywności fizycznej
  • Nadmierne i długotrwałe spożywanie alkoholu
  • Palenie tytoniu
  • Przyjmowanie narkotyków.

Suplementy i preparaty na wzmocnienie odporności

Uwaga! Myli się ten, kto myśli, że zaniedbywanie codziennej diety można łatwo i wygodnie nadrobić łykając różnego rodzaju suplementy i preparaty multiwitaminowe.

„Nie istnieją żadne leki, które mogłyby wzmocnić odporność człowieka i uchronić go przed zakażeniem. Wszelkie preparaty witaminowe, mieszanki składników mineralnych i witamin, naturalne wyciągi roślinne i zwierzęce, a w szczególności preparaty homeopatyczne, które przedstawiane są jako wzmacniacze odporności, nie mają żadnego znaczenia dla rozwoju odporności przeciwzakaźnej. Nigdy nie wykazano ich działania wspomagającego pracę układu odpornościowego, a ich reklamowanie jako preparatów wzmacniających odporność jest zwykłym oszustwem” – czytamy w udostępnionej przez prof. Jerzego Duszyńskiego publikacji, pod którą podpisali się znani immunolodzy: prof. Dominika Nowis oraz prof. Jakub Gołąb z WUM.

Zatem, kluczem do wzmacniania odporności jest po prostu zdrowy styl życia, a szczególnie zdrowy, zbilansowany sposób żywienia.

„Odporności służy dieta z przewagą produktów roślinnych, a zwłaszcza kwaśne owoce i świeże warzywa oraz wszelkiego rodzaju kiszonki i inne produkty fermentowane. Chodzi więc nie tylko o dostarczenie organizmowi niezbędnych substancji budulcowych, energetycznych, witamin i mikroelementów, ale także o spożywanie produktów i składników probiotycznych (np. jogurty) i prebiotycznych (np. cykoria, szparagi), wzmacniających florę bakteryjną w naszych jelitach, która ma ogromne znaczenie w utrzymywaniu i stymulowaniu odporności” – podkreślał jakiś czas temu na łamach Serwisu Zdrowie dr Paweł Grzesiowski, znany specjalista ds. profilaktyki zakażeń.

Zdrowa dieta (bogata w warzywa i owoce) dostarcza nam dużej ilości naturalnych antyoksydantów (przeciwutleniaczy). Są one bardzo ważne, gdyż pomagają zwalczać w organizmie tzw. wolne rodniki, które upośledzają działanie układu odpornościowego.

W tym kontekście warto dodać, że na odporność niekorzystnie wpływa także nadmierna ilość cukru w diecie oraz wysokie spożycie tzw. tłuszczów trans (których najwięcej jest w wysokoprzetworzonej żywności, słodyczach i produktach typu fast food).

Lekarze i dietetycy przypominają też o piciu odpowiedniej ilości wody (przeciętne zapotrzebowanie na wodę w przypadku zdrowej dorosłej osoby wynosi 2-2,5 litra na dobę). Regularne uzupełnianie płynów ma bardzo duże znaczenie dla zachowania dobrej kondycji, zwłaszcza w przypadku seniorów, którzy są szczególnie narażeni na odwodnienie i jego groźne skutki.

Jeśli zaś chodzi o witaminy szczególnie istotne z punktu widzenia układu odpornościowego, to specjaliści wskazują przede wszystkim na witaminę D3, której niedobór jest w Polsce powszechnym problemem. Warto więc pomyśleć o jej suplementacji, jednak nie na własną rękę lecz w porozumieniu z lekarzem. To samo dotyczy m.in. cynku i magnezu. Ale uwaga! Niekorzystny dla odporności może być zarówno niedobór, jak i nadmiar wymienionych składników odżywczych. Samodzielne, niezasadne stosowanie suplementów i preparatów witaminowych może więc być dla nas szkodliwe.

Również witaminę C eksperci radzą przyjmować dopiero w sytuacji, gdy badania wykazały jej niedobór w organizmie albo kiedy występuje zwiększone zapotrzebowanie na nią (np. w efekcie intensywnego wysiłku fizycznego lub infekcji). Nie ma jednak większego sensu jej profilaktyczne łykanie, gdy jest się zdrowym i nie cierpi na jej niedobory, zwłaszcza że spore ilości witaminy C występują w wielu warzywach i owocach.

Dr Grzesiowski przyznał jakiś czas temu na łamach Serwisu Zdrowie, że w sezonie nasilonych infekcji, kiedy praktycznie przez cały czas jesteśmy narażeni na kontakt z chorymi, warto w ramach profilaktyki sięgać po naturalne produkty spożywcze wykazujące działanie przeciwdrobnoustrojowe. Chodzi tutaj m.in. o takie produkty jak:

  • Czosnek
  • Cebula
  • Czarny bez
  • Imbir
  • Kurkuma.

Specjalista zastrzegł jednak, że nie ma żadnego pojedynczego produktu naturalnego, który mógłby nam zapewnić dobrą odporność.

Warto pamiętać, że odporność to niezwykle skomplikowany system, na który wpływa także wiele czynników od nas niezależnych, takich jak np. zanieczyszczenie środowiska. Naukowcy już dawno wykazali, że osoby żyjące w miastach o wysokim stopniu skażenia powietrza, czyli smogu, częściej zapadają na infekcje układu oddechowego. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest spowodowane przez toksyczne składniki smogu uszkodzenie barier śluzówkowych układu oddechowego i osłabienie odporności.

Wrzućmy na luz i oglądajmy jak najwięcej komedii…

Ponadto, prof. Jerzy Duszyński zwraca uwagę na fakt, że odporności bardzo szkodzi stres, w tym również uleganie panice.

„Stres, zarówno ten krótkotrwały, jak i długotrwały, znacznie utrudnia niszczenie przez limfocyty komórek zainfekowanych wirusami” – zaznacza profesor.

Dzieje się tak za sprawą uwalnianych w czasie reakcji stresowej hormonów – noradrenaliny i kortyzolu,  które hamują działanie limfocytów T. Warto zatem pomyśleć o przeznaczeniu większej ilości czasu na relaks lub też o skorzystaniu z profesjonalnego treningu radzenia sobie ze stresem.

Warto też spróbować śmiechoterapii. Znawcy tematu podkreślają, że śmiech poprawia metabolizm, krążenie i wzmacnia układ odpornościowy.

– Śmiech stymuluje wydzielanie tzw. hormonów szczęścia, a więc naturalnych, endogennych opiatów, wśród których najbardziej znane są endorfiny. Jednocześnie przyczynia się do redukcji poziomu hormonów stresu, m.in.: kortyzolu – informowała wcześniej na łamach Serwisu Zdrowie Katarzyna Dera, specjalistka ds. śmiechoterapii i interwencji kryzysowej z Fundacji „Dr Clown”.

Co jeszcze poza optymizmem może wzmocnić odporność? Eksperci potwierdzają, że korzystne jest także hartowanie ciała poprzez przebywanie w niskich temperaturach. Jednak chodzi o regularne i umiarkowane hartowanie, a nie sporadyczne i ekstremalne. Dobrym sposobem hartowania jest np. spanie w temperaturze 19 stopni Celsjusza.

Warto pomyśleć o dodatkowych szczepieniach ochronnych

Na tym jednak nie koniec praktycznych podpowiedzi ze strony ekspertów. W innej publikacji dotyczącej możliwych sposobów przygotowywania się do epidemii choroby Covid-19 (wywoływanej przez wirusa SARS-CoV-2) prof. Duszyński wraz z prof. Lidią Brydak z NIZP-PZH, sugerują, że warto zaszczepić się na… grypę.

„Wirus grypy wnikając do naszego układu oddechowego powoduje uszkodzenie nabłonka dróg oddechowych, a tym samym otwiera drogę innym patogenom (wirusom czy bakteriom). Można domniemywać, że z kolei wniknięcie wirusa SARS-CoV-2 do organizmu uczyni naszą podatność na grypę większą. Jest to jeszcze jeden powód, aby zaszczepić się właśnie teraz przeciwko grypie” – czytamy we wspólnej publikacji wspomnianych naukowców.

Ponadto, immunolodzy zalecają też w obecnej sytuacji profilaktyczne szczepienie przeciwko zapaleniu płuc wywoływanemu przez pneumokoki.

Niestety, póki co szczepionki przeciwko samemu koronawirusowi SARS-CoV-2 nie ma, ale pracuje nad nią wiele ośrodków naukowych na całym świecie, więc za jakiś czas z pewnością się ona pojawi.

W kontekście szczepień warto jednak wiedzieć, że maksymalna ochrona przed danym patogenem przychodzi dopiero z czasem, np. w przypadku grypy po 4 tygodniach od szczepienia. Nie warto więc z nimi zwlekać.

Kto jest szczególnie zagrożony nowym koronawirusem

Powyższe rady ekspertów powinni szczególnie wziąć sobie do serca seniorzy, którzy z racji swoich lat i często występujących już w wieku 65+ chorób przewlekłych są grupą populacyjną najbardziej narażoną na ciężki przebieg zakażenia nowym koronawirusem.

Kto jeszcze poza seniorami znajduje się w grupie podwyższonego ryzyka? Z udostępnionych przez prof. Jerzego Duszyńskiego materiałów wynika, że zwiększone ryzyko ciężkich powikłań (w tym również prowadzących do śmierci) dotyczy osób mających deficyty odporności o różnym charakterze – wrodzonym lub nabytym. Chodzi m.in. o:

  • Osoby osłabione przez różne choroby przewlekłe (np. niekontrolowaną cukrzycę, nowotwory, zaawansowaną niewydolność krążenia, ciężkie choroby płuc, wątroby lub nerek)
  • Osoby przyjmujące leki immunosupresyjne (np. biorcy przeszczepów, osoby z chorobami autoimmunologicznymi)
  • Osoby niedożywione (np. z powodu zaburzeń wchłaniania, anoreksji lub stosowania restrykcyjnych diet eliminacyjnych)
  • Osoby po poważnych zabiegach operacyjnych.

Wymienione wyżej osoby – ze znacząco osłabioną odpornością – powinny więc być w czasie takiej epidemii jak obecna otoczone szczególną opieką ze strony osób bliskich, odpowiednich służb i medyków.

Jednak dla wszystkich z nas bez wyjątku jest to dobry czas na wprowadzenie prozdrowotnych zmian w swoim życiu – chodzi nie tylko o lepsze dbanie o higienę, lecz o jak najszersze praktykowanie zdrowego stylu życia który wzmacnia funkcjonowanie naszego układu odpornościowego.

Nowy koronawirus ma wiele twarzy…

Jak dotąd w przekazach medialnych na temat epidemii Covid-19, czyli choroby wywoływanej przez wirusa SARS-CoV-2, pojawiały się głównie informacje negatywne, budzące niepokój. Na szczęście jednak są też w sprawie koronawirusa i dobre wieści. Na przykład taka, że z ponad 124 tys. osób na całym świecie, u których stwierdzono dotąd zachorowanie na Covid-19, ponad połowa (66,7 tys.) już wyzdrowiała! (stan na 11 marca 2020 r.).

Skąd to wiadomo? Precyzyjne informacje na temat liczby potwierdzonych przypadków Covid-19 na całym świecie, związanych z tym zgonów, ale także i wyzdrowień, publikuje na bieżąco (w czasie rzeczywistym) słynna amerykańska uczelnia – Johns Hopkins University, na specjalnej stronie internetowej poświęconej obecnej epidemii.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uspokaja, że większość osób zakażonych nowym koronawirusem, zwłaszcza młodych, przechodzi wywołaną nim infekcję w łagodny sposób, który może przypominać np. zwykłe przeziębienie. Jednocześnie WHO przyznaje, że jedna na pięć zakażonych osób doświadcza ciężkiej postaci choroby, która wymaga hospitalizacji.

Zatem, zdecydowana większość zakażonych tym wirusem osób wraca do zdrowia, nawet pomimo faktu, że medycyna nie dysponuje na razie żadnym specyficznym lekiem przeciwko tej infekcji. Dzieje się tak głównie za sprawą naszego układu odpornościowego, który z czasem, jeśli tylko jest wystarczająco silny, radzi sobie z tą infekcją, podobnie jak z innymi wirusowymi infekcjami dróg oddechowych (np. wywoływanymi przez adenowirusy, rynowirusy czy wirusy grypy).

Uwaga na dezinformację! Korzystajmy tylko ze sprawdzonych źródeł!

Jeśli szukasz rzetelnych informacji na temat nowego koronawirusa, sposobów ochrony przed zakażeniem oraz praktycznych zaleceń dotyczących postępowania w czasie obecnej epidemii, korzystaj z wiarygodnych źródeł – przede wszystkim z wymienionych niżej stron internetowych:

Wiktor Szczepaniak, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Szczepienia a COVID-19

Pomimo dużej aktywności ruchów anty-szczepionkowych oraz szerzeniu się różnego rodzaju „fake newsów” i teorii …

WZW typu A, B i C – w jaki sposób się przed nim chronić?

Wirusowe Zapalenie Wątroby to grupa chorób zakaźnych znanych jako zapalenie wątroby typu A, B, C, D i E. Za najgroźniejsze …

Bąblowica – Główny Inspektor Sanitarny ostrzega przed wakacyjnym zagrożeniem

Główny Inspektor Sanitarny na swojej stronie przypomina  o realnym zagrożeniu, jakim jest Bąblowica. Bąblowica jest …