Kategoria: ZDROWIE

Jak postępować w przypadku podejrzenia zatrucia grzybami leśnymi?

Tegoroczne lato i wczesna jesień są łaskawe dla grzybiarzy. Sprzyja temu deszczowa pogoda oraz wysoka temperatura powietrza. Miłośnicy grzybobrania się cieszą, a Sanepid ostrzega: bądźmy ostrożni! Polacy uwielbiają grzyby, ale to przysmak bezpieczny jedynie dla tych, którzy się na nich znają. O pomyłkę, nawet w przypadku doświadczonych grzybiarzy, jest naprawdę nietrudno. I tak się niestety dzieje – lekarze przyznają, że do szpitali częściej trafiają ludzie przeceniający swoją wiedzę o grzybach niż ci, którzy zbierają je okazyjnie. Dlatego najważniejsza zasada podczas grzybobrania to: zbieramy tylko te gatunki grzybów, które znamy!

Aby grzybobranie nie zakończyło się w szpitalu, powinniśmy przede wszystkim wybierać jedynie zdrowe, dojrzałe okazy – takie, które nie są nadgryzione, uszkodzone, zaczerwienione czy spleśniałe. Należy pamiętać także o tym, żeby zamiast plastikowej reklamówki zabrać ze sobą wiklinowy koszyk lub bawełnianą torbę, ponieważ nieodpowiednio przechowywane grzyby mogą także wywołać zatrucia. Lekarze przestrzegają dodatkowo, by grzybów leśnych nie podawać dzieciom przynajmniej do 10., a najlepiej – do 12. roku życia. Są one zwykle ciężkostrawne, a młody organizm nie posiada jeszcze w pełni wykształconego zespołu enzymów, odpowiedzialnych za ich trawienie i może o wiele dotkliwiej odczuć skutki spożycia grzybów.

Objawy zatrucia grzybami leśnymi

Ze względu na mechanizm działania toksyn zatrucia grzybami dzielimy na: zatrucie typu gastrycznego, którego objawami są nudności, biegunka, wymioty, bóle brzucha – na ogół ustępują samoistnie; zatrucie neurotropowe – w tym przypadku zawarte w grzybach związki trujące działają na układ nerwowy, powodując ogólne pobudzenie, zaburzenia widzenia, zwężenie źrenic, a nawet halucynacje (rzadko kończy się śmiercią) oraz zatrucie cytotropowe – najgroźniejszy typ, w którym toksyny uszkadzają narządy miąższowe, takie jak nerki, wątrobę czy serce. Są to zatrucia bardzo ciężkie, często ze skutkiem śmiertelnym. W zależności od czasu, który upłynął od spożycia do wystąpienia pierwszych objawów, wyróżniamy także zatrucia o krótkim (od 0,5h do 5h) lub długim okresie utajenia (od 6h do nawet 2-6 dób).

Najczęstszym błędem w przypadku podejrzenia zatrucia jest czekanie w domu, aż dolegliwości same miną. Tłumaczymy sobie, że zjedliśmy zbyt obfity posiłek i nabawiliśmy się lekkiej niestrawności. Pamiętajmy, że czas działa na naszą niekorzyść. Po spożyciu grzyba trującego, w zależności od siły zawartych w nim toksyn, mogą wystąpić bardzo zróżnicowane objawy. Pierwsze związane są zazwyczaj z układem pokarmowym i powodują niezbyt nasilone dolegliwości żołądkowe. Mogą pojawić się nudności, wymioty, biegunka, silne bóle brzucha, nadmierne pocenie, łzawienie, a także drgawki czy zaburzenia widzenia. W zależności od gatunku trującego grzyba zdarzają się nawet halucynacje i zaburzenia neurologiczne. Zbyt późna reakcja (lub jej brak) na pierwsze niepokojące sygnały może doprowadzić do problemów z oddychaniem lub zaburzeń krzepliwości krwi. U osoby, u której doszło do zatrucia grzybami może wystąpić krwawienie z nosa i przewodu pokarmowego – to sygnał, że toksyny działają już na błonę śluzową –

– ostrzega Jakub Rychlik, ratownik Akademii Ratownictwa LUX MED.

Postępowanie w przypadku podejrzenia zatrucia grzybami leśnymi

Rodzaj i nasilenie objawów zależy nie tylko od ilości i jakości spożytych grzybów, ale także od  indywidualnej reakcji organizmu oraz innych, spożytych uprzednio pokarmów (w pełnym żołądku pokarm wolniej się wchłania). W przypadku pojawienia się pierwszych sygnałów świadczących o zatruciu, kluczową rolę odgrywa natychmiastowe działanie. Jakub Rychlik, ratownik Akademii Ratownictwa LUX MED radzi, jak reagować w przypadku podejrzenia zatrucia:

U osób, które są przytomne prowokujemy  wymioty – w ten sposób mamy szansę pozbyć się przynajmniej części toksyn z organizmu. W tym celu  należy wypić dużą ilość wody z solą. Zwrócone resztki potrawy, w której znalazły się grzyby, umieszczamy w foliowej torbie, a następnie zachowujemy do badań diagnostycznych. Umożliwi to sprawniejszą identyfikację toksyny. Ponadto nie przyjmujemy żadnych leków – w szczególności środków przeczyszczających oraz nie pijemy mleka ani alkoholu – tłuszcze ułatwiają wchłanianie niektórych substancji toksycznych, a toksyny zawarte w trujących grzybach mogą blokować metabolizm alkoholu i wchodzić z nim w niepożądane reakcje.

Jakub Rychlik, ratownik Akademii Ratownictwa LUX MED

Nawet, jeżeli w tzw. międzyczasie wcześniejsze objawy ustąpią, należy bezwzględnie wezwać zespół ratownictwa medycznego lub udać się do najbliższej stacji pogotowia ratunkowego.

Po zatruciu niektórymi silnie trującymi grzybami, np. muchomorem sromotnikowym, może nastąpić chwilowa poprawa samopoczucia, po której z kolei dochodzi do gwałtownego pogorszenia stanu zdrowia. Pamiętajmy, że w przypadku zatruć śmiertelnie trującymi grzybami czas odgrywa najważniejszą rolę. Im szybciej rozpoczniemy specjalistyczne leczenie, tym większe szanse na uratowanie zdrowia i życia

– dodaje Jakub Rychlik, ratownik Akademii Ratownictwa LUX MED.

Brak roztropności w przypadku grzybobrania może pociągnąć za sobą tragiczne skutki. Dlatego podczas wyprawy do lasu powinno się zawsze mieć przy sobie atlas grzybów. Dodatkowo, w razie jakichkolwiek wątpliwości, zawsze warto skonsultować problematyczny okaz z innymi grzybiarzami, np. w dedykowanych grupach na portalach społecznościowych. Można także udać się ze swoimi zbiorami do najbliższej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, w której dyżurujący grzyboznawcy potwierdzą, czy grzyb jest jadalny. Bądźmy ostrożni, ponieważ błąd w ocenie konkretnej odmiany może kosztować utratę zdrowia, a nawet życia.
Źródło: Materiał prasowy
Fot. www.pixabay.com

5 ciekawostek o tabletkach antykoncepcyjnych, o których mogłaś nie wiedzieć!

60 lat temu na rynku amerykańskim pojawiła się pierwsza tabletka antykoncepcyjna, która zrewolucjonizowała życie kobiet. Dziś, doustna antykoncepcja hormonalna jest jedną z najpopularniejszych metod zapobiegania nieplanowanej ciąży, która dzięki rozwojowi na przestrzeni lat, obecnie oferuje kobietom więcej niż jej prototyp! Współcześnie tabletki te oprócz wysokiej skuteczności antykoncepcyjnej wykazują dodatkowe właściwości pozantykoncepcyjne np. mogą być pomocne w redukcji bolesnych miesiączek. Dlatego ważne jest prawidłowe dobranie odpowiednich tabletek antykoncepcyjnych – powinny być one „szyte na miarę” indywidualnych potrzeb każdej pacjentki, która zgłasza się do ginekologa po tę formę zabezpieczenia. Co powinnyśmy wiedzieć, stosując doustną antykoncepcję hormonalną? 

1. Sok z grejpfruta obniża skuteczność tabletek – fakt czy mit

Wiele kobiet, stosujących doustną antykoncepcję hormonalną nie wie, że grejpfrut może mieć wpływ na wchłanianie tabletek antykoncepcyjnych, a tym samym – na ich skuteczność. Sok z tego owocu spowalnia metabolizm estrogenów – hormonów, będących składnikiem tabletek i może spowodować opóźnienie we wchłonięciu się substancji czynnych. W efekcie, niepozorna szklanka soku doprowadzi do obniżenia skuteczności tabletki i zwiększenia ryzyka zajścia w nieplanowaną ciążę. Warto wiedzieć, że sok z grejpfrutów może wejść w interakcję również z innymi lekami, dlatego najlepiej – i najbezpieczniej – jest popijać leki wodą.
Sok z grejpfruta

2. Zioła i tabletki – połączenie nieidealne

Zioła i tabletki antykoncepcyjne to nienajlepsze połączenie. Szczególnie, gdy w naszej apteczce znajdują się m.in. dzięgiel chiński, pluskwica groniasta, senes czy popularny dziurawiec, ale także tabletki uspokajające, których głównymi składnikami często są właśnie wyciągi z ziół. Jeśli stosujemy na co dzień jakiekolwiek naturalne preparaty, to koniecznie musimy o tym powiedzieć ginekologowi. Lekarz będzie mógł ocenić, czy przyjmowanie ich z doustną antykoncepcją hormonalną może skutkować wystąpieniem niepożądanych interakcji/objawów ubocznych oraz obniżeniem skuteczności pigułek.

3. Tabletki antykoncepcyjne a trądzik?

Trądzik to choroba skóry wywołana stanem zapalnym mieszków włosowych i gruczołów łojowych. Zmiany trądzikowe pojawiają się nie tylko w okresie dojrzewania, ale również u kobiet z zaburzeniami hormonalnymi, które okres dojrzewania mają już za sobą.  Lekarz, zanim dobierze odpowiednią terapię, może zlecić wykonanie badań, żeby ustalić podłoże trądziku i określić, czy jest ono hormonalne, czy też bakteryjne. Za pojawienie się trądziku o podłożu hormonalnym w głównej mierze odpowiadają androgeny, czyli męskie hormony płciowe, które w małym stężeniu występują również u kobiet.
Na zmiany trądzikowe wpływa przede wszystkim dihydroksytestosteron (DHT) – męski hormon płciowy. DHT powstaje z testosteronu i odpowiada za wydzielanie sebum przez gruczoły łojowe, którego nadmiar sprzyja powstawaniu trądziku.
Leczenie trądziku dostosowane jest zawsze indywidualnie do pacjentki, po uwzględnieniu jego przyczyn i stopnia nasilenia. Gdy leczenie np.  antybiotykami nie przynosi rezultatów lub okazuje się, że trądzik ma charakter hormonalny, wówczas lekarz może dobrać taką formę terapii, która będzie odpowiednia dla tego typu zaburzeń. Współczesna antykoncepcja, dobrana do potrzeb i oczekiwań pacjentki, wykazuje szereg właściwości pozaantykoncepcyjnych. Na rynku dostępne są dwuskładnikowe tabletki, które oprócz działania antykoncepcyjnego zmniejszają również poziom wolnego testosteronu i hamują wytwarzanie DHT, co w konsekwencji może korzystnie wpłynąć na wygląd skóry.

4. Menstruacja bez bólu – czy to możliwe?

Wiele kobiet boryka się z bolesnymi miesiączkami, które potrafią znacząco obniżyć komfort codziennego funkcjonowania i sprawić, że na czas menstruacji codzienne aktywności muszą zostać ograniczone do minimum. Dwuskładnikowa doustna antykoncepcja hormonalna, oprócz działania antykoncepcyjnego, może być jednym ze sposobów łagodzenia bolesnego miesiączkowania, zalecanym pacjentkom przez ginekologów, gdy menstruacja staje się uciążliwym problemem. Kobiety, które stosują dwuskładnikowe tabletki antykoncepcyjne, zawierające odpowiednią dawkę gestagenów oraz estrogenów mogą zauważyć redukcję bólu, towarzyszącego menstruacji.

5. Stosując antykoncepcję hormonalną możesz „przesunąć miesiączkę”

Antykoncepcja hormonalna pomaga kobietom w kontrolowaniu płodności, a także umożliwia opóźnienie wystąpienia menstruacji. Jeśli wybieramy się na wyczekane wakacje, przed nami ważne wydarzenie – ślub lub inna sytuacja, podczas której menstruacja oraz towarzyszące jej dolegliwości bólowe będą stanowić problem, to stosując tabletki antykoncepcyjne – możemy przesunąć tzw.  krwawienie z odstawienia. W jaki sposób? Po zażyciu ostatniej tabletki z opakowania, na następny dzień przyjmujemy pierwszą pigułkę z nowego blistra, nie robiąc przerwy, wynikającej ze schematu przyjmowania. Pamiętajmy jednak, że takie postępowanie jest zarezerwowane dla szczególnych sytuacji i nie powinno przerodzić się w rutynową metodę przesuwania menstruacji.
Źródło: Materiał prasowy
Fot. www.pixabay.com

Lekarze ostrzegają: COVID-19 to niejedyny problem zdrowotny

Wybitni polscy lekarze apelują do Polaków, by nie zaniedbywali leczenia chorób niezwiązanych z nowym koronawirusem. Odsuwanie w czasie zabiegów i badań diagnostycznych, samowolna modyfikacja terapii, niemożność uzyskania kompleksowej porady lekarskiej w razie niepokojących objawów może nieść dramatyczne skutki. A Rzecznik Praw Pacjenta podkreśla, że teleporada nie może być jedyną formą konsultacji w razie problemu zdrowotnego.

Opublikowany 17 sierpnia list otwarty Niezależnego, Interdyscyplinarnego Zespołu Ekspertów Zdrowia „Continue Curatio”, podpisany przez ośmioro lekarzy – naukowców z różnych medycznych instytucji w Polsce, został skierowany zarówno do decydentów, jak i pacjentów.

„Apelujemy także do chorych, aby nie czekali na koniec pandemii, bowiem CHOROBY NIE CZEKAJĄ. DIAGNOSTYKI I LECZENIA INNYCH CHORÓB, W TYM CHORÓB PRZEWLEKŁYCH, NIE MOŻNA ODKŁADAĆ NA PÓŹNIEJ. W placówkach ochrony zdrowia jesteście bezpieczni, bo nauczyliśmy się chronić naszych pacjentów i siebie przed zakażeniem. Zaniechanie leczenia podyktowane strachem przez COVID-19 może spowodować znacznie bardziej dramatyczne skutki niż sama pandemia” – czytamy w liście.

Pandemia: trudno uzyskać pomoc medyczną?

Problem: z jednej strony obaw pacjentów przed korzystaniem z opieki zdrowotnej w czasie pandemii, a z drugiej – trudności z uzyskaniem pomocy,bnm zauważają także inni specjaliści zajmujący się szeroko pojętą ochroną zdrowia. Jeszcze w maju tego roku Fundacja My Pacjenci zrealizowała badanie opinii na reprezentatywnej grupie dorosłych w Polsce, które wykazało duże problemy z uzyskaniem pomocy lekarskiej w czasie pandemii.

Tylko nieco ponad 7 proc. ankietowanych zadeklarowało, że od początku wprowadzenia stanu epidemicznego próbowało skorzystać z porady lekarza specjalisty i nie było przy tym żadnego problemu. Podobny odsetek respondentów uzyskał bez problemu pomoc ze strony internisty.

Jednocześnie:

  • 12 proc. respondentów zadeklarowało, że podjęło próbę uzyskania porady u specjalisty i okazało się to niemożliwe;
  • 13,7 proc. – miało zaplanowaną wizytę, ale została odwołana;
  • 8 proc. – miało zaplanowaną wizytę, ale została przełożona na późniejszy termin;
  • 5 proc. ankietowanych udało się uzyskać poradę specjalisty, „ale było to bardzo trudne”.

Podobne rezultaty uzyskano w badaniu w odpowiedziach o próby skorzystania z porady internisty.

Badania diagnostyczne w czasie pandemii

Tylko 5,4 proc. respondentów zadeklarowało, że bez problemu udało się wykonać badania diagnostyczne, a 3,7 proc. uzyskało je, „choć było to bardzo trudne”. Z odpowiedzi ankietowanych wynika, że badań diagnostycznych nie wykonało łącznie 19,5 proc. pacjentów (zostały albo odwołane, albo ich wykonanie nie było możliwe), zaś u 6,5 proc. respondentów zaplanowane badania zostały przełożone na inny termin.

Autorzy listu otwartego także podkreślają, że wielu chorych w obawie przed zakażeniem się COVID-19 zaniechało diagnostyki i leczenia chorób przewlekłych lub przerwało leczenie.

„W wyniku kilkumiesięcznego zawieszenia wielu świadczeń medycznych, czas oczekiwania na ich wykonanie niepokojąco się wydłużył, a chorzy są zagubieni i pozostawieni bez opieki. W efekcie trafiają do gabinetów z dużym opóźnieniem, co istotnie pogarsza szansę na skuteczne leczenie. Pogorszenie sytuacji pacjentów jest także widoczne w zakresie monitorowania bezpieczeństwa stosowanej farmakoterapii. Wzrasta liczba powikłań wynikających zarówno z nieracjonalnego kojarzenia leków w polifarmakoterapii, jak i sytuacji w których niepożądane działania leków są traktowane jako nowe choroby i leczone bez koniecznej modyfikacji farmakoterapii. Nakręca to kaskady przepisywania leków, które w konsekwencji doprowadzają do występowania chorób polekowych. Nierzadko racjonalna farmakoterapia zostaje zastępowana przez pacjentów nieracjonalnym samodzielnym leczeniem, co także doprowadza do powikłań i generuje kolejne koszty w systemie opieki zdrowotnej” – czytamy w liście.
Jego autorzy nie mają wątpliwości, że taka sytuacja to poważne ryzyko dla stanu zdrowia całego społeczeństwa. W końcu Polacy najczęściej przedwcześnie umierają z powodu chorób układu krążenia, nowotworów, urazów i wypadków oraz chorób układu oddechowego. ”Przedwczesne zgony spowodowane chorobami zakaźnymi stanowią w Polsce kilkanaście procent i rozwój pandemii tylko w nieznacznym stopniu zwiększył ten odsetek” – konstatują specjaliści.

Co ciekawe, w badaniu Fundacji My Pacjenci tylko 8,6 proc. respondentów zadeklarowało, że nie skorzystało z pomocy medycznej (badania diagnostycznego, zabiegu, konsultacji itp.) ze względu na własną obawę o zakażenie się nowym koronawirusem. Ponad połowa tych wszystkich, którzy w czasie stanu epidemicznego pomocy medycznej szukali, nie uzyskała jej, ponieważ wizyty były wstrzymane lub odwołane, nieco ponad 40 proc. z nich zadeklarowało, że pomoc była możliwa tylko w formie teleporady, niemal jedna trzecia zadeklarowała, że placówka medyczna była zamknięta, a ponad 15 proc. ankietowanych odpowiedziało na pytanie o trudności, że nie można się było dodzwonić (odsetki nie sumują się – można było udzielić więcej niż jednej odpowiedzi).

Pandemia a nowotwory

Nowotwory to ta grupa chorób, w których szybkie wdrożenie diagnostyki i leczenia znacząco poprawia rokowanie dla pacjenta. Zwracają na to uwagę sygnatariusze listu otwartego.

„Szczególne znaczenie ma zapewnienie właściwej opieki chorym na nowotwory. Analizy przedstawione na przykładzie Wielkiej Brytanii wskazują, iż opóźnienie o trzy miesiące ich rozpoznania pogarsza o 10 proc. szansę wyleczenia, a o sześć miesięcy – o 30 proc. W Polsce każdego dnia nowotwór złośliwy rozpoznaje się u około 500 osób, spośród których około 270 umiera. Liczba zgonów z powodu COVID-19 wynosi kilka do kilkunastu dziennie. W ciągu minionych pięciu miesięcy na COVID-19 zachorowało około 48 000 osób, z czego zmarło około 1 800. Ocenia się, że w wyniku pandemii odsetek przeżycia w rozwiniętych krajach zmniejszy się o 5-10 proc., co przełoży się na tysiące dodatkowych zgonów” – ostrzegają.

I dodają, że „nie lekceważąc znaczenia pandemii, konieczne jest pełne uświadomienie, iż zdrowie i życie naszych rodaków zależy przede wszystkim od wczesnego wykrywania i leczenia chorób powszechnie występujących niezależnie od pandemii COVID-19”.

Teleporady: blaski i cienie

Dr Ernest Kuchar, pediatra z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego podkreślał na jednej z konferencji prasowej, że teleporada to dla lekarza z jednej strony bezpieczeństwo epidemiologiczne, a z drugiej – wielkie ryzyko prawne. Warto pamiętać, że teleporada nie może być stosowana zawsze – często do prawidłowego postawienia diagnozy i skontrolowania stanu zdrowia pacjenta konieczne jest bezpośrednie badanie pacjenta i badania diagnostyczne.

Zwrócił na to uwagę Rzecznik Praw Pacjenta Piotr Chmielowiec w stanowisku z 3 sierpnia br. Napisał w nim, że „należy zapewnić zachowanie odpowiedniej równowagi pomiędzy dostępnością do świadczeń realizowanych na odległość oraz w kontakcie bezpośrednim. Udzielanie świadczeń w formie teleporad nie powinno ograniczać możliwości skorzystania przez pacjentów z porad w tradycyjnej formie. (…) Teleporada nie może być jedyną formą świadczenia usług zdrowotnych, nie mogą istnieć POZ których aktywność będzie jedynie w tej formie”.

Sygnatariusze listu otwartego:

  • prof. dr hab. med. Bolesław Samoliński, specjalista zdrowia publicznego, alergolog – przewodniczący Rady Ekspertów Rzecznika Praw Pacjenta, kierownik Katedry Zdrowia publicznego i środowiskowego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego;
  • prof. dr hab. n. med. Leszek Czupryniak, specjalista chorób wewnętrznych i diabetologii, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego;
  • prof. dr hab. n. med. Zbigniew Gaciong, kardiolog, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Nadciśnienia Tętniczego i Angiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego na kadencję 2020-2024; prof. dr hab. n. med. Jacek Jassem, onkolog, kierownik Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego;
  • prof. dr hab. n. med. Teresa Jackowska, pediatra, hematolog i onkolog dziecięcy; konsultant krajowy w dziedzinie pediatrii;
  • prof. dr hab. n. med. Grzegorz Opolski, internista, kardiolog, kierownik I Katedry i Kliniki Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego;
  • prof. dr hab. n. med. Jacek P. Szaflik, okulista, prezes Polskiego Towarzystwa Okulistycznego;
  • dr hab. n. med. Jarosław Woroń, farmakolog kliniczny, kierownik Zakładu Farmakologii Klinicznej Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum. Szpital Uniwersytecki w Krakowie.

Justyna Wojteczek, www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Jak działa melatonina

W mediach jest sporo reklam zachwalających suplementy zawierające melatoninę. Choć zdarzają się sytuacje, gdy ich przyjmowanie jest wskazane, to jednak lepiej uważać. Melatonina jest hormonem, którego głównym zadaniem jest regulowanie cyklu dobowego i bardzo łatwo możemy sterować jego wydzielaniem. Jednak melatonina to nie tylko hormon na sen.

Najpierw istotna informacja dla nocnych marków: nawet słaba miejska poświata nocą zaburza wydzielanie melatoniny. Takie ostrzeżenie sformułowali ostatnio autorzy pracy opublikowanej w piśmie „Sustainability”. Badacze przeanalizowali dostępne w literaturze naukowej dane na temat wpływu światła na produkcję tego hormonu u ludzi i różnych zwierząt. Odkryli, że u człowieka już światło o natężeniu sześciu luksów, czyli mniejszym niż typowe oświetlenie ulic wystarczy, aby zaburzyć wytwarzanie hormonu.

Czyste niebieskie światło działa przy jeszcze mniejszej sile (takie wydzielają na przykład smartfony). Melatonina odpowiada tymczasem m.in. za synchronizację cyklu dobowego w różnych częściach organizmu i pomaga zasnąć. Ukryta w mózgu szyszynka produkuje ją nocą, zgodnie z zegarem biologicznym. Kiedy pojawia się światło – produkcja jest hamowana.

To dlatego w sytuacji, gdy do lekarza zgłasza się pacjent cierpiący na zaburzenia snu, dostaje „receptę” na rezygnację w godzinach wieczornych z używania emitujących duże ilości niebieskiego światła elektronicznych ekranów.

Wydzielanie melatoniny wiąże się też z cyklem pór roku – jej stężenie wzrasta jesienią i zimą, a spada wiosną i latem. Organizm człowieka zaczyna produkować melatoninę w wieku 3-4 miesięcy. W tym też czasie ustala się dzienno-nocny cykl snu. W wieku 3-4 lat organizm produkuje jej najwięcej, potem jej stężenie nieco spada i utrzymuje się na stałym poziomie aż do wczesnej dorosłości. Następnie, z wiekiem postępuje stabilny spadek produkcji, tak że np. siedemdziesięciolatek ma 25 proc. tego, co młoda osoba.

Melatonina a nowotwory

Choć znana jest od dawna, naukowcy nadal dowiadują się na temat melatoniny nowych rzeczy. Badania na komórkach wskazują na przykład, że wspomaga naprawę uszkodzeń w DNA. Jedno z badań, opisane na łamach „Occupational & Environmental Medicine” wykazało, że pracujący w systemie zmianowym mają w moczu mniej substancji o wzorze 8-OH-dG, która wskazuje na aktywną naprawę DNA. Zdaniem naukowców najprawdopodobniej odpowiadają za to właśnie wahania poziomu melatoniny. Uczestnicy badania, pracując na zmiany, mieli jej bowiem średnio pięć razy mniej niż wtedy, kiedy spali według normalnego trybu.

– Nasze wyniki wskazują, że zależnie od nocnego snu, obniżona produkcja melatoniny u pracowników zmianowych wiąże się ze znacznie niższym wydzielaniem w moczu 8-OH-dG” – piszą autorzy publikacji. – Prawdopodobnie odzwierciedla to ograniczoną zdolność do naprawy oksydacyjnych uszkodzeń DNA spowodowaną niedostatecznym stężeniem melatoniny. Może to skutkować gromadzeniem się większej ilości uszkodzeń DNA w komórkach – dodają badacze. Tymczasem, jak od długiego czasu wiadomo, uszkodzenia DNA to m.in. przyczyna nowotworów.

Są też prace obserwacyjne, które pokazały, że w grupach pracowników zmianowych nowotwory przydarzają się częściej niż w grupach pracowników, którzy w nocy nie muszą podejmować pracy. Taką korelację wykazano na przykład w dużej grupie norweskich pielęgniarek, które przepracowały na zmiany ponad 30 lat. Autorzy tej publikacji przyjrzeli się też przedstawicielkom innych zawodów i korelacja między zmianową pracą a częstszymi zachorowaniami na raka piersi była wyraźna.

Badania wskazują też na przeciwnowotworowe działanie melatoniny, nawet kiedy choroba się już pojawi. Specjaliści z Tulane University na przykład donieśli przed trzema laty, że całkowita ciemność w nocy może być istotnym składnikiem powodzenia jednej z częstszych terapii raka piersi, wykorzystującej lek o nazwie tamoksyfen.

Badacze twierdzą, że przy całkowitej ciemności melatonina znacząco spowalniała wzrost guzów.

Naukowcy hodowali szczury z zaszczepionymi ludzkimi guzami. Zwierzęta żyły według cyklu 12 godzinnego dnia i 12 godzinnej nocy. Część zwierząt jednak noc spędzała w całkowitej ciemności, a część pod działaniem bardzo słabego światła. Można by je porównać – podają naukowcy – do światła przedostającego się do pokoju z innego pomieszczenia, przez szparę między drzwiami a podłogą. Część zwierząt śpiących w słabym świetle dostawało jednak suplement z melatoniną. Jednak to nie wszystko. W jej obecności tamoksyfen wywoływał dramatyczne zmniejszenie guzów zarówno u zwierząt spędzających noc w ciemności, jak i tych, które dostawały melatoninę w suplementacji.

Według naukowców, uzyskane wyniki mogą mieć kolosalne znaczenie dla leczonych tamoksyfenem kobiet, które często nocą bywają wystawione na działanie światła, np. w czasie pracy na zmiany czy podczas oglądania telewizji.

– Wysoki poziom melatoniny nocą „usypia” komórki nowotworowe przez wyłączanie genów kluczowych dla ich wzrostu. Komórki te są wrażliwe na tamoksyfen. Jednak, kiedy światło pozostaje włączone i produkcja melatoniny jest osłabiona, komórki raka piersi „budzą się” i ignorują tamoksyfen” – twierdzi autor badania David Blask.

Według naukowców światło może więc stanowić czynnik ryzyka nabycia oporności na tamoskyfen, a także inne leki przeciwnowotworowe. Ich zdaniem badanie wskazuje też na zasadność podawania w optymalnym czasie melatoniny oprócz głównego leku. Także badania innych zespołów wskazują na przeciwnowotworowe działanie melatoniny.

Melatonina a cukrzyca- może pomagać, może też szkodzić

Wiadomo już również, że melatonina wpływa na produkcję insuliny, a więc na kontrolę stężenia glukozy we krwi. W nocy stężenie insuliny spada, aby zapobiec hipoglikemii, a w dzień, kiedy większość ludzi je, organizm produkuje insuliny więcej, aby uniknąć zbyt wysokiego poziomu glukozy. Po przebadaniu ponad 7,5 tys. osób z cukrzycą oraz ludzi zdrowych, naukowy z INSERM odkryli pewne mutacje, które sprawiają, że receptory dla melatoniny nie działają. W skrócie można powiedzieć, że te osoby są niewrażliwe na działanie melatoniny. Ryzyko rozwoju cukrzycy typu 2. było u nich prawie aż siedmiokrotnie wyższe.

Z drugiej jednak strony, badacze ze szwedzkiego Uniwersytetu w Lund zauważyli, że melatonina podnosi ryzyko cukrzycy u osób z pewną, często występują w populacji mutacją.

– Jedna trzecia ludzi nosi ten specyficzny wariant genu – wyniki naszych badań pokazują, że na nich melatonina działa silniej. Jesteśmy przekonani, że tłumaczy to, dlaczego ryzyko cukrzycy typu 2. jest o nich wyższe – wyjaśnia  Hindrik Mulder, auto pracy opublikowanej na łamach Cell Metabolism.

Do takich wniosków naukowcy doszli po przeprowadzeniu badań na komórkach, myszach oraz z udziałem ludzi. W jednym z eksperymentów, 23 ochotników ze wspomnianą mutacją i 22 bez niej, przez trzy miesiące przyjmowało melatoninę przed pójściem spać. Produkcja insuliny okazała się niższa u osób z mutacją. Jednocześnie poziom glukozy we krwi był wyższy u wszystkich pod wpływem melatoniny, ale wzrost ten okazał się szczególnie duży u ochotników z mutacją.

Suplementy z melatoniną

Informacje te wskazują, że lepiej zachować ostrożność, jeśli chodzi o zawierające melatoninę suplementy – w końcu zazwyczaj nie wiemy, czy jesteśmy nosicielami wspomnianej mutacji. Powodów do ostrożności jest jednak więcej.

Badania wskazują, że rzeczywiście, takie suplementy pomagają niektórym ludziom w zasypianiu, ale efekty są raczej skromne. Jednocześnie specjaliści zwracają uwagę, że skład tych suplementów bywa nieodpowiedni. Np. niektóre środki, jak się okazało, zawierały dodatkowo serotoninę, czyli zupełnie inny i czasami niebezpieczny po przyjęciu hormon. Co więcej, nie do końca wiadomo, jakie dawki dobrze byłoby przyjmować, a przy tej samej dawce, stężenie hormonu często jest inny u różnych ludzi. Kluczowy jest też czas przyjmowania, ponieważ melatonina reguluje cykl dobowy i biorąc suplement o niewłaściwych porach, można sobie zaszkodzić. Jeśli ktoś więc myśli o zakupie suplementu z melatoniną, warto, aby poradził się najpierw lekarza. A leczenie zaburzeń snu rozpoczął od całkowitego zaciemnienia sypialni i wyłączania smartfonu i ekranu komputera wieczorem.

Źródło: www. zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Szczepienia a COVID-19

Pomimo dużej aktywności ruchów anty-szczepionkowych oraz szerzeniu się różnego rodzaju „fake newsów” i teorii spiskowych na temat szczepień, z najnowszych badań opinii wynika, że Polacy należą do europejskiej czołówki, jeśli chodzi o pozytywny stosunek do szczepień.

Pandemia wywołana przez nowego koronawirusa sprawiła, że ludzie generalnie znacznie częściej niż dotąd myślą o szczepieniach ochronnych. Nie powinno to zresztą dziwić, skoro cały świat z zapartym tchem śledzi doniesienia w sprawie toczących się intensywnie prac badawczych nad opracowaniem skutecznej szczepionki przeciwko COVID-19. To jednak tylko jeden z powodów, dla których o szczepieniach zrobiło się znowu głośno i to raczej w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Warto w tym kontekście wspomnieć jeszcze m.in. o coraz częściej podnoszonej przez wirusologów, immunologów i epidemiologów hipotezie, która obecnie jest zresztą weryfikowana w kilku badaniach naukowych, że pandemia przebiega łagodniej w krajach, w których prowadzone były powszechne, obowiązkowe szczepienia BCG (przeciwko gruźlicy), a bardziej konkretnie te z wykorzystaniem szczepu Moreau. Medycy podejrzewają, że wspomniane szczepienia zapewniają, niejako przy okazji, pewien stopień odporności nieswoistej w odniesieniu do nowego koronawirusa (wiele wskazuje na to, że istotnie wzmacniają one układ odpornościowy i zwiększają jego sprawność w zwalczaniu groźnych patogenów – nie tylko w postaci prątków gruźlicy).

Stosunek Polaków i innych nacji do szczepień

„Ponad połowa Polaków deklaruje, że zaszczepi się przeciwko koronawirusowi, kiedy będzie dostępna szczepionka” – informuje Centrum Badawczo-Rozwojowe BioStat, na podstawie najnowszego, ogólnopolskiego sondażu dotyczącego zachowań konsumentów w czasie pandemii.

Konkretnie, aż 52,5 proc. respondentów tego sondażu zadeklarowało chęć zaszczepienia się przeciwko nowemu koronawirusowi. To sporo, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że przeciwko grypie, która również jest bardzo groźną chorobą zakaźną, szczepi się w Polsce w zależności od roku średnio tylko kilka procent populacji (ok. 4-5 proc.).

W związku z obecną pandemią odsetek ten może jednak znacząco wzrosnąć, zwłaszcza że o zaszczepienie się przeciwko grypie w tym roku – jeszcze przed rozpoczęciem sezonu grypowego – apelują zgodnie eksperci ds. zdrowia publicznego i chorób zakaźnych nie tylko z Polski, ale i zza granicy. Apel w tej sprawie, o priorytetowe traktowanie szczepień przeciwko grypie w tym roku, wystosowała np. niedawno do krajów członkowskich UE Komisja Europejska.

„Z danych naukowych wynika, że osoby, które się zaszczepią przeciw grypie, mogą być bardziej odporne na zakażenie SARS-CoV-2 jesienią i zimą, kiedy może nas czekać druga fala epidemii. Natomiast zakażenie wirusem grypy może zwiększać ryzyko infekcji koronawirusem. Szczepienia przeciw grypie warto wykonywać przed każdym sezonem grypowym, jednak w tym roku jest to wyjątkowo istotne” – podkreśla Jarosław Pinkas, Główny Inspektor Sanitarny.

Czy w 2020 r. można zatem liczyć na pobicie „rekordu Polski” jeśli chodzi o poziom wyszczepialności przeciw grypie? Jest kilka istotnych przesłanek, które wskazują, że taki scenariusz jest realny.

Warto w tym miejscu przytoczyć wyniki niedawnych międzynarodowych badań opinii społecznej na temat szczepień, przeprowadzonych przez firmę Kantar na zlecenie koncernu STADA, z których wynika, że pomimo szerzącej się od wielu lat agresywnej dezinformacji dotyczącej szczepień ochronnych, Polacy mają do nich wciąż bardzo pozytywny stosunek.

Konkretnie, wspomniane badania wykazały np., że Polacy należą do ścisłej europejskiej czołówki, obok Hiszpanów, Finów i Włochów, jeśli chodzi o poziom deklarowanego poparcia dla obowiązkowych szczepień ochronnych. Okazuje się, że ich zwolennikami jest aż 88 proc. Polaków, podczas gdy np. w Rosji, Austrii czy Szwajcarii odsetek ten jest o wiele niższy i mieści się w przedziale 70-73 proc. Bardziej entuzjastyczni od nas, pod względem pozytywnego stosunku do obowiązkowych szczepień, są w Europie tylko Hiszpanie (94 proc.) i Finowie (89 proc.). Polacy zajmują w tym rankingu trzecie miejsce razem z Włochami.

Dodajmy, że obowiązkowe szczepienia popiera średnio 82 proc. wszystkich Europejczyków. Jeśli zaś chodzi o resztę to reprezentuje ona różne postawy – od umiarkowanego sceptycyzmu aż do twardo wyrażanego braku zgody na obowiązkowe szczepienia (z uwagi na brak wiary w ich skuteczność, obawę przed potencjalnymi efektami ubocznymi – czyli tzw. NOP, a także poczucie protekcjonalnego traktowania).

Wiedza o szczepieniach wciąż niewystarczająca

Jednocześnie badania te wykazały, że spora część mieszkańców Europy nie posiada wciąż wystarczającej wiedzy na temat szczepień ochronnych.

„Jedynie co piąty Europejczyk wie, że może być zaszczepiony przeciwko odrze, wirusowemu zapaleniu wątroby typu A/B, ospie i wirusowi HPV” – czytamy w raporcie z badania.

Co ciekawe, wśród Europejczyków największa jest świadomość istnienia szczepionki przeciwko odrze, a najmniejsza w przypadku HPV (bardzo podobnie jest zresztą w Polsce). Badacze zwrócili też uwagę na istotny statystycznie fakt, że pod względem wiedzy o szczepieniach lepiej od mężczyzn wypadają kobiety!

W tym międzynarodowym badaniu zadano też respondentom pytanie: kiedy ostatnio zaglądałeś do swojej karty szczepień? Najczęściej padała odpowiedź – nie pamiętam (np. w Polsce 48 proc. odpowiedzi). Warto dodać, że średnio 16 proc. respondentów (w Polsce 17 proc.) przyznało wprost, że nie wie nawet, gdzie ich karta szczepień się znajduje.

Być może więc obecna pandemia i nadzieje wiązane ze szczepionką przeciwko COVID-19 sprawią, że ruch anty-szczepionkowy przygaśnie, a zwolennicy szczepień złapią znowu wiatr w żagle.

Źródło: Wiktor Szczepaniak, www.zdrowie. pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Pokolenie szklanych ekranów – netoholizm i fonoholizm u dzieci

Wakacje i czas wolny od zajęć lekcyjnych powinny mobilizować do wyjścia na zewnątrz, spotkań z kolegami i koleżankami oraz aktywności na świeżym powietrzu. Tymczasem psychologowie od kilku lat obserwują bardzo niepokojący trend wśród dzieci i młodzieży: chęć przebywania w wirtualnej rzeczywistości jest na tyle silna i uzależniająca, że zaczęła wypierać potrzebę bezpośredniego kontaktu z rówieśnikami.  Ten świat jest dla nich o wiele bardziej atrakcyjny od realnego życia. To tu szukają akceptacji, zrozumienia i budują poczucie przynależności do grupy rówieśniczej. Sytuację potęguje fakt, że pracujący rodzice nie dysponują zwykle czasem ani środkami, by zagospodarować atrakcjami pełne dwa miesiące wakacji. W wyniku tego dzieci większość wolnego czasu spędzają przed komputerem lub ze smartfonem. A stąd jest już prosta droga do uzależnienia. Czym jest neto- i fonoholizm i jak chronić przed nimi dziecko?

Wakacje to dobry czas, by przyjrzeć się z bliska codziennym aktywnościom dziecka. Warto na początek zadać sobie kilka podstawowych pytań: czy nie spędza ono zbyt dużo czasu z telefonem w ręce? Czy nie zamyka się na bezpośrednie kontakty z rówieśnikami? Czy nie stało się w ostatnim czasie bardziej nerwowe – zwłaszcza, kiedy nie ma dostępu do wifi? Uzależnienie od Internetu i smartfonów to realny problem. Przez specjalistów określane jest jako jedna z poważniejszych chorób cywilizacyjnych XXI wieku. Co ważne, coraz częściej dotyka właśnie młodzież i dzieci – a ta grupa jest szczególnie narażona na niebezpieczeństwa czyhające w sieci.

Netoholizm i fonoholizm to uzależnienia behawioralne

Dziecko nie pyta, skąd wziął się Internet, bo nie zna życia bez niego. To takie jego okno na świat. Tu pojawia się niezwykle istotna rola rodzica, którego zadaniem jest edukacja w zakresie zagrożeń, na jakie narażone jest dziecko korzystające z sieci. Jak zauważa Magdalena Krukowska – Sidorczuk, psycholog i psychoterapeuta Poradni Zdrowia Psychicznego Harmonia Grupy LUX MED, neto- i fonoholizm to przede wszystkim poważne uzależnienia behawioralne i nie należy ich lekceważyć, a powinno się leczyć, podobnie jak alkoholizm czy uzależnienie od hazardu.

Osoby dotknięte takim uzależnieniem wykazują niemal identyczne objawy, co osoby uzależnione od substancji chemicznych. W obu przypadkach obserwuje się kompulsywne zaspokajanie określonej potrzeby, połączone z utratą kontroli nad nią i podporządkowaniem jej codziennego życia. Takie zachowanie może wynikać z wielu czynników. Dziecko stara się w ten sposób zredukować stres i złe samopoczucie związane z brakiem samoakceptacji i niskim poczuciem wartości. Korzystaniem ze smartfona i obecnością w sieci rekompensuje sobie także brak więzi z rodzicami i problemy w nawiązywaniu oraz utrzymaniu kontaktów. Za pomocą smartfona coraz więcej czasu spędza w sieci, ponieważ nie radząc sobie z trudnymi emocjami (lękiem, złością, samotnością), ucieka w tej sposób od rzeczywistości.

Magdalena Krukowska – Sidorczuk, psycholog, psychoterapeuta, Poradnia Zdrowia Psychicznego Harmonia Grupy LUX MED

Co ciekawe, pomimo podobieństw do uzależnienia od narkotyków, uzależnienie behawioralne, jakim jest np. fonoholizm czy netoholizm, jest społecznie akceptowalne.

Jak rozpoznać pierwsze objawy uzależnienia dziecka od smartfona?

Siecioholizm, sieciozależność, cyberzależność, fonoholizm – to niektóre z nazw zaburzeń, funkcjonujących obecnie w specjalistycznej literaturze przedmiotu. Uzależnienie od Internetu przejawia się w nadmiernym korzystaniu nie tylko z komputera, ale przede wszystkim ze smartfona, który – w przeciwieństwie do komputera – pozostaje w zasięgu naszej ręki przez całą dobę. Kiedy możemy mówić o uzależnieniu od smartfona?

Fonoholik odczuwa potrzebę nieustannego sięgania po telefon nawet, jeśli nie ma ku temu żadnej przesłanki. Co chwilę sprawdza powiadomienia, a jeśli nie ma takiej możliwości, odczuwa niepokój i rozdrażnienie, mogące przerodzić się nawet w agresję lub autoagresję. Istnieją przynajmniej trzy obszary, w obrębie których można diagnozować problem. Są to:

  • ZACHOWANIE – dziecko nie rozstaje się ze swoim telefonem; trzyma go blisko siebie; przerywa rozmowę, aby odebrać połączenie lub odpisać na wiadomość, wykonuje inne czynności z telefonem w ręce; korzysta z niego w miejscach i sytuacjach, w których nie powinno się tego robić (np. przechodzenie przez jezdnię); ukrywa korzystanie ze smartfona przed rodzicami.
  • PSYCHIKA – obserwujemy u dziecka silną potrzebę korzystania z telefonu i ciągłą gotowość na odpisanie na sms; dziecko staje się rozdrażnione, niespokojne z powodu próby ograniczenia mu korzystania z telefonu.
  • NEGATYWNE SKUTKI – dziecko zaczyna zaniedbywać swoje codzienne aktywności i obowiązki (szkoła, zajęcia sportowe); rezygnuje z pozaszkolnych zainteresowań na rzecz surfowania w sieci; wycofuje się z życia towarzyskiego i ogranicza kontakty bezpośrednie z rówieśnikami; korzysta ze smartfona pomimo szkodliwych następstw, jak: niewyspanie, zaniedbany wygląd, nieregularne odżywianie); jest zdekoncentrowane.

Niezbędna kontrola rodzicielska

Nowoczesne rozwiązania technologiczne pozwalają na dokładniejszą kontrolę nad tym, czego dzieci szukają w Internecie i z jakimi treściami mają do czynienia na co dzień. Dobrym rozwiązaniem jest towarzyszenie dziecku w zabawie przy komputerze. Jednak o ile ta metoda sprawdza się w przypadku młodszych dzieci, o tyle w przypadku nastolatka korzystanie przez niego ze smartfona skutecznie nam to ogranicza. Najprostszym narzędziem prewencji jest założenie filtrów stron internetowych, które dają możliwość zablokowania wyników wyszukiwania poszczególnych fraz, jak np. seks czy przemoc. Istnieją także bardziej zaawansowane aplikacje na smartfona i programy, które blokują możliwość zmiany ustawień, pobierania plików lub przesyłają automatycznie raport o aktywności dziecka w sieci. Nie należy się jednak wyręczać wyłącznie technologią. Dziecko powinno być świadome zagrożeń, jakie niesie za sobą obecność w sieci.

Kiedy warto zgłosić się po pomoc?

Nadmierne korzystanie z telefonu przez dziecko nie musi oznaczać od razu zaburzenia. Warto jednak trzymać rękę na pulsie i obserwować jego zachowanie, by odpowiednio wcześnie zapobiec uzależnieniu. To, co jednak powinno wyraźnie zaniepokoić rodzica i zmobilizować go do zasięgnięcia porady fachowca, to tzw. symptomy odstawienne. Jeśli zaobserwujemy, że dziecko jest pobudzone psychoruchowo, odczuwa nieustanny lęk, niepokój, obniżony nastrój czy reaguje agresją na próbę ograniczenia mu korzystania z telefonu, warto skonsultować się ze specjalistą, który zdiagnozuje i oceni stopień uzależnienia dziecka od Internetu lub smartfona i w razie potrzeby zaproponuje odpowiednią psychoterapię.
Nie możemy i nie powinniśmy całkowicie izolować dziecka od Internetu, ponieważ jest on nieodłącznym elementem naszej rzeczywistości. Jednak to, co powinniśmy bezwzględnie robić, to mądrze nadzorować obecność dziecka w sieci. Pamiętajmy, że nie kto inny, jak właśnie rodzic, jest w pełni odpowiedzialny za swoje dziecko i taki nadzór jest jego obowiązkiem. W przypadku zaobserwowania niepokojących objawów, mogących świadczyć o uzależnieniu od Internetu lub smartfona, warto skorzystać z pomocy specjalisty.
Źródło: Materiał prasowy
Fot. www.pixabay.com

Czym zastąpić cukier w diecie dziecka?

Słodkie przekąski, lody, desery, napoje – wszystkie dostępne są na wyciągnięcie ręki. Wyglądają apetycznie, kuszą kolorem, zapachem i smakiem. Od dzieciństwa jesteśmy przyzwyczajani do tego, że słodycze są nagrodą. Nadmiar cukru ma jednak zgubny wpływ na nasze zdrowie – zwłaszcza zdrowie dziecka.

Słodki smak jest niezwykle silnym bodźcem dla mózgu. Uwalnia on dopaminę – neuroprzekaźnik odpowiadający za dobry nastrój, przyjemność i szczęście. Jednak kiedy dzieje się to zbyt często, działanie dopaminy słabnie, powodując potrzebę stopniowego zwiększania podaży cukru do organizmu. A wtedy zaczyna stawać się to nałogiem. Dzieci są niezwykle podatne na wszelkiego rodzaju bodźce, dlatego – jak podkreśla dr n. med. Anna Lewitt, dietetyk kliniczny Grupy LUX MED – w ich przypadku z cukrem należy się obchodzić bardzo ostrożnie.

Dziecko od najmłodszych lat wykazuje naturalne preferencje słodkiego smaku. Związane jest to z przyjmowaniem w wieku niemowlęcym pokarmu matki, który – dzięki obecności laktozy (cukru mlecznego) – ma lekko słodkawy smak. W pierwszych latach życia „programujemy” dziecku nawyki żywieniowe, dlatego z perspektywy rodzica ważne jest budowanie przyzwyczajeń i kształtowanie preferencji żywieniowych, które zaprocentują na przyszłość. Zbyt duży udział cukru w diecie dziecka, a dokładniej mówiąc, sacharozy i cukrów prostych, może upośledzać wchłanianie ważnych pierwiastków, jak cynk czy żelazo, a dodatkowo zaburzać apetyt, sprzyjać próchnicy i nadwadze czy otyłości.

Według danych NFZ i Ministerstwa Zdrowia, liczba osób otyłych i z nadwagą stale rośnie. Szacuje się, że do roku 2025 będzie aż 30% otyłych mężczyzn i 26% otyłych kobiet, a to jednoznacznie przełoży się na jeszcze większy wzrost zachorowań na cukrzycę. Problem nadwagi zaczyna się zazwyczaj już w wieku szkolnym.
Dopuszczalna ilość sacharozy i cukrów prostych w diecie dziecka nie może przekraczać 10 proc. dobowego zapotrzebowania na energię. Dla uproszczenia – w przeliczeniu na łyżeczki cukru, czyli sacharozy – dwuletnie dziecko o wadze 12 kg nie powinno przyjmować dziennie więcej niż 4 łyżeczki cukru. Okazuje się, że już pół szklanki soku owocowego pokrywa właściwie cały ten limit. A pomyślmy, ile dodatkowych słodkich przekąsek i posiłków dziecko spożywa w ciągu dnia. Najnowsze dane z raportu lekarzy zrzeszonych w Porozumieniu Pracodawców Ochrony Zdrowia mówią, że polskie dzieci poniżej 10. roku życia zjadają 19 łyżeczek cukry dziennie! Tym samym, plasują się na pierwszym, niechlubnym miejscu w europejskim rankingu. Według Instytutu Żywności i Żywienia w Polsce z nadmierną wagą już dziś boryka się 10 proc. dzieci w wieku 1–3 lat, 30 proc. dzieci w wieku wczesnoszkolnym i prawie 22 proc. młodzieży do 15. roku życia. Tendencja jest wzrostowa zarówno w Polsce, jak i na całym świecie. Według szacunków do 2025 roku liczba wszystkich dzieci (5–17 lat) z nadwagą będzie wynosiła 177 mln, a z otyłością – 91 mln.

To prawdziwa plaga i porażające liczby. Nadmiar cukru w diecie to jedna z głównych przyczyn otyłości. I jest to przede wszystkim kwestia zagrożenia dla zdrowia. W przypadku dzieci zwiększone spożycie cukru prowadzi do rozwoju próchnicy zębów, osłabienia apetytu i mniejszej tolerancji dla zdrowych grup produktów, a także nadpobudliwości psychoruchowej, nadwagi oraz otyłości. Te z kolei, w późniejszym wieku, pociągają za sobą szereg kolejnych, poważnych schorzeń, jak: zaburzenia gospodarki lipidowej, insulinooporność, cukrzyca typu 2., choroby sercowo-naczyniowe, nadciśnienie, zmiany zwyrodnieniowe stawów, bezdech senny, różnego rodzaju stany zapalne, a nawet nowotwory złośliwe, o czym nie wszyscy wiedzą.

dr n. med. Anna Lewitt, dietetyk kliniczny Grupy LUX MED

Zdrowe zamienniki

Rodzice, którzy pragną uchronić swoje dzieci przed nadwagą, wybierają dla nich produkty z niższą zawartością lub pozbawione cukrów prostych i sacharozy. To teoretycznie dobra droga, ponieważ są one mniej kaloryczne. Jednak pamiętajmy o tym, że dziecko nie schudnie, jeśli zamiast słodzonego napoju, będzie piło jego „dietetyczny” zamiennik. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest podawanie mu do picia zwykłej wody. Apetyt na słodycze można zaspokoić, np. zwiększając w diecie udział produktów roślinnych. Strączki, zboża czy warzywa – im dłużej przeżuwane, tym stają się słodsze. Na podwieczorek wybierajmy słodkie warzywa, np. marchewkę, buraka czy dynię. Biały cukier w diecie można dodatkowo zastąpić zamiennikami w postaci: miodu, syropu klonowego, słodów (ryżowy, jęczmienny), syropu z agawy, ksylitolu (cukier brzozowy), syropu daktylowego, suszonych owoców, stewii, melasy z karobu, trzcinowej lub buraczanej lub nierafinowanego cukru (nierafinowany sproszkowany sok trzcinowy – nie mylić z cukrem brązowym), który zawiera więcej żelaza i cynku niż cukier oczyszczony.

Co, jeśli dziecko domaga się słodyczy?

Jest na to sposób! Doskonałym rozwiązaniem będzie wybór słodkich, zdrowych przekąsek przygotowanych samodzielnie w domu. Nie są tak przetworzone, jak te kupowane i nie zawierają sztucznych barwników oraz konserwantów, a przede wszystkim – wiemy, co w nich jest. Można dodatkowo zachęcić dzieci, by włączyły się w zabawę i przygotowywanie zdrowych pyszności. Zbożowo-owocowe batony, cząstki jabłka posmarowane masłem orzechowym, smoothie z sezonowymi owocami, prosty w przygotowaniu mus owocowy czy zdrowy, jaglany budyń domowy zaspokoją apetyt na coś słodkiego, a przy okazji dostarczą dziecku niezbędnych wartości odżywczych. Wspólna praca w kuchni to także doskonały czas, by porozmawiać o zasadach wyboru zdrowych produktów.

Jak znaleźć złoty środek?

Cukier w żywności to prawdziwa pułapka. O ile dorosły człowiek rozumie, jakie skutki powoduje jego nadmiar w diecie, o tyle dziecku, które zdążyło poznać już słodki smak, trudno jest się od niego odzwyczaić. To rodzic jest w pełni odpowiedzialny za wpajanie zdrowych nawyków żywieniowych swojego dziecka i to na nim spoczywa odpowiedzialność za stan jego zdrowia w późniejszym wieku. Dlatego ważne, by zwracać uwagę na to, co dziecko zjada zarówno w domu, jak i w szkole.
Kluczem do sukcesu jest tu edukacja żywieniowa. W przypadku młodzieży, warto skorzystać z wizyty u dietetyka. Pogadanka z obcą osobą na temat właściwego, zbilansowanego żywienia, może okazać się o wiele skuteczniejsza od zakazów rodzica. Na rynku dostępnych jest również wiele edukacyjnych książek o żywieniu dla dzieci i młodzieży, napisanych w przystępny sposób i proponujących ciekawe, kolorowe, a przy tym zdrowe posiłki. Pamiętajmy, że dzieci uczą się od dorosłych – przykład idzie z góry. Dobre nawyki żywieniowe powinny stać się „zdrowym nałogiem” każdego członka rodziny.
Źródło: Materiał prasowy
Fot. www.pixabay.com

Zespół jelita drażliwego: jak pomóc sobie dietą

Gastrolodzy coraz więcej uwagi poświęcają zespołowi jelita nadwrażliwego (ZJN). A w mojej praktyce dietetycznej na 10 pacjentów, dziewięcioro z nich  zapytanych o wzdęcia, niestrawności, gazy, biegunki i zaparcia potwierdza współwystępowanie tych dolegliwości. To istna plaga!

Już nie choroby serca, zaburzenia lipidowe, problemy z glukozą i insuliną czy chora tarczyca tylko właśnie problemy jelitowe są najczęstszym objawem, na jaki skarżą się moi pacjenci. Zazwyczaj jednak pacjent przychodzi do mojego gabinetu z problemem nadmiernej masy ciała i dopiero w toku dokładnego wywiadu zdrowotnego, w którym pytam m.in. o objawy żołądkowo-jelitowe okazuje się, że są one kluczowym problem, który muszę wziąć pod uwagę wprowadzając indywidualne zalecenia żywieniowe. Oczywiście nie jest to wyznacznik, że pacjent cierpi na zespół jelita nadwrażliwego, ale jeżeli problem jest nagminny warto poddać się pełnej diagnostyce w kierunku tego zaburzenia.

Zespół jelita nadwrażliwego (ZJN, ang. Irritable Bowel Syndrome – IBS, ) to jedna z najczęstszych stawianych diagnoz na świecie. Jest on jednostką chorobową wykraczającą poza kwestie medyczne, co skutkuje tym, że była często marginalizowana w środowisku medycznym. Leczenie bywa nieskuteczne i chorzy latami cierpią wierząc, że tak już musi być.

Nie jest jednak łatwo leczyć problemy jelitowe tego typu, ponieważ nie ma jednej przyczyny tego schorzenia (zaburzenie funkcjonowania połączeń pomiędzy ośrodkowym układem nerwowym tzw. osi mózg-jelito, dość dobrze określono wpływ czynników infekcyjnych, zapalnych i psychogennych, niewłaściwy sposób odżywiania, zaburzeniom hormonalnym u kobiet, nadużywanie środków przeczyszczających, hormonalnych oraz antybiotyków, czynniki genetyczne, zaburzenia mikroflory).

Zespół jelita drażliwego: jakie badania

Nie ma również jednej metody diagnostycznej, która wykrywa ZJN. Konieczny jest pogłębiony wywiad lekarski. A poza tym należy wykonać szereg badań, które wyeliminują inne przyczyny występujących objawów. Podczas diagnostyki zespołu jelita nadwrażliwego należy wykonać morfologię krwi, OB, czasem lekarz zleci test na krew utajoną w stolcu, rektoskopię. Ponadto sprawdza się poziom TSH, USG jamy brzusznej, a u kobiet rekomenduje badanie ginekologiczne.

W postaci biegunkowej często dodatkowo należy wykonać badanie w kierunku pasożytów w kale oraz białka CRP. Zaleca się badanie immunologiczne w kierunku choroby trzewnej (celiakii). Należy wykluczyć alergie, nietolerancje, zaburzenia wchłaniania fruktozy, pasożyty, rozrost candida oraz zmniejszenie wydzielania kwasu solnego w żołądku. Jak widać – to ciężka przeprawa.

Ale kiedy już jesteśmy pewni, że nasze objawy to faktycznie ZJN ważne, aby rozpocząć odpowiednie leczenie, zwłaszcza żywieniowe. Należy pamiętać że skuteczność leczenia w przypadku większości chorób zależy przede wszystkim od usunięcia przyczyny, nie tylko objawu choroby. Tymczasem leczenie zespołu jelita nadwrażliwego nie jest łatwe ze względu na brak pewności co do przyczyn rozwoju choroby.

Niestety, według obecnej wiedzy nie da się całkowicie wyleczyć z zespołu jelita nadwrażliwego. Celem terapii jest złagodzenie istniejących objawów, które przyczyniają się do pogorszenia komfortu życia. Jednak w wielu przypadkach udaje się skutecznie osiągnąć remisję choroby. Leczenia ZJN bardzo często wymaga współpracy pacjenta z lekarzem gastroenterologiem, dietetykiem oraz psychologiem.

Zespół jelita drażliwego: jaka dieta

Nie ma uniwersalnej diety idealnej dla każdej osoby borykającej się z problemem zespołu jelita nadwrażliwego. Zwykle książkowe zalecenia nie sprawdzają się w 100 procentach. Badania pokazują, że na dobry stan jelit oraz prawidłową mikroflorę wpływa dieta śródziemnomorska. Bazuje ona na produktach jak najmniej przetworzonych produktach lokalnych, dużej ilości warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych, chudym nabiale, rybach morskich, oliwie z oliwek i praktycznie całkowicie eliminuje czerwone mięso i słodycze. Dieta ta praktycznie pokazuje zasady prawidłowego żywienia, ale przeznaczona jest dla osób, które nie są w etapie progresji zespołu jelita nadwrażliwego i może być stosowana w okresie remisji, kiedy objawy nie są uciążliwe. 

Bardzo często stosowane są przez pacjentów różne diety eliminacyjne, często na własną rękę po wykonaniu mało wiarygodnych testów na nietolerancje IgG. Nieodpowiednie zbilansowanie całodziennych posiłków może być bardzo trudne i prowadzić do występowania niedoborów pokarmowych oraz dodatkowego stresu. Polskie Towarzystwo Gastroenterologii w opublikowanych w 2018 roku rekomendacjach dla lekarzy raczej nie zaleca diety eliminacyjnej, chyba że pacjenci odnoszą z niej korzyść.

Obecnie, dieta FODMAP jest w tej chwili jedynym udokumentowanym w badaniach, zalecanym postępowaniem dietetycznym, przynoszącym korzyści znacznej grupie pacjentów. Polskie Towarzystwo Gastroenterologii rekomenduje stosowanie takiej diety przez sześć tygodni. Dieta ta polega na eliminacji produktów bogatych w fermentowane oligo, di i monosacharydy oraz poliole. Szczegółowym informacji o diecie low FODMAP polecam szukać na stronie Uniwersytetu Monash w Australii, autorów tej diety, albo mojej książce ,,Jelito drażliwe. Leczenie dietą”. Dieta ta również daje dobre efekty u osób z zespołem SIBO polegającym na przeroście bakterii w jelicie cienkim. Schorzenie to zwykle występuje jednocześnie z ZJN.

Od czego jednak najlepiej zacząć ? Aby zmniejszyć dolegliwości zarówno w postaci zaparciowej jak i biegunkowej należy:

  • Spożywać małe posiłki, regularnie o stałych godzinach,
  • Ograniczyć smażenia na korzyść gotowania, pieczenia i duszenia,
  • Dbać o świeżość posiłków w celu zmniejszenia ryzyka dodatkowych zatruć, odpowiednio przechowywać żywność,
  • Wybierać produkty, które zawierają jak najmniej dodatków,
  • Unikać produktów o działaniu wzdymającym szczególnie w postaci surowej (cebula, czosnek, kapusta, por, papryka, jabłka),
  • Ograniczyć lub całkowicie wyeliminować kawę i mocną herbatę, które nasilają kurczliwość jelita,
  • Wyeliminować produkty zawierające benzoesan sodu o działaniu prozapalnym,
  • Nie spożywać tłustych pokarmów, żywności przetworzonej i produktów fast food.

Osoby z zespołem jelita nadwrażliwego bardzo często borykają się z problemem nadmiernego gromadzenia się gazów w przewodzie pokarmowym i wzdęciem brzucha, co bardzo utrudnia prawidłowe funkcjonowanie często już od początku dnia. W tym przypadku ulgę przyniesie:

  • Regularne spożywanie posiłków, bez pośpiechu, przy stole, dokładne i bardzo powolne przeżuwanie pokarmu, unikanie rozmów podczas jedzenia;
  • Niepopijanie posiłków, picie bardzo powoli, małymi łyczkami
  • Unikanie płynów gazowanych, w tym gazowanej wody;
  • Wyeliminowanie żucia gumy, ssania twardych cukierków;
  • Stosowanie pieczenia, gotowania zamiast smażenia;
  • Ograniczenie spożycia tłuszczu zwierzęcego, a zwłaszcza serów pleśniowych i twardych;
  • Eliminacja cukru z diety pod każdą postacią (owoce zawierające fruktozę w zależności od tolerancji, ale konieczne wykluczenie soków owocowych). Co jest zwykle zaskakujące dla pacjentów – najbardziej wzdymającym produktem są jabłka. W tym przypadku nie zaleca się również ksylitolu- nasila wzdęcia i fermentację.
  • Regulacja udziału błonnika pokarmowego (przy nasilonych wzdęciach i biegunkach małe spożycie, zaś podczas zaparć większe) najlepiej w postaci babki płesznik. Nie należy jednak stosować otrąb – są bogate w błonnik, ale bardzo powodują wytwarzanie gazów jelitowych.
  • Unikanie produktów ciężkostrawnych (jak w postaci biegunkowej);
  • Należy bezwzględnie unikać spożywania piwa;
  • Prowadzenie dzienniczka żywieniowego i stopniowe wprowadzanie produktów, które zauważamy, że mogą powodować wzdęcia.

Wielu pacjentom ulgę przynosi eliminacja laktozy oraz, przy potwierdzonej nietolerancji, również glutenu (ale trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście eliminacja tych składników pomaga). Warto się ruszać, w razie dolegliwości bólowych wykonywać masaże brzucha i brać ciepłe kąpiele. Mimo uporczywych wzdęć należy dbać o urozmaicenie posiłków w celu uniknięcia niedoborów pokarmowych. Warto też pamiętać, że w absorpcji substancji lotnych i zapachu pomaga szpinak, sałata, pietruszka, borówka oraz jogurt naturalny.

Podczas stosowania diety należy uzbroić się w cierpliwość. Niektórzy odczuwają ulgę już po paru dniach, ale wiele osób dochodzi do remisji nawet w kilka tygodni, często w połączeniu z leczeniem farmakologicznym oraz wsparciem psychologicznym. Wiele osób potrzebuje drobnych zmian, zastosowania diety lekkostrawnej lub wysokobłonnikowej, wyeliminowania kluczowych produktów inni zaś jak najszybciej powinni wdrożyć bardziej restrykcyjną formę czyli dietę low FODMAP. W celu dobrania indywidualnego leczenia żywieniowego najlepiej udać się do wykwalifikowanego dietetyka. Każdy bowiem choruje inaczej.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Fakty na temat alergii, które warto znać

Alergia niejedno ma imię. Można być uczulonym nie tylko na pyłki drzew czy sierść zwierząt, lecz także na alkohol, a nawet na… słońce! Do tego liczba alergików szybko się zwiększa. Nic zatem dziwnego, że temat alergii wywołuje coraz większe zainteresowanie i rodzi wiele pytań. Poznaj najważniejsze fakty i mity na temat alergii.

Czy istnieją „hipoalergiczne” psy? Czy są jakieś drzewa przyjazne dla alergików? Czy pomidor po ugotowaniu też uczula?

Bardzo konkretnych, popartych aktualną wiedzą medyczną odpowiedzi na te i wiele innych praktycznych pytań dotyczących alergii udziela w wydanej niedawno przez PZWL Wydawnictwo Lekarskie książce „Alergie. Fakty i mity” znany lekarz – dr Łukasz Durajski. W poniższym tekście przytoczymy kilka z nich.

Zacznijmy jednak od przeglądu najważniejszych faktów na temat alergii.

Alergia jest chorobą cywilizacyjną

„W ciągu roku liczba alergików w populacji rośnie o 0,5-2,5 proc. Żadna z chorób cywilizacyjnych nie wykazuje aż takiego tempa wzrostu. Na początku lat 90. XX w. chorych było 15 proc. populacji. Obecnie szacuje się, że w Polsce około 40 proc. społeczeństwa cierpi na alergie, a 25 proc. populacji wymaga w związku z tym opieki lekarskiej. Oznacza to, że nie każdy alergik pozostaje pod stałą opieką lekarza” – pisze Łukasz Durajski.

Jakie są przyczyny tego niepokojącego trendu? Autor książki wymienia kilka istotnych powodów i czynników ryzyka, jak np. rosnące zanieczyszczenie środowiska czy życie w coraz bardziej sterylnych warunkach. Trzeba jednak dodać, że na ryzyko rozwoju alergii u konkretnej osoby bardzo duży wpływ mają także czynniki genetyczne, czyli odziedziczona po przodkach skłonność do alergii (zwiększona podatność na zachorowanie).

„Oszacowano, że gdy tylko jeden z rodziców ma alergię to prawdopodobieństwo jej wystąpienia u dziecka wynosi 20-40 proc., natomiast gdy oboje rodziców cierpi na alergię, to prawdopodobieństwo jej wystąpienia u potomka wzrasta już do 60-80 proc.” – czytamy w książce.

W tym kontekście warto jeszcze dodać, że na ryzyko rozwoju alergii spory wpływ mają też warunki w jakich rozwija się dane dziecko, począwszy już od warunków w życiu płodowym (np. palenie w ciąży, palenie przy dziecku zwiększa to ryzyko). Z kolei czynnikami chroniącymi, czyli zmniejszającymi ryzyko rozwoju alergii u dziecka są m.in.: karmienie piersią do 6. Miesiąca, a także stopniowe wprowadzanie pokarmów stałych do diety dziecka od 6. miesiąca.

„Statystyki pokazują, że alergie występują znacznie rzadziej u dzieci karmionych piersią czy w rodzinach wielodzietnych (w przeciwieństwie do jedynaków)” – podkreśla Łukasz Durajski.

Co to jest alergia (uczulenie)

To nieprawidłowa, nadmierna reakcja układu immunologicznego na różne występujące w środowisku substancje, które nazywamy alergenami. Ze względu na drogę dostania się alergenu do organizmu lub okres występowania alergie dzieli się na kilka kategorii: wziewną, pokarmową, kontaktową, reakcję na jad, reakcję na leki, całoroczną i sezonową.

Co ciekawe, w kontekście profilaktyki, autor książki apeluje do rodziców małych dzieci, aby nie przesadzali z dbaniem o czystość i higienę w domu.

„Podstawowe zasady higieny są zupełnie wystarczające. Używanie na co dzień, bez powodu i bez uzasadnienia płynu do dezynfekcji, gdy wchodzimy do pokoju swego dziecka, jest kompletnie bez sensu. Właściwie w ten sposób robimy mu krzywdę. Nie twórzmy bańki mydlanej, pozwólmy organizmowi nauczyć się funkcjonować w tym środowisku” – przekonuje Łukasz Durajski.

Co najczęściej uczula:

  • roztocza kurzu domowego,
  • pyłki roślin,
  • sierść zwierząt,
  • pleśń (zarodniki grzybów),
  • białko mleka krowiego,
  • ryby,
  • białko jaja kurzego,
  • orzeszki (zwłaszcza ziemne),
  • owoce (zwłaszcza cytrusowe),
  • metale (zwłaszcza nikiel, kobalt, chrom),
  • perfumy i kosmetyki,
  • olejki eteryczne,
  • konserwanty,
  • niektóre leki (np. przeciwzapalne, antybiotyki),
  • formaldehyd (występuje m.in. w lakierach, odzieży, tworzywach sztucznych).

Uwaga: alergia może zabić!

Dr Łukasz Durajski podkreśla w swojej książce, że alergia może doprowadzić do wstrząsu anafilaktycznego, czyli gwałtownej, uogólnionej reakcji organizmu, która może doprowadzić nawet do śmierci. Taki wstrząs może wystąpić już w ciągu kilku sekund od kontaktu z alergenem, lecz zazwyczaj pojawia się w ciągu pół godziny. W takiej sytuacji należy natychmiast wezwać pogotowie! W czasie wstrząsu anafilaktycznego trzeba jak najszybciej podać choremu adrenalinę (w postaci zastrzyku domięśniowego). Zatem wszystkie osoby, które już kiedyś doświadczyły tego stanu powinny mieć zawsze przy sobie adrenalinę – na wszelki wypadek.

Po czym rozpoznać wstrząs anafilaktyczny? Wśród możliwych objawów są m.in.:

  • nudności lub wymioty,
  • kołatanie serca,
  • zawroty głowy,
  • duszność i kaszel,
  • świszczący oddech,
  • ból brzucha,
  • nagły spadek ciśnienia,
  • ból głowy.

Dodajmy jeszcze, że śmierć w przypadku wstrząsu anafilaktycznego następuje najczęściej wskutek uduszenia spowodowanego obrzękiem gardła.

Więcej szczegółowych informacji na temat istotnych zagrożeń związanych z chorobami alergicznymi, jak też dotyczących ich diagnozowania i leczenia znaleźć można w omawianej książce. Znaleźć w niej można jednak również mnóstwo ciekawostek i praktycznych porad, dotyczących życia codziennego alergików. Poniżej przytaczamy kilka przykładów.

Czy alergicy mogą mieć w domu jakieś zwierzęta?

Okazuje się, że są pewne gatunki zwierząt, które w mniejszym stopniu od innych wywołują alergię. Z psów są to m.in. pudel, jamnik, nowofunland, labradoodle, a z kotów przedstawiciele rasy Sfinks czy też koty rosyjskie niebieskie. Ponadto obniżone ryzyko wiąże się też z posiadaniem papugi, czy wreszcie rybek akwariowych. Ale Łukasz Durajski zastrzega, że w praktyce może być z tym bardzo różnie – wszystko zależy bowiem od indywidualnego przypadku. Alergicy powinni więc generalnie w tej kwestii zachować dużą ostrożność i przestrzegać kilku żelaznych zasad higieny (np. nigdy nie pozwalać na lizanie twarzy przez zwierzaka).

Czy można być uczulonym na alkohol?

Okazuje się, że tak. Najczęściej uczula wino, a najrzadziej czysta wódka. Generalnie im więcej składników zawiera alkohol tym większe ryzyko alergii.

Czy pomidor po ugotowaniu uczula?

Tak, ponieważ część zawartych w nim alergenów (np. globulina) nie zmienia swych właściwości pod wpływem obróbki termicznej.

Czy są jakieś drzewa przyjazne dla alergika?

Na szczęście są. Najmniejszy potencjał alergiczny mają drzewa owocowe, drzewa iglaste, jaśmin, bez, jarzębina, grab i topola.

Czy istnieje alergia na słońce?

Niestety tak. Konkretnie, reakcję alergiczną wywołuje w tym przypadku promieniowanie UV. Tę jednostkę chorobową nazywa się fachowo fotodermatozą (jej objawem są bardzo swędzące zmiany skórne, np. grudki i pęcherzyki), najczęściej jednak nie dotyka ona twarzy.

Wiktor Szczepaniak, www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Pandemia i nie tylko. Jak często myć ręce?

Mycie rąk naprawdę chroni przed chorobami układu oddechowego. Ustalenia grupy brytyjskich naukowców precyzują, że przeciętnie należy myć dłonie sześć do 10 razy dziennie. To nie wszystko: ci z katarem i kaszlem, jeśli chcą chronić swoich domowników przed zakażeniem, powinni kichać i kaszleć w jednorazową chusteczkę, wyrzucać ją natychmiast po użyciu do kosza i myć po tym ręce.

Badacze Medical Research Council przeanalizowali dane z badań w latach 2006-2009, w których wzięto pod uwagę wpływ higieny rąk na zakażenia znanymi wtedy koronawirusami, odpowiedzialnymi m.in. za 20 proc. przeziębień. Obserwacjami objęto 1663 osoby. Badano, czy są przeziębione i chorują z powodu zakażeń grypopodobnych. Sprawdzano też, za pomocą kwestionariusza, jak często myją ręce i jak postępują w razie kataru i kaszlu. Praca została właśnie opublikowana jeszcze przed uzyskaniem recenzji zewnętrznych recenzentów.

Czytamy w niej, że naukowcy zaobserwowali istotny spadek ryzyka zakażenia domowników w sytuacji mycia rąk bezpośrednio po kasłaniu lub kichaniu. Co ciekawe,  samo częste mycie rąk, ale niezwiązane z kichaniem czy kasłaniem, podczas przebywania w domu, nie zmniejszało ryzyka transmisji zarazków na domowników.

Badacze podejrzewają, że często znajdują się one na dotykanych przedmiotach i powierzchniach, np. na klamkach drzwi, a w warunkach domowych trudno o ich całkowitą eliminację. Ponadto w warunkach domowych patogeny mogą się unosić w powietrzu, a domownicy mają bliskie kontakty. Stąd w razie infekcji dróg oddechowych domownika należy pomieszczenia często wietrzyć, myć często dotykane powierzchnie, a przeziębiony powinien przestrzegać rygorów kasłania i kichania w chusteczkę, wyrzucania jej natychmiast po użyciu i bezpośredniego mycia po tym dłoni.

Autorzy wskazują też, że na podstawie ich obserwacji można wysnuć wniosek, że częste mycie rąk sprawdza się natomiast dobrze jako profilaktyka przed zakażeniem podczas incydentalnych kontaktów poza domem.

Zauważyli też, że bardzo częste mycie dłoni (powyżej 10 razy dziennie) nie daje jeszcze lepszej ochrony przed patogenami, niż mycie ich do 10 razy dziennie.

Ponieważ SARS-CoV-2, podobnie jak badane przez autorów pracy znane wcześniej koronawirusy przenosi się drogą kropelkową, można sądzić, że prawidłowa higiena rąk i odpowiednie postępowanie w razie objawów zakażenia tym patogenem, chronią przed jego rozprzestrzenianiem.

Analiza ma swoje istotne ograniczenia – m.in. kwestionariusze nie są metodą zbierania informacji o dużej sile dowodowej. Niemniej jednak już od czasów Josepha Listera nie ulega wątpliwości, że chorobotwórcze patogeny, nie tylko te, które atakują układ oddechowy, przenosimy na swoich dłoniach. Warto więc dbać o ich prawidłową higienę.

 

Źródło: Justyna Wojteczek, www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Choroba zwyrodnieniowa stawów: jak opóźnić jej rozwój

Otyłość, ciężka praca fizyczna lub zbyt intensywne uprawianie sportu mogą istotnie przyczynić się do rozwoju tej …

Jak postępować w przypadku podejrzenia zatrucia grzybami leśnymi?

Tegoroczne lato i wczesna jesień są łaskawe dla grzybiarzy. Sprzyja temu deszczowa pogoda oraz wysoka temperatura powietrza. …

5 ciekawostek o tabletkach antykoncepcyjnych, o których mogłaś nie wiedzieć!

60 lat temu na rynku amerykańskim pojawiła się pierwsza tabletka antykoncepcyjna, która zrewolucjonizowała życie kobiet. …