Kategoria: PACJENT ALERT

NIK krytycznie o zmianach w polskich szpitalach

Sieć szpitali, która miała ułatwić pacjentom dostęp do świadczeń zdrowotnych, a dyrektorom zarządzanie placówkami nie poprawiła ani sytuacji chorych, ani finansów większości badanych szpitali – wynika z kontroli NIK.

System podstawowego szpitalnego zabezpieczenia świadczeń opieki zdrowotnej działa od 1 października 2017 r. Ministerstwo Zdrowia zapowiadało, że dzięki niemu zmieni się podejście do pacjentów – szpitale zapewnią im kompleksowe świadczenia zdrowotne, obejmujące nie jak wcześniej poszczególne procedury, ale cały skoordynowany cykl leczenia. Jednak już na starcie w sieci znalazły się także takie placówki, które w przypadku części swoich pacjentów nie były w stanie realizować kompleksowych świadczeń ambulatoryjnych. Kontrola NIK pokazała także, że wbrew zapowiedziom włączenie do sieci nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej nie doprowadziło do zmniejszenia kolejek w szpitalnych oddziałach ratunkowych i w izbach przyjęć.

Jednym z głównych celów utworzenia sieci szpitali było poprawienie ich sytuacji finansowej; nowy system miał umożliwić elastyczniejsze gospodarowanie pieniędzmi, a w efekcie stopniowe wychodzenie z długów. Tymczasem proces zadłużania się badanych placówek, które już wcześniej miały problemy w większości przypadków jeszcze przyspieszył, pogorszyła się także sytuacja tych szpitali, którym w przeszłości wiodło się lepiej. Powodem było to, że choć w badanym okresie rosła wartość zawartych przez szpitale umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej, a co za tym idzie rosły ich przychody z działalności leczniczej, to znacznie szybciej przybywało niezależnych od tych placówek kosztów, na które złożyły się m.in. ustawowe wzrosty wynagrodzeń lekarzy i pielęgniarek.  

Powszechna kompleksowość świadczeń tylko na papierze

Jednym z najważniejszych celów utworzenia sieci szpitali było poprawienie dostępu pacjentów do świadczeń specjalistycznych – chodziło o to, by chory był leczony kompleksowo i w skoordynowany sposób. To placówka, do której został skierowany miała mu zapewnić nie tylko świadczenia szpitalne, ale także po zabiegach czy badaniach – leczenie ambulatoryjne i  rehabilitacyjne. Udzielanie takich świadczeń miało być podyktowane przede wszystkim potrzebami zdrowotnymi tych osób, a nie stanem finansów szpitala.

Do sieci weszły jednak także takie placówki, które choć miały wymagane oddziały, to pacjentom niektórych z nich nie były w stanie zapewnić leczenia ambulatoryjnego. Tak było w przypadku 6 z 29 kontrolowanych szpitali, a jednym z powodów mógł być brak zapisu w ustawie, który wskazywałby na konieczność uruchomienia przez nie nowych poradni.

Do szczegółowych badań kontrolerzy wytypowali 80 pacjentów każdej z 29 kontrolowanych placówek (z dwóch oddziałów), wypisanych w listopadzie 2017 r. i w kwietniu 2018 r. Z zebranych danych wynika, że zalecane im świadczenia pohospitalizacyjne otrzymało prawie 70% chorych, ale mniej niż połowa uzyskała porady ambulatoryjne lub miała wyznaczony ich termin.

Kontrola NIK pokazała, że spora część pacjentów nie otrzymała zaleconych przy wypisie świadczeń. W przypadku tych poszpitalnych, głównie dlatego, że pacjenci nie zgłaszali się na dalsze leczenie w placówkach, w których byli wcześniej hospitalizowani, natomiast w przypadku porad ambulatoryjnych i świadczeń rehabilitacyjnych przyczyną był również brak w strukturze szpitala komórki organizacyjnej, w której można było kontynuować leczenie.

Podsumowując, wygląda na to, że ani szpitale ani chorzy nie zyskali na sieci szpitali.

Źródło: www.nik.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Rzecznik Praw Obywatelskich o brakach leków

Rzecznik Praw Obywatelskich uważa, że braki leków w aptekach, mogą zagrażać nie tylko zdrowiu ale i życiu pacjentów. 

  • W aptekach wciąż brakuje wielu lekarstw, zwłaszcza wydawanych na recepty
  • Dotyczy to m.in. insuliny, leków przeciwpadaczkowych, na nadciśnienie, choroby tarczycy, astmę czy alergie; zaczyna też brakować leków onkologicznych i neurologicznych
  • Braki mogą powodować wydłużenie kolejek do lekarzy w związku z koniecznością zmiany zapisanego wcześniej leku
  • Tymczasem lek tzw. drugiego czy trzeciego rzutu może nie gwarantować skutecznej terapii – a to może zagrażać nie tylko zdrowiu, ale i życiu pacjentów

Rzecznik Praw Obywatelskich wystąpił do Ministra Zdrowia w sprawie utrzymującej się niedostępności wielu lekarstw. Skłoniły go do tego alarmujące doniesienie mediów oraz troska o zdrowie i życie pacjentów.

Dotychczas Rzecznik nie podejmował działań w tej sprawie. Miał bowiem na uwadze list Ministra Zdrowia do Naczelnej Izby Aptekarskiej z 10 lipca 2019 r., w którym Łukasz Szumowski zapowiadał ”zdecydowane działania” w celu rozwiązania problemu. O jego narastaniu świadczą jednak niepokojące doniesienia mediów.

324 deficytowe leki znalazły się na liście produktów leczniczych, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego czy wyrobów medycznych zagrożonych brakiem dostępności, zawartej w załączniku do obwieszczenia Ministra Zdrowia z 5 lipca 2019 r. (Dziennik Urzędowy Min., poz. 54).

Są na niej produkty, których brakuje co najmniej w 5 proc. aptek w danym województwie. Pacjenci mogą mieć problem z zakupem zwłaszcza niektórych rodzajów insuliny, leków przeciwpadaczkowych i przeciwzakrzepowych, lekarstw na nadciśnienie, choroby tarczycy, astmę  czy alergie. Zaczyna też brakować leków onkologicznych i neurologicznych. Na ministerialnej liście znajdują się też szczepionki, m.in. chroniące przed błonicą, tężcem i krztuścem, odrą, świnką i różyczką oraz grypą.

Zgodnie z dostępnymi informacjami lista ta jest coraz dłuższa. Naczelna Izba Aptekarska zwraca uwagę na niedostępność produktów leczniczych wydawanych na recepty w aptekach ogólnodostępnych.

Np. w Toruniu od kilkunastu dni wśród najbardziej popularnych leków nadal brakuje leków na nadciśnienie tętnicze, kropli do inhalacji, pasków do mierzenia poziomu cukru i szczepionek. Podobna sytuacja jest w Rybniku – prawie 90 proc. niedostępnych leków jest ważna dla mieszkańców.

– Moje obawy budzi również fakt, że brak leków w aptece może generować dalsze problemy w systemie opieki zdrowotnej – podkreśla Adam Bodnar. Pacjenci, którzy nie otrzymali leków w aptece, udają się na wizyty do lekarzy w celu zmiany zaordynowanego specyfiku. Może to wydłużyć kolejki oczekujących na leczenie oraz wpłynąć na przyjmowanie pacjentów już się w niej znajdujących.

Tymczasem przedstawiciel Naczelnej Rady Lekarskiej wskazał, że w przypadku powrotu pacjenta do lekarza w celu zmiany lekarstwa niekiedy będzie to możliwe – ale na lek tzw. drugiego czy trzeciego rzutu, który w ocenie lekarza nie gwarantuje takiej samej skuteczności terapeutycznej, jak pierwotnie zaordynowany.

W ocenie Rzecznika oznacza to, że pacjenci będą mieli ograniczony, bądź też wyłączony, dostęp do produktów leczniczych dających gwarancję skuteczności terapeutycznej. A to bez wątpienia może stanowić zagrożenie dla ich zdrowia, a w części przypadków – nawet życia.

Art. 68 Konstytucji gwarantuje wszystkim obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom z niepełno sprawnościami  i w podeszłym wieku.

Jest to tzw. prawo podstawowe, wynikające z przyrodzonej i niezbywalnej godności każdego człowieka, którego przestrzeganie władza państwowa ma obowiązek chronić. Z obowiązku rzeczywistego zapewnienia przez władze warunków realizacji prawa do ochrony zdrowia wynika wymóg, że system ten jako całość musi być efektywny.

Rzecznik zwrócił się do ministra Łukasza Szumowskiego o stanowisko w sprawie. Poprosił też o informacje, jakie dotychczas podjął działania dla poprawy opisanej sytuacji, a także – zapobieżenia jej na  przyszłość.

Źródło: www.rpo.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

Sklep czy kawiarnia może odmówić sprzedaży lodów do pojemnika klienta?

To FAKT! Jak informuje Główny Inspektor Sanitarny w prawie żywnościowym nie ma zakazu sprzedaży dowolnego produktu żywnościowego do opakowania klienta, ale ostatecznie decyzja w tej sprawie należy do przedsiębiorcy, który jest odpowiedzialny za sprzedawany produkt.

Zgodnie z wymaganiami rozporządzenia (WE) nr 852/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 29 kwietnia 2004 r. w sprawie higieny środków spożywczych (Dz. Urz. UE L 139 z 30.04.2004, str. 1, Dz. Urz. UE Polskie wydanie specjalne, rozdz. 13, t. 34, str. 319) na każdym etapie produkcji, przetwarzania i dystrybucji, żywność musi być chroniona przed zanieczyszczeniem, które może spowodować, iż stanie się szkodliwa dla zdrowia ludzi. Dotyczy to również żywności sprzedawanej w sklepach spożywczych (niezależnie od rodzaju produktu).

Nie można jednak oczekiwać, by taki przedsiębiorca odpowiadał za stan pojemnika, do którego klient włoży zakupiony produkt. Jednak jeśli widzi na przykład, że klient chce włożyć lody do brudnego pojemnika, może odmówić, obawiając się potem (choćby i niesłusznych) roszczeń klienta w razie zatrucia.

Warto przy tym pamiętać, że nie każde opakowanie nadaje się do przechowywania żywności. Muszą być one nie tylko czyste, suche i niezanieczyszczone pozostałościami poprzedniej zawartości, ale i spełniać wymagania określone dla materiałów i wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Do żywności mogą bowiem przenikać niezdrowe substancje z niektórych materiałów, jakie są używane do produkcji pudełek, torebek itp.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

NIK ostrzega – Promieniowanie elektromagnetyczne pod słabą kontrolą

NIK stwierdza, że organy Inspekcji Ochrony Środowiska oraz Państwowej Inspekcji Sanitarnej nie są przygotowane ani organizacyjnie, ani technicznie do kontroli pola elektromagnetycznego. To dlatego, że ich kompetencje nakładają się, a przepisy nie określają jednoznacznie roli, jaką mają odgrywać w systemie ochrony przed promieniowaniem elektromagnetycznym od urządzeń telefonii komórkowej. W kilku przypadkach inspektoraty ochrony środowiska oraz wojewódzkie stacje sanitarno-epidemiologiczne nie miały nawet potwierdzonych kompetencji do wykonywania pomiarów PEM.

Poszerza się zasięg sieci komórkowych, podwyższa się standard transmisji danych, jego szybkość i jakość. A to nie koniec: do 2030 roku rynek ten ma odnotować 24-krotny wzrost. Oznacza to m.in. coraz większą liczbę anten oraz ich instalację na mniejszych wysokościach. Oddziaływanie pól elektromagnetycznych (PEM) emitowanych przez stacje bazowe (SBTK) i urządzenia mobilne na ludzi i środowisko będzie więc coraz silniejsze. Dlatego tak istotna jest wiarygodna i systematyczna kontrola poziomu PEM, szczególnie w miejscach najbardziej narażonych na promieniowanie.

Tymczasem obowiązujące w Polsce przepisy nie gwarantują, że w otoczeniu SBTK zostanie dotrzymany dopuszczalny poziom PEM. Brak jest jednoznacznych i przejrzystych regulacji prawnych normujących proces powstawania i modernizacji SBTK, które pozwalałyby na przeprowadzenie przez właściwy organ rzetelnej oceny ryzyka narażenia na ponadnormatywne PEM w bezpośrednim sąsiedztwie SBTK jeszcze przed rozpoczęciem inwestycji, a jednocześnie nie stwarzałyby przedsiębiorcom barier administracyjnych wydłużających proces inwestycyjny.

Jedyną metodą zdobywania wiedzy w tym zakresie pozostają więc pomiary kontrolne PEM w otoczeniu SBTK, prowadzone przez organy Inspekcji Ochrony Środowiska (IOŚ) i Państwowej Inspekcji Sanitarnej (PIS) lub pozyskiwane od przedsiębiorców telekomunikacyjnych, a wykonywane przez akredytowane laboratoria. Wyniki tych ostatnich badań trafiały do obu inspekcji, lecz ich rzetelność nie była sprawdzana.

Organy administracji publicznej nienależycie kontrolują oddziaływanie promieniowania urządzeń telefonii komórkowej. W tej mierze niewiele się zmieniło od 10 lat – już w 2009 r. Sejm przyjął Politykę ekologiczną państwa w latach 2009-2012 z perspektywą do roku 2016, w której stan ochrony przed promieniowaniem elektromagnetycznym określono mianem zaniedbanego. Pomimo zmian w przepisach prawa tak jest do dziś.

NIK wnioskuje do Premiera, Ministra Zdrowia i Ministra Środowiska o pilne podjęcie działań, które poprawią sytuację.

Źródło: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/kontroli-nie-ma-promienie-harcuja.html

Fot. www.pixabay.com

 

Pacjenci nie mają dostępu do refundowanego leczenia, bo NFZ nie stać na ich sfinansowanie

W Lublinie 60 pacjentów wymagających natychmiastowego leczenia raka płuca nie otrzymuje refundowanego leczenia ponieważ NFZ nie ma pieniędzy na sfinansowanie leków. W przypadku tej choroby brak otrzymania nowoczesnych leków może oznaczać, że pacjenci odejdą w przeciągu kilku miesięcy. To niesłychany skandal. Minister zdrowia wydawał decyzje refundacyjne bez zapewnienia finansowania dla zakupu leków. Skala tego patologicznego zjawiska jest nieznana – mówi Bartosz Poliński, Prezes Fundacji Onkologicznej Alivia.

Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 4 w Lublinie przekazał Alivii kopię korespondencji z Lubelskim Oddziałem Wojewódzkim NFZ. Okazuje się, że od 10 miesięcy ośrodek sygnalizował konieczność zwiększenia kontraktu na leczenie pacjentów z rakiem płuca. Było to związane z wpisaniem na listę refundacyjną nowych leków. W każdej z kilku odpowiedzi Narodowy Fundusz Zdrowia informował, że nie ma odpowiednich środków, aby zwiększyć wartość umowy. 21 lutego br. ośrodek ponowił swoją prośbę o zwiększenie kontraktu. Szpital informował, że na włączenie do programu oczekuje obecnie 60 pacjentów, a na leczenie wszystkich potrzebujących w tym roku konieczne jest dodatkowe 13 mln zł. Lubelski ośrodek nie jest jedyny. Podobne sygnały dochodziły do Fundacji ze Szczecina oraz Warszawy.

W przypadku raka płuca zamiast nowoczesnego leczenia pacjenci mogą otrzymywać  mniej skuteczną chemioterapię. Analizy Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wskazują, że pacjenci z zaawansowanym rakiem płuca, u których stosuje się chemioterapię żyją kilka miesięcy. W przypadku nowych terapii jest to okres przynajmniej dwukrotnie dłuższy.

Chorzy mogą nawet nie wiedzieć, że nie otrzymują skutecznego i gwarantowanego im leczenia. To łamanie ich praw. Dlatego nakłaniamy pacjentów, by szukali informacji o tym, jakie leczenie powinni otrzymać i jakie leki są dla nich refundowane. Taką informację mogą znaleźć na portalu Oncoindex.org

Bartosz Poliński

Od wielu miesięcy informujemy o braku środków na leczenie onkologiczne. We wrześniu 2018 r. opublikowaliśmy zestawienie, które dowodziło, że koszt zawartych porozumień płacowych przekroczy wzrost budżetu NFZ o 2,5 mld zł. Miesiąc później światło dzienne ujrzały dokumenty, które dowodziły, że mazowiecki oddział NFZ nie miał pieniędzy na pokrycie kosztów programów lekowych, chemioterapii oraz innych świadczeń onkologicznych. W ubiegłym tygodniu Maciej Miłkowski, wiceminister zdrowia odpowiedzialny od niedawna za politykę lekową, potwierdził, że koszt nadwykonań z 2018 r. jest pokrywany z tegorocznego planu finansowego. To oznacza, że pieniędzy w dyspozycji NFZ jest zbyt mało.

To złamanie zasady dostępu do świadczeń gwarantowanych. Od dawna mówiliśmy, że brakuje środków na leczenie, a minister zdrowia bagatelizował nasze doniesienia. Wydawano decyzje refundacyjne na zapas, szukając poklasku dla swojej polityki. Kto weźmie odpowiedzialność za przedwczesne odejście tych chorych?

Bartosz Poliński

Narodowy Fundusz Zdrowia potrzebuje dodatkowych środków.  Aby je otrzymać minister zdrowia i minister finansów muszą dokonać nowelizacji planu finansowego NFZ na 2019 r. W ten sposób możliwe będzie uruchomienie niedostępnych środków ze składek oraz funduszu zapasowego. Łącznie to niemal 2,5 mld zł. Wystąpiliśmy do rządu o dokonanie niezbędnych zmian.

Źródło: www.alivia.org.pl

Fot. www.pixabay.com

Polacy skazani na kolejki. Ile trzeba czekać na wizytę u lekarza?

Aby dostać się do specjalisty Polacy muszą poczekać w kolejce średnio ok. 4 miesięcy, a na pojedyncze świadczenie gwarantowane 3,8 miesiąca. To 2 tygodnie, czyli ok. pół miesiąca więcej, niż w ubiegłym roku. Najgorzej wygląda sytuacja w przypadku dostępu do endokrynologa, gdzie czas oczekiwania to nawet 24 miesiące – wynika z przygotowanego przez Fundację Watch Health Care oraz firmę MAHTA. W Polsce próżno szukać choć jednej dziedziny medycyny, w której pacjenci nie natrafialiby na kolejki.

Jak wskazują wyniki analizy, poza endokrynologią, najdłużej – bo prawie 12 miesięcy trzeba poczekać w kolejce do kardiologa dziecięcego, a nieco mniej, bo 10 – do ortodonty. Najkrócej, bo tylko miesiąc „poczekamy natomiast na wizytę u pediatry, geriatry czy też neonatologa.

Aż w 18 przypadkach poczekamy dłużej

Jak wskazują autorzy Barometru, spośród 39 dziedzin medycyny w 10 odnotowano poprawę w dostępności, w przypadku 18 dostępność uległa pogorszeniu, natomiast w przypadku 11 specjalistów czas oczekiwania nie uległ istotnej zmianie. W porównaniu z sytuacją przedstawioną w Barometrze opublikowanym w ubiegłym roku (kwiecień/maj 2018 r), największa poprawa nastąpiła w dostępie do kardiologa (o 3,6 mies.) oraz hepatologa (o 3,6 mies.). Największe pogorszenie dostępności dotyczy wydłużenia kolejki do chirurga naczyniowego (o 6 mies.), wizyty u ortopedy (o 5 mies.) oraz wizyty u kardiologa dziecięcego (o 4,5 mies.).

Czas oczekiwania na świadczenia również do góry

Niepokojąco wygląda również średni czas oczekiwania na pojedyncze gwarantowane świadczenia zdrowotne. Zgodnie z wynikami Barometru w grudniu 2018/styczniu 2019 roku wyniósł on 3,8 miesiąca (około 16 tygodni). Oznacza to, że od ostatniego badania (kwiecień/maj 2018) czas oczekiwania ponownie wzrósł.

Podobnie jak w przypadku oczekiwania na wizytę, najdłużej pacjenci muszą czekać na świadczenia w dziedzinie endokrynologii – około 11,6 miesięcy. Czas oczekiwania na świadczenia w zakresie ortopedii i traumatologii narządów ruchu wynosi natomiast 10,9 miesiąca.

Najkrócej pacjenci czekają na realizację świadczeń z zakresu radioterapii onkologicznej, bo ok. 0,4 miesiąca. Kolejno skrócenie czasu nastąpiło w zakresie kardiologii, gdzie średni czas oczekiwania wynosi ok. 1,5 miesiąca.

Do trzech miesięcy na diagnozę

Wyniki w raporcie Fundacji WHC wskazują, że średnio na badanie diagnostyczne oczekuje się 2,7 mies. (ok. 12 tyg.). Zaobserwowano nieznaczny spadek czasu oczekiwania na świadczenia diagnostyczne w stosunku do danych zebranych w kwietniu i maju 2018 roku, opublikowanych w czerwcowym Barometrze. Wśród wszystkich świadczeń diagnostycznych najdłuższą kolejkę, podobnie jak w poprzedniej edycji, odnotowano w odniesieniu do wykonania artroskopii stawu biodrowego (25,5 mies.). Długo należy także oczekiwać na sigmoidoskopię (badanie endoskopowe jelita grubego) – średnio 10,3 mies. oraz badanie bezdechu śródsennego – 6,4 mies.

Długi czas oczekiwania na badania diagnostyczne wydłuża proces dalszego leczenia i jest szczególnie niepokojący, gdyż pacjenci mają utrudniony dostęp do uzyskania informacji o przyczynach złego stanu zdrowia.

Źródło: .http://www.korektorzdrowia.pl/barometr/

Fot. www.pixabay.com

Popularne leki na przeziębienie u dzieci wstrzymane w obrocie!

Główny Inspektor Farmaceutyczny wstrzymał obrót 6 lekami na przeziębienie, bardzo popularnymi min. w leczeniu dzieci. Wstrzymanie to efekt analizy danych z badań nieklinicznych dotyczących Fenspirydu, substancji czynnej, którą zawierają leki. Ma on działanie przeciwzapalne i działa rozkurczająco na oskrzela.

GIF wstrzymał obrót wszystkich serii spośród 6 następujących leków na infekcje górnych dróg oddechowych:

  • Eurespal 80 mg, podmiot odpowiedzialny: Les Laboratoires Servier; importer równoległy: Delfarma Sp. z o.o.
  • Elofen 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny:Polfarmex S.A.
  • Eurefin 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: HASCO-LEK S.A.
  • Fenspogal 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Farmaceutyczna Spółdzielnia Pracy Galena
  • Fosidal o smaku malinowym 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Medana Pharma S.A.
  • Fosidal o smaku pomarańczowym 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Medana Pharma S.A.
  • Pulneo 25 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Aflofarm Farmacja Polska Sp.z.o.o.
  • Pulneo 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Aflofarm Farmacja Polska Sp.z.o.o.
  • Pulneo o smaku coli 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Aflofarm Farmacja Polska Sp.z.o.o.

Osoby posiadające w domu wycofane preparaty, nie powinny ich stosować. 

Źródło: www.gif.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

 

 

 

 

Polacy wciąż mało wiedzą o zdrowiu

Nie dajmy się zwieść pozorom. Choć średnia długość życia rośnie, a w dużych miastach od lat szerzy się moda na bycie fit, to jednak z badań wynika, że wiedza Polaków na temat zdrowia oraz największych zagrożeń zdrowotnych jest dramatycznie niska.

Doświadczenia przeszłych pokoleń, a także zwykła logika podpowiadają, że lepiej jest zapobiegać chorobom niż je leczyć. Dzięki profilaktyce można przecież uniknąć związanego z chorobami cierpienia, niepełnosprawności, a także przedwczesnej śmierci.

Co jest kluczem do skutecznej profilaktyki zdrowotnej? Lekarze podkreślają, że jest nim przede wszystkim wysoka świadomość społeczna dotycząca zdrowia oraz tzw. czynników ryzyka chorób (czynników sprzyjających zachorowaniu). Niestety, okazuje się, że w Polsce świadomość społeczna w tym obszarze pozostaje wciąż – delikatnie mówiąc – niewystarczająca.

Czego dotyczą luki w wiedzy Polaków o zdrowiu

„Aż jedna trzecia mężczyzn z wyższym wykształceniem i niewiele mniejszy odsetek kobiet nie zetknęła się z pojęciem czynnik ryzyka” – czytamy w raporcie z najnowszych, reprezentatywnych badań świadomości i postaw zdrowotnych dorosłych Polaków, opublikowanym przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny (NIZP-PZH).

W przypadku mniej wykształconych Polaków sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej. Odsetek dorosłych mężczyzn z wykształceniem średnim, zasadniczym zawodowym lub jeszcze niższym, którzy nie zetknęli się z pojęciem „czynnik ryzyka” albo „czynnik sprzyjający zachorowaniu” (na przykład na zawał serca, chorobę wieńcową, udar mózgu lub nowotwór) wynosi blisko 50 proc. Kobiety z analogicznym poziomem wykształcenia wypadają pod tym względem tylko nieznacznie lepiej.

Na tym jednak nie koniec złych wieści. Badanie wykazało, że nawet osoby, które znały samo pojęcie „czynnik ryzyka”, w praktyce często nie potrafiły podać żadnych konkretnych przykładów albo miały z tym duży problem. Tu również ujawniły się spore nierówności w poziomie wiedzy pomiędzy różnymi grupami społecznymi. Tak było m.in. z pytaniem o czynniki, które zwiększają ryzyko zachorowania na zawał serca lub udar mózgu.

„Największa różnica w przypadku mężczyzn dotyczyła małej aktywności fizycznej, która została wymieniona jako czynnik ryzyka (w grupie osób ze znajomością pojęcia) przez 48,2 proc. mężczyzn z wykształceniem wyższym i zaledwie 11 proc. osób z wykształceniem co najwyżej gimnazjalnym. Analogiczne odsetki w przypadku wysokiego poziomu cholesterolu wyniosły odpowiednio – 46,2 proc. i 25 proc., nieprawidłowej diety – 31,7 proc. i 14,4 proc., a przewlekłego stresu – 47,6 proc. i 26,3 proc.” – czytamy w raporcie.

Wśród kobiet różnice te były na ogół mniejsze. „Ale zwracały uwagę w przypadku wiedzy o zagrożeniu wynikającym z małej aktywności fizycznej oraz nadwagi lub otyłości, które były wymieniane odpowiednio przez 40,3 proc. oraz 65,4 proc. kobiet z wykształceniem wyższym oraz 25,4 proc. i 48,8 proc. kobiet z wykształceniem gimnazjalnym lub niższym” – podają autorzy badania.

Infografika PAP/Serwis Zdrowie

Ważną klamrą spinającą i podsumowującą tę część badania są ogólne opinie dorosłych Polaków na temat tego, co ich zdaniem, w największym stopniu wpływa na stan zdrowia człowieka: własne zachowania, jakość opieki zdrowotnej, zanieczyszczenie środowiska czy inne czynniki będące poza wpływem danej osoby.

Okazuje się, że opinia na ten temat również w największym stopniu zależy od poziomu wykształcenia, a w mniejszym stopniu od płci. Podczas gdy około 60 proc. Polaków z wyższym wykształceniem – zgodnie z aktualną wiedzą medyczną – wskazało własne zachowanie jako najważniejszy czynnik wpływający na ich stan zdrowia, to jednak wśród osób z najniższym wykształceniem odsetek ten wyniósł już tylko 40 proc. Jak widać, osoby słabiej wykształcone „winą” za stan swojego zdrowia skłonne są w dużo większym stopniu, niż osoby wykształcone, obarczać czynniki zewnętrzne, pozostające poza ich kontrolą. Oczywiście nie jest to korzystne z perspektywy profilaktyki zdrowotnej, bo takie osoby są zdecydowanie mniej aktywne w świadomym budowaniu swojego zdrowia i zapobieganiu chorobom.

– Nasze badania wykazały, że świadomość dotycząca zdrowia i różnych problemów zdrowotnych nie jest zadowalająca w polskim społeczeństwie. Istnieje ogromna potrzeba edukowania Polaków w kwestii tego, jak należy dbać o własne zdrowie, co jest dla zdrowia dobre, a co szkodliwe. Badania potwierdziły też duże nierówności społeczne istniejące w tym obszarze. Zatem, planując skuteczne działania edukacyjne i profilaktyczne trzeba zawsze starać się dostosowywać je do potrzeb i możliwości konkretnej grupy odbiorców, dbając zwłaszcza o to, żeby były zrozumiałe i atrakcyjne dla osób gorzej wykształconych – mówi prof. Bogdan Wojtyniak, główny autor omawianych badań oraz powiązanego z nim raportu NIZP-PZH pt. „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania”.

Ekspert podkreśla, że jeśli ktoś nie spotkał się z pojęciem czynnik ryzyka (np. czynnik sprzyjający zachorowaniu na choroby serca czy na nowotwór), to nie może też świadomie i skutecznie zadbać o zdrowy styl życia, ponieważ nie jest świadomy podstawowych faktów i zależności dotyczących profilaktyki – zwłaszcza tego, że pewne konkretne zachowania czy nawyki poważnie zagrażają jego zdrowiu i życiu.

Polacy są krnąbrnymi pacjentami

Badanie przeprowadzone przez NIZP-PZH pokazało też inną niezbyt korzystną prawdę o Polakach, w kontekście postaw zdrowotnych. Chodzi o stosowanie się do zaleceń lekarza przez osoby zmagające się z różnym przewlekłymi chorobami, np.: cukrzycą, nadciśnieniem tętniczym czy zbyt wysokim cholesterolem.

Z tej części badania wynika, że spory odsetek Polaków stosuje się do zaleceń lekarza tylko częściowo (czyli niezbyt systematycznie) lub też nie stosuje się w ogóle! Najgorzej pod tym względem prezentują się słabo wykształceni mężczyźni cierpiący na cukrzycę. Aż 43 proc. zmagających się z tą chorobą mężczyzn z wykształceniem zasadniczym zawodowym i 61 proc. z wykształceniem gimnazjalnym lub niższym przyznało, że nie stosuje się do zaleceń lekarza.

W przypadku kobiet, najgorzej sytuacja przedstawia się w leczeniu zbyt wysokiego cholesterolu – dość powiedzieć, że zalecenia lekarzy w tej kwestii ignoruje aż 35 proc. pań z wyższym wykształceniem.

W świetle przedstawionych wyżej faktów, które pokazują z jednej strony duże braki w wiedzy na temat zdrowia i jego uwarunkowań, a z drugiej również lekkomyślne, nieodpowiedzialne i niekonsekwentne zachowania zdrowotne Polaków, nie powinien nikogo dziwić fakt, że pod względem długości i jakości życia, a także wskaźników przedwczesnej umieralności, nasz kraj wciąż wypada znacznie gorzej od średniej dla UE.

Mimo to, generalnie w kwestii zdrowia Polacy pozostają optymistami. W omawianym badaniu pytano respondentów również o ich samoocenę ogólnego stanu zdrowia i okazało się, że aż 75 proc. dorosłych mężczyzn i 69 proc. kobiet w naszym kraju ocenia go jako dobry lub bardzo dobry. Autorzy badania podkreślają, że samoocena stanu zdrowia była z reguły tym lepsza im lepszy był status społeczno-ekonomiczny ankietowanych osób.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Profilaktyczna mastektomia finansowana z budżetu!

Profilaktyczna mastektomia u pacjentów z grup wysokiego i bardzo wysokiego ryzyka zachorowania na nowotwór złośliwy piersi została zakwalifikowana jako świadczenie gwarantowane. Minister zdrowia Łukasz Szumowski podpisał rozporządzenie w tej sprawie

Mastektomia jest zabiegiem polegającym na usunięciu całej piersi. Najsłynniejszą na świecie pacjentką, która poddała się profilaktycznie mastektomii, jest aktorka Angelina Jolie

Szacuje się, że około 100 tys. Polek jest nosicielkami genu BRCA1 (lub rzadziej BRCA2), który zwiększa ryzyko zachorowania na raka piersi i raka jajnika. Znalezienie takiej mutacji nie oznacza, że dana kobieta na pewno zachoruje na nowotwór – ryzyko dla każdej pacjentki jest oceniane indywidualnie.

MZ podnosi, że wprowadzenie świadczenia do wykazu jest uzasadnione nie tylko klinicznie, lecz także ekonomicznie. Wykonanie zabiegu profilaktycznej mastektomii, którego koszt dla Narodowego Funduszu Zdrowia wynosi kilka tysięcy złotych, a który uchroni od zachorowania na nowotwór złośliwy piersi, sprawi, że ograniczone zostaną co najmniej kilkudziesięciotysięczne koszty leczenia farmakologicznego, radioterapii i leczenia operacyjnego, które są ponoszone w razie wykrycia zachorowania.

Źródło: www.tvp.info

Fot. www.pixabay.com

NIK o funkcjonowaniu NFZ

NIK wypowiedział się o funkcjonowaniu NFZ. Stwierdzono między innymi: Brak dostępu do części świadczeń zdrowotnych, różnice w dostępie do nich w poszczególnych Oddziałach Wojewódzkich Narodowego Funduszu Zdrowia dotyczące zarówno liczby jak i wartości udzielonych świadczeń oraz długi czas oczekiwania na świadczenia zdrowotne.

Izba wskazuje, że narusza to konstytucyjną zasadę równości dostępu do opieki zdrowotnej. To kolejna kontrola wykonana przez NIK, która wykazała, że mimo zwiększenia nakładów na świadczenia (w porównaniu z 2016 r.) o 5,4 mld zł sytuacja nie uległa znaczącej poprawie. Na koniec 2017 r., w przypadku jednej trzeciej świadczeń, czas oczekiwania się wydłużył, zaś w pozostałych skrócił się lub pozostał na niezmienionym poziomie. NIK wskazuje na znaczne, sięgające kilkuset punktów procentowych, różnice cen tych samych świadczeń w różnych regionach Polski.

Jednym z ważnych ustaleń kontroli jest NIK stwierdzenie, że mamy do czynienia ze zbyt wysokim udziałem kosztów leczenia szpitalnego w kosztach świadczeń ogółem, co  może świadczyć o niedostatecznej roli ambulatoryjnej opieki zdrowotnej oraz nadmiernym diagnozowaniu i leczeniu pacjentów w trybie hospitalizacji.

Ustalenia kontroli wskazują na systemowe nieprawidłowości w funkcjonowaniu struktury ochrony zdrowia. W szczególności wielkość zasobów systemu i ich rozmieszczenie nie odpowiada potrzebom zdrowotnym ludności. W konsekwencji, od wielu lat, występują ograniczenia w dostępie do części świadczeń zdrowotnych, w niektórych regionach kraju, co skutkuje migracją pacjentów.

Utrudnieniem dostępu do świadczeń jest również przeznaczanie coraz większych kwot ze środków NFZ nie na zakup świadczeń dla pacjentów, lecz na wynagrodzenia personelu medycznego. W połączeniu ze zwiększonym zapotrzebowaniem na usługi medyczne, wynikającym ze zmian demograficznych oraz presją na poprawę jakości, w tym wprowadzanie kosztownych nowych technologii, skutkować to może dalszym pogarszaniem dostępu do świadczeń.

Pełny raport dostępny na stronie https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/szlachetne-zdrowie-potrzebuje-wsparcia.html

 

Jakie diety stosują Polacy

Tradycyjny kotlet schabowy z kapustą zasmażaną i ziemniakami ma coraz większą konkurencję i jednocześnie coraz gorszą …

Chłodzenie się wentylatorem może zaszkodzić zdrowiu?

To FAKT! Jeśli próbując przetrwać upalny dzień w domu albo biurze chłodzisz się korzystając intensywnie z mechanicznego …

NIK krytycznie o zmianach w polskich szpitalach

Sieć szpitali, która miała ułatwić pacjentom dostęp do świadczeń zdrowotnych, a dyrektorom zarządzanie placówkami …