Miesiąc: luty 2019

Herbata z cytryną – szkodzi czy nie?

Wiele osób wciąż ma w tej sprawie duże wątpliwości. I nic dziwnego, bo w niektórych mediach, co jakiś czas, powielane są przekazy sugerujące, że nie należy pić herbaty z cytryną, gdyż zawiera szkodliwy dla zdrowia cytrynian glinu. Jak jest naprawdę? Dowiedz się, czy możesz bezpiecznie pić taki napój.

O pomoc w rozstrzygnięciu tej kwestii poprosiliśmy doświadczonego toksykologa, dr hab. Pawła Strucińskiego, który od ponad 25 lat pracuje w Zakładzie Toksykologii i Oceny Ryzyka Zdrowotnego Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH).

Cytrynian glinu – co to jest

Toksykolog przyznaje, że herbata zawiera pewną ilość glinu, a herbata z cytryną także pewną ilość cytrynianu glinu – dobrze rozpuszczalnego w wodzie i najlepiej biodostępnego (przyswajalnego) ze znanych związków glinu. I choć poziom przyswajalności cytrynianu glinu jest wielokrotnie większy niż związków glinu nierozpuszczalnych w wodzie, to jednak wynosi on zaledwie kilka procent. Ponadto, warto też wiedzieć, że glin wchłonięty z przewodu pokarmowego do krwi jest wydalany głównie przez nerki, przede wszystkim właśnie jako cytrynian (a niezbędny do wytworzenia tego związku kwas cytrynowy powstaje w organizmie jako produkt przemian metabolicznych).

Organizm usuwa glin, bo ten pierwiastek nie jest niezbędny do jego prawidłowego funkcjonowania.

– Niestety, na temat glinu w żywności narosło w ostatnich latach wiele mitów. Jeden z najbardziej rozpowszechnionych głosi, że nie powinno się pić herbaty z cytryną, bo tworzy się w niej cytrynian glinu, który jest toksyczny dla organizmu człowieka, zwłaszcza dla mózgu. Choć przyznać trzeba, że jest w tym micie niewielkie ziarnko prawdy, to jednak generalnie straszenie ludzi piciem herbaty z cytryną to naprawdę gruba przesada – mówi dr hab. Paweł Struciński.

Ekspert zapewnia, że w świetle aktualnego stanu wiedzy naukowej, picie herbaty z cytryną nie stwarza żadnego istotnego ryzyka dla zdrowia, pomimo iż w środowisku kwaśnym, faktycznie, niewielka część nierozpuszczalnych związków glinu zawartych w herbacie przekształca się w cytrynian glinu.

Glin zawiera nie tylko herbata

– Nie należy bać się picia herbaty czy nawet herbaty z cytryną, zwłaszcza, gdy nie pije się jej zbyt dużo. Nie należy też bać się przedawkowania glinu w diecie. Żadna poważna instytucja naukowa ani urząd odpowiedzialny za bezpieczeństwo żywności nie stwierdził do tej pory takiego problemu. Zdrowotne właściwości herbaty z pewnością są o wiele większe niż potencjalne zagrożenie zawartym w niej glinem – uspokaja dr hab. Paweł Struciński.

Ekspert podkreśla, że glin jest pierwiastkiem wszechobecnym w środowisku, a więc i w żywności.

– Glin zawarty jest w wielu produktach spożywczych, np. w herbacie, kakao czy kawie, co wynika z faktu, że pierwiastek ten powszechnie występuje w glebie, skąd przechodzi do roślin uprawnych. Najbogatszym źródłem glinu wśród powszechnie spożywanych przez ludzi pokarmów są jednak wcale nie wspomniane wcześniej popularne używki, ale jedzone przez nas codziennie produkty zbożowe i różne warzywa – informuje toksykolog.

Co to jest glin

Pierwiastek chemiczny o liczbie atomowej 13, przybierający postać lekkiego, srebrzystobiałego metalu. Zwyczajowo nazwy glin używa się w odniesieniu do pierwiastka chemicznego i jego związków, podczas gdy nazwy aluminium — gdy mówi się o metalu użytkowym, z którego wytarza się m.in. garnki lub folię aluminiową.

Ekspert wyjaśnia, że glin jest trzecim najpowszechniej występującym w skorupie ziemskiej pierwiastkiem, a jego zawartość w glebie może nawet przekraczać 100 g/kg. Ponadto, związki glinu znajdują się w składzie niektórych kosmetyków i leków. Są one również wykorzystywane jako substancje dodatkowe do żywności.

Jak dużo glinu zawiera herbata i od czego to zależy

Kolejną dobrą wiadomością dla fanów herbaty z cytryną jest fakt, że istnieją skuteczne sposoby na to, aby zminimalizować ilość łatwo przyswajalnego cytrynianu glinu spożywanego z tym naparem.

– W tym celu warto zainwestować w dobrej jakości herbatę, bo z badań wiadomo, że najtańsza herbata, która robiona jest ze starych liści, w których glin kumulował się przez dłuższy czas, zawiera najwięcej tego pierwiastka: nawet ponad 3000 mg na kilogram suszu. Chociaż informacja ta może budzić niepokój, to jednak trzeba pamiętać, że w procesie parzenia herbaty, z liści uwalnia się do naparu jedynie ułamek procenta zawartego w nich glinu (jego poziom w naparze osiąga wartość do kilku miligramów na litr) – precyzuje dr hab. Paweł Struciński.

Ekspert podpowiada też miłośnikom herbaty z cytryną, że najlepszym sposobem ograniczenia ilości cytrynianu glinu w naparze jest dodawanie cytryny lub soku z cytryny dopiero po zaparzeniu herbaty, czyli po wyrzuceniu z niej fusów czy też torebki zawierającej herbatę.

– Dzięki temu unikniemy przekształcania nierozpuszczalnych w wodzie związków glinu zawartych w suszu w biodostępny cytrynian glinu. Przy okazji warto dodać, że nawet gdy ktoś pije herbatę bez cytryny, to i tak do jego żołądka trafia niewielka ilość związków glinu z tego naparu. A ponieważ w żołądku panuje środowisko kwaśne (z powodu obecności kwasu solnego), to ze związków glinu powstaje tam chlorek glinu, a więc inny jego związek rozpuszczalny w wodzie, chociaż mniej przyswajalny niż cytrynian – mówi dr hab. Paweł Struciński.

Jaka ilość glinu może nam zaszkodzić

Ekspert potwierdza, że glin spożywany w nadmiarze może nam zaszkodzić, podobnie jak np. nadmiar zwykłej soli kuchennej (a konkretnie zawartego w niej sodu). Ale raz jeszcze uspokaja, że w praktyce dzieje się tak dość rzadko. Z reguły problem ten dotyczy tylko osób zawodowo narażonych na kontakt z glinem.

– W 2008 r. Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) wyznaczył tolerowane tygodniowe pobranie (TWI) glinu, tj. bezpieczną dla zdrowia dawkę tego pierwiastka, jaką można przyjąć z pożywieniem. Określono ją na poziomie 1 mg na kilogram masy ciała. Szacowanie narażenia na glin obecny w diecie Europejczyków wykazało, że w niektórych populacjach pobranie tego pierwiastka z pokarmem jest nieco większe od wyznaczonej toksykologicznej wartości odniesienia (TWI). Nie zaobserwowano jednak w związku z tym żadnych, negatywnych skutków zdrowotnych – podaje dr hab. Paweł Struciński.

Według eksperta, wspomnianą wartość TWI trzeba więc traktować jako przejaw polityki „dmuchania na zimne”, która jest standardowym podejściem stosowanym w toksykologii wobec większości potencjalnie groźnych dla zdrowia substancji.

– Już Paracelsus w XVI wieku zauważył, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, tylko dawka czyni truciznę – przypomina toksykolog podkreślając, że dawki glinu pobierane codziennie wraz z żywnością można uznać za niezagrażające naszemu zdrowiu.

Ekspert zwraca uwagę na fakt, że w naszej diecie jest naprawdę wiele znacznie bardziej niebezpiecznych z toksykologicznego punktu widzenia produktów spożywczych i używek, jak np. produkty z grilla, wyroby tytoniowe czy alkohol.

Na zakończenie przypomnijmy jednak czym grozi nadmierna ekspozycja organizmu na glin. Ekspert potwierdza, że glin podany w większej dawce – jednorazowo, bądź też w dłuższym okresie czasu – może wywołać efekty toksyczne, zwłaszcza w stosunku do ośrodkowego układu nerwowego. Część wchłoniętego glinu odkłada się w organizmie człowieka – przede wszystkim w kościach, ale także w płucach (w wyniku retencji glinu zawartego w pyle zawieszonym w powietrzu).

Wiktor Szczepaniak, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Nie biegaj w czasie smogu!

Mnożą się alerty ostrzegające przed wysokim zanieczyszczeniem powietrza. Ograniczmy wtedy wysiłek fizyczny na dworze, bo ćwicząc na tzw. świeżym powietrzu narażamy się na duże kłopoty zdrowotne.

– Statystyki są alarmujące. Aż 97 proc. ludzi w miastach w Polsce oddycha powietrzem, w którym zawartość pyłów przekracza poziom uznawany przez WHO za bezpieczny dla zdrowia. Jeśli chodzi o nadmierną zawartość pyłów w powietrzu, Polska zajmuje drugie miejsce w Unii Europejskiej, po Bułgarii – mówi dr Piotr Dąbrowiecki z Kliniki Chorób Infekcyjnych i Alergologii w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie.

Groźne pyły – zanieczyszczenia różnych rozmiarów (od małych, mniejszych niż 2,5 mikrometra do 10 mikrometrów) oraz unoszący się w powietrzu ozon mają negatywne skutki na krążenie płucne – wykazały badania zespołu kardiologa dr Jean-Francois Argacha ze Szpitala Uniwersyteckiego w Brukseli.

Były to badania zarówno populacyjne, prowadzone przez kilka lat, jak i eksperyment medyczny. Wpływ pyłów na naczynia krwionośne w płucach widać było na obrazach uzyskanych z ultrasonografu. Ponadto wykazano, że wysoki poziom zanieczyszczeń źle wpływa na funkcjonowanie naczyń krwionośnych w płucach niezależnie od tego, na jak długo są one wystawione – wystarczy więc jeden dzień, kiedy jest wysoki, by doprowadzić do niebezpiecznej dla zdrowia sytuacji.

– To bardzo ważna kwestia związana ze zdrowiem osób żyjących w zanieczyszczonych obszarach miejskich, gdzie ćwiczenia mogą uszkadzać płuca i potencjalnie prowadzić do krytycznej niewydolności serca – mówi dr Argacha. Niewydolność może być wynikiem zwężenia naczyń krwionośnych w płucach – wazokonstrykcji, co prowadzi do zmniejszenia przepływu krwi i zwiększenia ciśnienia płucnego.

Ruch jest zdrowy, ale nie w czasie smogu

Dlaczego tak ważne jest unikanie wysiłku fizycznego w smogu? Pokazał to eksperyment dr. Argacha w laboratorium, w którym wzięli udział wyłącznie zdrowi ochotnicy. Zostali w odpowiedniej komorze wystawieni na dwugodzinne działanie albo zwykłego powietrza, albo wyziewów z silnika dieslowskiego (300 μg/m3 niebezpiecznych substancji, czyli czterokrotne przekroczenie norm Światowej Organizacji Zdrowia – WHO; wg prawa polskiego jest to stan alarmowy).

Badania: echa serca ze szczegółową oceną ciśnienia płucnego zostały u uczestników wykonane zarówno w trakcie spoczynku, jak i po podaniu leku o nazwie dobutamina, którego działanie symuluje pracę serca podczas ćwiczeń fizycznych.

W porównaniu z normalnym powietrzem oddychanie spalinami nie powodowało zmian ciśnienia płucnego, ale tylko u osób w stanie spoczynku. U ochotników, którym podano leki symulujące wysiłek fizyczny, było wręcz przeciwnie.

Niemniej jednak eksperci zalecają, by w czasie smogu, nie tylko nie ćwiczyć, ale w ogóle unikać wychodzenia na zewnątrz, o ile jest to możliwe. Uważać powinny zwłaszcza osoby z astmą czy chorobami układu krążenia. Nie należy chodzić na spacery z małymi dziećmi i zaniechać wietrzenia mieszkań.

Źródło: www.zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Anoreksja – od czego się zaczyna i komu najbardziej zagraża

Anoreksja to śmiertelna choroba, która dotyczy nie tylko ciała, lecz przede wszystkim – psychiki. Dowiedz się kogo najczęściej atakuje, jakie są wczesne sygnały ostrzegawcze, a także czy można coś zrobić, aby zdusić ją w zarodku.

Wbrew pozorom, anoreksja, czyli inaczej jadłowstręt psychiczny, nie jest wcale rzadkim problemem, który dotyczy jedynie garstki zbuntowanych nastolatek albo ekscentrycznych, nadmiernie dbających o swój wygląd celebrytek. W rzeczywistości jest to obecnie dość często występująca choroba (zaliczana do grupy zaburzeń odżywiania), która niestety stanowi bardzo poważne zagrożenie nie tylko dla zdrowia, ale także i życia cierpiących na nią osób.

Czym jest anoreksja: najważniejsze fakty

Najprościej mówiąc, anoreksja to zaburzenie psychiczne, które polega na drastycznym ograniczaniu ilości przyjmowanych pokarmów w celu osiągnięcia szczupłej sylwetki (czyli na obsesyjnym odchudzaniu się), co w końcu prowadzi do znacznego ubytku masy ciała (niedowagi), stanu niedożywienia i postępującego wyniszczenia organizmu.

Wbrew pozorom, anoreksja, czyli inaczej jadłowstręt psychiczny, nie jest wcale rzadkim problemem, który dotyczy jedynie garstki zbuntowanych nastolatek albo ekscentrycznych, nadmiernie dbających o swój wygląd celebrytek. W rzeczywistości jest to obecnie dość często występująca choroba (zaliczana do grupy zaburzeń odżywiania), która niestety stanowi bardzo poważne zagrożenie nie tylko dla zdrowia, ale także i życia cierpiących na nią osób.

Czym jest anoreksja: najważniejsze fakty

Najprościej mówiąc, anoreksja to zaburzenie psychiczne, które polega na drastycznym ograniczaniu ilości przyjmowanych pokarmów w celu osiągnięcia szczupłej sylwetki (czyli na obsesyjnym odchudzaniu się), co w końcu prowadzi do znacznego ubytku masy ciała (niedowagi), stanu niedożywienia i postępującego wyniszczenia organizmu.

Faktem jest, że problem ten dotyczy głównie młodych dziewcząt i kobiet (przed 30 rokiem życia). Jego rozpowszechnienie w populacji nastolatków szacowane jest w sumie na 0,5-1 proc. Chorują jednak także dorośli, a częstość występowania w tej grupie wiekowej to 0,4-0,8 proc.

Eksperci ostrzegają, że anoreksja jest chorobą śmiertelną, obarczoną największym ryzykiem śmierci spośród wszystkich zaburzeń psychicznych (umiera na nią od 10 do 20 proc. chorych – z powodu różnych powikłań somatycznych lub samobójstwa).

Choć anoreksja, podobnie jak otyłość, zaliczana jest do tzw. chorób cywilizacyjnych, to jednak wcale nie pojawiła się ona dopiero w naszych czasach – pierwszy raz opisano w literaturze medycznej objawy anoreksji już w 1684 r.

Anoreksja – jak rozpoznać wczesne objawy

Z uwagi na niezwykle groźne konsekwencje związane z anoreksją naprawdę warto znać jej wczesne objawy (sygnały ostrzegawcze), a także najważniejsze czynniki ryzyka (przyczyny, elementy sprzyjające zachorowaniu). Dzięki tej świadomości można zapobiec rozwojowi choroby u siebie i bliskich lub też zdusić ją w zarodku, gdy już się zacznie.

Wśród różnego rodzaju objawów, mogących wskazywać na rozwijającą się anoreksję czy też wysokie ryzyko zachorowania, znajdują się m.in.:

  • Lęk przed otyłością i „tuczącym pożywieniem”, przejawiający się m.in. nadmierną koncentracją na utrzymywaniu „właściwej” masy ciała i nadmiernym zainteresowaniem tematyką żywieniową;
  • Zaburzony obraz własnego ciała i związany z nim brak satysfakcji ze swojego wyglądu (przekonanie, że jest się zbyt grubym);
  • Wskaźnik masy ciała (BMI) poniżej 17,5 (świadczący o niedożywieniu) – przy spadku BMI poniżej 13 konieczna jest już hospitalizacja chorego;
  • Stosowanie restrykcyjnej diety, spożywanie posiłków w odosobnieniu, zmniejszanie porcji jedzenia, okłamywanie najbliższych co do ilości spożytego pokarmu (np. chora osoba spożywa tylko jeden jogurt lub jabłko dziennie);
  • Wyczerpujące ćwiczenia fizyczne;
  • Prowokowanie wymiotów;
  • Stosowanie środków przeczyszczających i moczopędnych;
  • Stosowanie środków tłumiących łaknienie;
  • Występowanie niepokojących objawów somatycznych (zaburzenia hormonalne i metaboliczne, np. zatrzymanie menstruacji).

Anoreksja a bulimia

Anoreksja może przybierać również postać bulimiczną, w której dochodzi do epizodów nadmiernego objadania się, a potem prób pozbycia się zjedzonego pokarmu lub zawartych w nim kalorii przez prowokowanie wymiotów, nadużywanie środków przeczyszczających lub intensywne ćwiczenia.

Warto pamiętać, że osoba, u której rozwija się anoreksja, będzie najczęściej zaprzeczać, że dzieje się z nią coś złego, i przekonywać, że jej działania to przejaw zdrowego trybu życia czy też dążenia do uzyskania optymalnego wyglądu.

Co zwiększa ryzyko zachorowania na anoreksję

Dr hab. Katarzyna Kucharska, psychiatra z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, podkreśla, że przyczyny anoreksji są bardzo złożone. Są wśród nich zarówno czynniki biologiczne (predyspozycje genetyczne), jak też pozabiologiczne (psychologiczne, socjologiczne i kulturowe).

– Istnieje kilka genów warunkujących cechy związane ze skłonnością do przybierania bądź tracenia na wadze. Geny te, w połączeniu z właściwymi dla zaburzeń odżywiania cechami osobowości, tworzą kombinację predysponującą daną osobę do wystąpienia choroby – tłumaczy dr Katarzyna Kucharska.

Tak więc, u osób z jadłowstrętem psychicznym, zaburzony obraz własnego ciała może występować zarówno przed chorobą, w trakcie choroby, jak i po chorobie, co ma związek z pewnymi trwałymi cechami ich osobowości i sposobem funkcjonowania ich mózgu. Takie predyspozycje, wzmacniane dodatkowo przez modę na bycie „fit” i/lub komunikaty otrzymywane w domu czy w grupie rówieśniczej, przyczyniają się do nasilonego występowania natrętnych myśli dotyczących jedzenia, wagi i kształtu ciała u osób z zaburzeniami odżywiania. Na tym jednak nie koniec.

„Istnieją dowody na genetyczne podłoże anoreksji, jednak jej pełnoobjawowy przebieg jest najczęściej konsekwencją działania niekorzystnych czynników emocjonalnych, głównie trudnej sytuacji rodzinnej” – podkreślają profesorowie Piotr Gałecki i Agata Szulc w napisanym dla lekarzy podręczniku z zakresu psychiatrii.

O jakie konkretne trudności rodzinne chodzi? Okazuje się, że na anoreksję bardziej narażone są m.in. osoby z rodzin nadopiekuńczych (uniemożliwiających rozwój autonomii i samodzielności dziecka), tzw. rodzin zasznurowanych (z dominującą, wymagającą podporządkowania matką), a także rodzin sztywnych (unikających wewnętrznych konfliktów i napięć).

Jeśli zaś chodzi o konkretne cechy osobowości, które zwiększają ryzyko zachorowania na anoreksję, to eksperci wskazują przede wszystkim na tzw. typ anankastyczny (chodzi o osoby bardzo skupione, sumienne i dokładne, starające się mieć wszystko pod kontrolą, lubiące porządek, cechujące się perfekcjonizmem).

Dr hab. Katarzyna Kucharska wskazuje ponadto, że u osób cierpiących na anoreksję często stwierdza się występowanie (zarówno przed, w trakcie, jak i po chorobie) różnego rodzaju deficytów w funkcjonowaniu psychospołecznym, takich jak np.: sztywność myślenia, upośledzone procesy percepcji i ekspresji emocji czy też zaburzenia w zakresie empatii.

W świetle powyższych faktów nie powinno nikogo dziwić to, że zaburzenia odżywiania, w tym anoreksja, należą do zaburzeń psychicznych najtrudniejszych do leczenia. I na pewno nie chodzi tu o nastoletni kaprys czy bunt.

– Chorzy na jadłowstręt psychiczny przejawiają silny opór wobec leczenia, a powikłania zdrowotne często zmuszają do wycofania się z procedur leczenia zgodnych z protokołem badawczym – przyznaje dr hab. Katarzyna Kucharska.

Anoreksja – jak leczyć, gdzie szukać pomocy

Podstawową metodą leczenia anoreksji jest psychoterapia, przede wszystkim terapia rodzinna (systemowa, co oznacza, że do terapii zakwalifikowana jest nie tylko osoba, która choruje na anoreksję, ale i jej najbliżsi), a także terapia poznawczo-behawioralna. W tym długotrwałym procesie bardzo pomocne są też formalne i nieformalne grupy wsparcia.

W cięższych przypadkach (gdy doszło już do dużego wyniszczenia organizmu), wskazana lub też konieczna może być hospitalizacja i wielokierunkowe leczenie internistyczne.

Generalnie, podobnie jak w przypadku otyłości, w skutecznym leczeniu anoreksji i innych zaburzeń odżywiania, najlepiej sprawdza się kompleksowe podejście i wielodyscyplinarny zespół terapeutyczny, w skład którego powinni wchodzić oprócz lekarzy (psychiatry, internisty, pediatry), także: psycholog (psychoterapeuta), dietetyk oraz fizjoterapeuta.

Najlepiej jednak dmuchać na zimne i starać się do rozwoju choroby w ogóle nie dopuścić. Aby sprawdzić swoje BMI, a także dowiedzieć się, czy i w jakim stopniu jest się zagrożonym anoreksją można wykonać bezpłatne testy, opracowane przez specjalistów z Instytutu Psychiatrii i Neurologii, które są dostępne na stronie internetowej poświęconej profilaktyce zaburzeń odżywiania w sekcji „Sprawdź się”: https://aboco.pl/sprawdz-sie

Na wspomnianej stronie internetowej, w sekcji „Poszukaj pomocy”: https://aboco.pl/poszukaj-pomocy można też znaleźć wiele praktycznych informacji na temat leczenia anoreksji i innych zaburzeń odżywiania. Eksperci zamieścili tam m.in. odpowiedzi na najczęściej  zadawane w tych sprawach pytania (np. co zrobić, gdy bliska mi osoba ma niepokojące objawy, ale twierdzi, że nic złego się z nią nie dzieje albo jak wygląda konsultacja u lekarza psychiatry).

Nie stygmatyzujmy chorych i ich bliskich

Na koniec, w kontekście anoreksji, trzeba jeszcze wspomnieć o jednej ważnej rzeczy. Chodzi o problem stygmatyzacji, dotyczącej zarówno osób chorych, jak i ich rodzin. W sytuacji wystąpienia u kogoś tego rodzaju choroby bardzo często niestety, osoby z najbliższego lub dalszego otoczenia ulegają pokusie napiętnowania chorego czy też jego rodziny, np. poprzez obarczanie ich winą za zaistniałą sytuację, niesprawiedliwe ocenianie i krytykowanie, najczęściej za pomocą krzywdzących stereotypów.

Dlatego psychiatrzy i psycholodzy apelują do wszystkich o dużą wstrzemięźliwość i delikatność w podejściu do chorych i ich rodzin, tak by niepotrzebnie nie pogarszać ich sytuacji i zarazem ułatwić im radzenie sobie z tym złożonym problemem.

„Ani osoba z zaburzeniami jedzenia, ani jej rodzina nie są odpowiedzialni za rozwój zaburzenia. Mogą natomiast skutecznie wspierać się w szukaniu pomocy, tym samym przyspieszając proces postawienia odpowiedniej diagnozy i rozpoczęcia właściwego leczenia, co jest warunkiem powrotu do zdrowia” – czytamy na stronie internetowej stworzonej przez specjalistów z Instytutu Psychiatrii i Neurologii.

Wiktor Szczepaniak, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Polacy skazani na kolejki. Ile trzeba czekać na wizytę u lekarza?

Aby dostać się do specjalisty Polacy muszą poczekać w kolejce średnio ok. 4 miesięcy, a na pojedyncze świadczenie gwarantowane 3,8 miesiąca. To 2 tygodnie, czyli ok. pół miesiąca więcej, niż w ubiegłym roku. Najgorzej wygląda sytuacja w przypadku dostępu do endokrynologa, gdzie czas oczekiwania to nawet 24 miesiące – wynika z przygotowanego przez Fundację Watch Health Care oraz firmę MAHTA. W Polsce próżno szukać choć jednej dziedziny medycyny, w której pacjenci nie natrafialiby na kolejki.

Jak wskazują wyniki analizy, poza endokrynologią, najdłużej – bo prawie 12 miesięcy trzeba poczekać w kolejce do kardiologa dziecięcego, a nieco mniej, bo 10 – do ortodonty. Najkrócej, bo tylko miesiąc „poczekamy natomiast na wizytę u pediatry, geriatry czy też neonatologa.

Aż w 18 przypadkach poczekamy dłużej

Jak wskazują autorzy Barometru, spośród 39 dziedzin medycyny w 10 odnotowano poprawę w dostępności, w przypadku 18 dostępność uległa pogorszeniu, natomiast w przypadku 11 specjalistów czas oczekiwania nie uległ istotnej zmianie. W porównaniu z sytuacją przedstawioną w Barometrze opublikowanym w ubiegłym roku (kwiecień/maj 2018 r), największa poprawa nastąpiła w dostępie do kardiologa (o 3,6 mies.) oraz hepatologa (o 3,6 mies.). Największe pogorszenie dostępności dotyczy wydłużenia kolejki do chirurga naczyniowego (o 6 mies.), wizyty u ortopedy (o 5 mies.) oraz wizyty u kardiologa dziecięcego (o 4,5 mies.).

Czas oczekiwania na świadczenia również do góry

Niepokojąco wygląda również średni czas oczekiwania na pojedyncze gwarantowane świadczenia zdrowotne. Zgodnie z wynikami Barometru w grudniu 2018/styczniu 2019 roku wyniósł on 3,8 miesiąca (około 16 tygodni). Oznacza to, że od ostatniego badania (kwiecień/maj 2018) czas oczekiwania ponownie wzrósł.

Podobnie jak w przypadku oczekiwania na wizytę, najdłużej pacjenci muszą czekać na świadczenia w dziedzinie endokrynologii – około 11,6 miesięcy. Czas oczekiwania na świadczenia w zakresie ortopedii i traumatologii narządów ruchu wynosi natomiast 10,9 miesiąca.

Najkrócej pacjenci czekają na realizację świadczeń z zakresu radioterapii onkologicznej, bo ok. 0,4 miesiąca. Kolejno skrócenie czasu nastąpiło w zakresie kardiologii, gdzie średni czas oczekiwania wynosi ok. 1,5 miesiąca.

Do trzech miesięcy na diagnozę

Wyniki w raporcie Fundacji WHC wskazują, że średnio na badanie diagnostyczne oczekuje się 2,7 mies. (ok. 12 tyg.). Zaobserwowano nieznaczny spadek czasu oczekiwania na świadczenia diagnostyczne w stosunku do danych zebranych w kwietniu i maju 2018 roku, opublikowanych w czerwcowym Barometrze. Wśród wszystkich świadczeń diagnostycznych najdłuższą kolejkę, podobnie jak w poprzedniej edycji, odnotowano w odniesieniu do wykonania artroskopii stawu biodrowego (25,5 mies.). Długo należy także oczekiwać na sigmoidoskopię (badanie endoskopowe jelita grubego) – średnio 10,3 mies. oraz badanie bezdechu śródsennego – 6,4 mies.

Długi czas oczekiwania na badania diagnostyczne wydłuża proces dalszego leczenia i jest szczególnie niepokojący, gdyż pacjenci mają utrudniony dostęp do uzyskania informacji o przyczynach złego stanu zdrowia.

Źródło: .http://www.korektorzdrowia.pl/barometr/

Fot. www.pixabay.com

Nadwrażliwe jelita: to nie psychika jest tu winna

Pacjenci z zespołem nadwrażliwego jelita to nie histerycy, lecz nadwrażliwcy, którym trzeba pomóc – przekonuje gastroenterolog prof. Grażyna Rydzewska. Nauka wie coraz więcej na temat chorób czynnościowych jelit i obala wcześniejsze hipotezy. Sprawdź, co nowego ustalono.

Dotychczas przyczyn objawów zespołu nadwrażliwego jelita doszukiwano się w psychice chorego. Dziś już wiemy, że winne są zaburzenia mikrobioty jelitowej. W dodatku zespół jelita nadwrażliwego (IBS) to nie jedna choroba, lecz zespół wielu objawów o różnych przyczynach.

Główne kryteria jego rozpoznania to przewlekłe zaburzenia rytmu wypróżnień i przewlekłe bóle brzucha, ale i inne przyczyny dolegliwości ze strony układu pokarmowego, takie jak nietolerancja laktozy, celiakia

, uczulenie na nikiel czy SIBO, które mogą współistnieć z IBS.

– Według nowej definicji chorób czynnościowych wiemy o tej chorobie coraz więcej. I nie jest tak, jak kiedyś myśleliśmy, że to forma zaburzeń natury psychicznej. Psychika odgrywa w tej chorobie duże znaczenie, ale za dolegliwości odpowiadają przede wszystkim zaburzenia motoryki jelit, nadwrażliwość trzewna – tłumaczy prof. Grażyna Rydzewska, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Gastroenterologii z Pododdziałem Leczenia Nieswoistych Chorób Zapalnych Jelit Szpitala MSWiA w Warszawie, prezes Polskiego Towarzystwa Gastroenterologicznego.

U podłoża problemu leży zaburzenie regulacji osi mózg-jelito. Zgodnie z najnowszą wiedzą to wydaje się być główną przyczyną objawów, które nazywamy czynnościowymi. Kryteria Rzymskie IV, opublikowane w maju 2016 roku, definiują problem ściśle.

– Nie ma pojęcia dyskomfortu, jest mowa o bólu. Doprecyzowano także częstotliwość pojawiania się dolegliwości bólowych – muszą występować minimum raz w tygodniu. Raz w miesiącu każdemu coś może się przytrafić. A zatem pacjent, który odczuwa ból co najmniej raz w tygodniu, któremu towarzyszą wzdęcia, zaburzenia rytmu wypróżnień – spełnia kryteria tej choroby – mówi gastroenterolog.

Ból brzucha: kiedy wskazuje na chorobę jelit?

Kryteria Rzymskie IV stanowią najnowszą aktualizację kryteriów diagnostycznych zaburzeń czynnościowych układu pokarmowego. Są bardziej restrykcyjne, czego efektem jest rzadsze rozpoznawanie zespołu jelita nadwrażliwego.

– Czy to znaczy, że ludzi rzadziej boli brzuch? Nie. Jednak ból brzucha raz czy dwa razy w miesiącu traktujmy to jako względną normę. Na zespół jelita nadwrażliwego należy spojrzeć jak na puszkę Pandory, bo zdiagnozowanie tej choroby oznacza wiele różnych problemów – podkreśla specjalistka.

Objawy podobne jak w zespole jelita nadwrażliwego mogą występować w celiakii, SIBO (czyli zespole rozrostu flory bakteryjnej), nietolerancji laktozy, czy produktów bogatych w FODMAP (nazwa pochodzi z zestawienia pierwszych liter wyrazów: Fermentable Oligosacharides, Disacharides, Monosacharides and Polyols), nieceliakalnej nadwrażliwości na gluten oraz alergii na nikiel.

– To bardzo ważne, że zaczęliśmy w końcu identyfikować te wszystkie choroby, bo wcześniej się o nich nie mówiło – uważa prof. Rydzewska. Pojawiło się też nienazwane dotychczas zjawisko „SIBO”, czyli rozrost flory bakteryjnej jelita grubego na jelito cienkie, które powoduje dolegliwości bólowe, przewlekłe biegunki, wzdęcia, odbijanie się – czyli objawy, które nakładają się na te występujące też w IBS. To nie to samo, ale 23-45 proc. pacjentów z zespołem jelita nadwrażliwego ma też SIBO.

Depresja, trądzik – wiele chorób i objawów towarzyszących chorobom jelit

Choroba jelit to jednak nie tylko dolegliwości ze strony układu pokarmowego, ale także – o czym niewiele się mówi – trądzik, depresja, nudności, utrata masy ciała, niedożywienie, niedobory witaminowe, zespół przewlekłego zmęczenia, bóle stawów.

– Zaburzenia osi jelito-mózg to nie tylko wzdęcia i bolący brzuch – to jest tzw. osobowość nadwrażliwa, a więc też zaburzenia miesiączkowania, częstomocz, to pacjentki, które wykonują dziesiątki posiewów i choć wszystkie wychodzą prawidłowo, one wciąż skarżą się na pieczenie i częste wizyty w toalecie. Przy chorobie trzewnej częściej zdarza się choroba lokomocyjna, fibromialgia, bóle krzyża, migrena. Pacjentka z zespołem jelita nadwrażliwego to jest nasza księżniczka na ziarnku grochu. Ona nie kłamie, ona czuje to ziarnko grochu! Jeżeli zrobimy test balonem, który polega na wprowadzeniu do jelita balonu, który rozszerzamy powietrzem – zdrowa osoba nie będzie czuła bólu, a przy tej samej objętości osoba z zespołem jelita nadwrażliwego cierpi. I to nie jest histeryczka, to jest osoba nadwrażliwa – tłumaczy specjalistka.

Zaburzenia mikrobiomu

To, co dotąd przypisywaliśmy nadwrażliwości, to efekt zaburzeń mikrobiomiu. Zmiany, jakie w nim zachodzą, leżą u podstaw zaburzenia osi mózg – jelito.

– A na te zaburzenia wpływamy wszystkim: dietą, lekami, używkami – tym wszystkim, co wprowadzamy do organizmu z zewnątrz. Pamiętajmy, że mamy w sobie 2 kg bakterii jelitowych – to więcej niż neuronów mózgowych. Nie powinniśmy ich lekceważyć – zwraca uwagę lekarka.

Jednak mikrobiom to też kwestie osobnicze – właśnie dlatego niektórzy mogą np. zjeść więcej niż inni i nie tyją. Inni – będą mieć biegunkę po zjedzeniu jogurtu, skądinąd polecanego w codziennej diecie dla osób zdrowych.

Co jeść w razie choroby jelit

Według nowych wytycznych w leczeniu należy uwzględnić odpowiednią dietę, zwiększoną podaż błonnika (często w postaci błonnika rozpuszczalnego) oraz farmakoterapię – w tym m.in. leki rozkurczowe i specyficzny antybiotyk, który reguluje nasz mikrobiom, ale nie wchłania się z jelita, a więc nie działa na bakterie korzystne dla człowieka (ze względu na to nazywany jest eubiotykiem).

Osoba z chorymi jelitami nie powinna kierować się reklamą probiotyków i prebiotyków, a kupować te wskazane przez lekarza!

Swoje miejsce w leczeniu dolegliwości trzewnych zajmują  także probiotyki i prebiotki, ale uwaga – nie wszystko jedno jakie!

– Wiemy już, że działanie probiotyków zależy od tego, jaki szczep bakterii zawierają. Nie idziemy więc do apteki po „jakiś probiotyk”, tak jak nie mówimy: „Poproszę jakiś antybiotyk”. W przypadku osoby z chorobą czynnościową jelit potrzebny nam na przykład probiotyk zawierający np. Lactobacillus plantarum 299v działający na wzdęcia – zwraca uwagę prof. Rydzewska.

Przyjmowanie kupionego w ciemno probiotyku czy prebiotyku to nie tylko wyrzucenie pieniędzy, ale i narażenie się na dolegliwości.

Lekarze mogą zalecać także łagodne preparaty o udokumentowanym działaniu, takie jak olejek z mięty pieprzowej, osmotyczne leki czyszczące (nie przeczyszczające!), kwas masłowy. Podstawową zasadą jest konsultowanie przyjmowania tego rodzaju substancji z lekarzem.

Ostrożnie z modnymi dietami

Diety eliminacyjne, tak lubiane przez pacjentów, mają małe znaczenie i bardzo często specjaliści je odradzają.

– Tak modna ostatnio dieta bezglutenowa nie jest dobra dla wszystkich, a stosowana na dłuższą metę przez osoby, które nie mają celiakii, jest wręcz szkodliwa – ostrzega gastroenterolog.

Podkreśla, że jedyną dietą jaka jest zalecana przez specjalistów w leczeniu chorób jelit jest dieta low-FODMAP, opracowana przez zespół badawczy z Monash University – prof. Petera Gibsona, dyrektor Gastroenterologii The Alfred Hospital i Uniwersytetu Monash oraz dr Jane Muir.

Zakłada ona bardzo niskie spożycie produktów zawierających fruktozę, laktozę, fruktany, alkohole polihydroksylowe oraz sztuczne substancje słodzące, które nie tylko ulegają łatwej fermentacji, ale także przez właściwości osmotyczne zwiększają ilość znajdującej się w świetle jelita wody. Substancje te fermentują pod wpływem bytujących tam bakterii, co w efekcie powoduje wzmożoną produkcję dwutlenku węgla oraz metanu, a to z kolei prowadzi do wzdęć, bólów brzucha i biegunek.

Ze względu na to, że jest dieta bardzo eliminacyjna, nie należy jej stosować stale, a już na pewno powinno się ją stosować wyłącznie w konsultacji z lekarzem.

Wyeliminuj raka jelita grubego

Nie możemy zapominać, że objawy trzewne daje także inna, bardzo groźna choroba – rak jelita grubego lub innego odcinka przewodu pokarmowego.

– Są pewne objawy alarmowe, które powinny zwrócić nasza uwagę: utrata masy ciała, nasilenie objawów nocą, krew w stolcu, obciążony wywiad rodzinny, odchylenia w badaniu przedmiotowym. Taki pacjent wymaga dokładniejszej diagnozy, w pierwszej  kolejności wykluczenia choroby nowotworowej. Dopiero w następnej kolejności powinniśmy szukać przyczyn w chorobie czynnościowej – podkreśla prof. Rydzewska.

Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Popularne leki na przeziębienie u dzieci wstrzymane w obrocie!

Główny Inspektor Farmaceutyczny wstrzymał obrót 6 lekami na przeziębienie, bardzo popularnymi min. w leczeniu dzieci. Wstrzymanie to efekt analizy danych z badań nieklinicznych dotyczących Fenspirydu, substancji czynnej, którą zawierają leki. Ma on działanie przeciwzapalne i działa rozkurczająco na oskrzela.

GIF wstrzymał obrót wszystkich serii spośród 6 następujących leków na infekcje górnych dróg oddechowych:

  • Eurespal 80 mg, podmiot odpowiedzialny: Les Laboratoires Servier; importer równoległy: Delfarma Sp. z o.o.
  • Elofen 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny:Polfarmex S.A.
  • Eurefin 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: HASCO-LEK S.A.
  • Fenspogal 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Farmaceutyczna Spółdzielnia Pracy Galena
  • Fosidal o smaku malinowym 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Medana Pharma S.A.
  • Fosidal o smaku pomarańczowym 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Medana Pharma S.A.
  • Pulneo 25 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Aflofarm Farmacja Polska Sp.z.o.o.
  • Pulneo 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Aflofarm Farmacja Polska Sp.z.o.o.
  • Pulneo o smaku coli 2 mg/ml, podmiot odpowiedzialny: Aflofarm Farmacja Polska Sp.z.o.o.

Osoby posiadające w domu wycofane preparaty, nie powinny ich stosować. 

Źródło: www.gif.gov.pl

Fot. www.pixabay.com

 

 

 

 

W lutym wciąż warto zaszczepić się przeciwko grypie?

To FAKT! Choć trzeba wiedzieć, że to już ostatni dzwonek – szczepionka zaczyna bowiem działać po 7- 10 dniach, a szczyt sezonu epidemicznego w Polsce przypada na okres od stycznia do marca. Warto jednak zabezpieczyć się na te ostatnie dni, bo zdaniem specjalistów w tym roku grypa nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania.

Jak wynika ze statystyk podawanych przez Narodowy Instytut Zdrowia Publiczego – Państwowy Zakład Higieny, liczba zachorowań na grypę wciąż utrzymuje się na stałym, wysokim poziomie i niewykluczone, że czeka nas jeszcze wzrost liczby zachorowań na grypę – informuje Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektora Sanitarnego.

Tylko w okresie od 23 do 31 stycznia 2019 r. zarejestrowano w Polsce ogółem 227 951 zachorowań i podejrzeń zachorowań na grypę. Średnia dzienna zapadalność wynosiła 65,9 na 100 tys. ludności. Odnotowano 7 zgonów z powodu grypy.

Pacjenci zgłaszający się do szpitali i przychodni najczęściej mają zapalenie oskrzeli, infekcje dróg oddechowych, narzekają na bóle mięśni i wysoką gorączkę, sięgającą nawet 40 stopni Celsjusza. Do lekarzy trafia wielu pacjentów w wieku 20-50 lat, dotąd nie chorujących, którzy mają ciężki przebieg grypopodobnych infekcji wirusowych. Pomimo leczenia u niektórych zdarzają się ciężkie powikłania pogrypowe, takie jak zapalenie oskrzeli, zapalenie płuc, astma, długotrwały kaszel.

Fakty o szczepionkach i grypie

  • Każda szczepionka przeciw grypie może być stosowana tylko w jednym (bieżącym) sezonie.
  • Ze względu na bardzo dużą zmienność antygenową wirusa grypy skład szczepionek na każdy sezon epidemiczny jest aktualizowany i zatwierdzany przez odpowiedni organ kompetentny (URPL/EMA).
  • Od wielu lat obraz kliniczny grypy może być potwierdzony za pomocą różnych technik biologii molekularnej w specjalistycznych laboratoriach na terenie całego kraju. Potwierdzenie infekcji jest bardzo istotne dla zahamowania procesu chorobowego poprzez zastosowanie jedynych leków antygrypowych tzw. inhibitorów neuraminidazy, którymi dysponuje medycyna.
  • Grypa ma bardzo groźne powikłania, może między innymi doprowadzić do takiego zniszczenia mięśnia sercowego, że jedynym ratunkiem jest przeszczepienie tego organu.

Jak podkreślają specjaliści najlepszą metodą, aby uchronić się przed zachorowaniem są coroczne szczepienia przeciwko grypie. WHO rekomenduje je wszystkim chętnym, a szczególnie tym ze wskazaniami klinicznymi i epidemiologicznymi (m.in. kobiety w ciąży, osoby z chorobami przewlekłymi, osoby w podeszłym wieku, małe dzieci). Jednak najbardziej istotnym powodem, dla którego warto stosować szczepienie, jest przede wszystkim uniknięcie ciężkich powikłań pogrypowych, groźnych szczególnie dla osób z grup ryzyka. Taka profilaktyka zmniejsza ryzyko hospitalizacji oraz zgonu, zwłaszcza u  seniorów i chorych przewlekle.

– Niezależnie od tego czy jesteśmy zaszczepieni, czy też nie, w okresie jesienno-zimowym, kiedy ryzyko zachorowania na grypę jest wzmożone, należy bezwzględnie przestrzegać pewnych zasad – zaleca Jan Bondar z GIS.

Podstawowe sposoby na uniknięcie grypy i zakażeń grypopochodnych:

  • unikaj dużych skupisk ludzkich;
  • unikaj bliskiego kontaktu z ludźmi, którzy mają objawy grypopochodne;
  • pamiętaj o higienie – myj często ręce mydłem i bieżącą ciepłą wodą ( przez około 20 – 30 sekund);
  • wietrz pomieszczenia, w których przebywasz, nawet  3-4 razy dziennie przez około 10 minut!
  • jeśli masz objawy grypopochodne takie jak: gorączka, ból gardła, kaszel, ból mięsni, dreszcze – skontaktuj się z lekarzem;
  • jeśli jesteś chory – zostań w domu – to najlepszy sposób na uniknięcie powikłań i nieszerzenie zakażenia;
  • zachowaj higienę kaszlu, żeby nie zarażać innych – zasłoń swoje usta i nos chusteczką higieniczną, kiedy kaszlesz lub kichasz; nie masz chusteczki – kaszl w zagięcie łokcia;
  • wyrzucaj chusteczki higieniczne natychmiast po użyciu do kosza
  • aby zapobiec rozprzestrzenianiu się drobnoustrojów, unikaj dotykania rękami oczu, nosa i ust;
  • dbaj o siebie, ubieraj się odpowiednio, dużo śpij, unikaj stresu, pij dużo płynów, zdrowo się odżywiaj i bądź aktywny fizycznie;
  • nawet jeśli masz lekkie objawy infekcji, unikaj odwiedzin w szpitalach, a jeśli już z jakichś powodów musisz to zrobić – użyj maseczki;
  • jeśli w domu jest osoba chora – izoluj ją;
  • szczep się co roku przeciwko grypie.

Ponieważ w grupie podwyższonego ryzyka są dzieci, warto uczyć je częstego mycia rąk i przypominać, że nie pije się z tej samej butelki czy szklanki z innymi.

Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Fot. www.pixabay.com

Polacy wciąż mało wiedzą o zdrowiu

Nie dajmy się zwieść pozorom. Choć średnia długość życia rośnie, a w dużych miastach od lat szerzy się moda na bycie fit, to jednak z badań wynika, że wiedza Polaków na temat zdrowia oraz największych zagrożeń zdrowotnych jest dramatycznie niska.

Doświadczenia przeszłych pokoleń, a także zwykła logika podpowiadają, że lepiej jest zapobiegać chorobom niż je leczyć. Dzięki profilaktyce można przecież uniknąć związanego z chorobami cierpienia, niepełnosprawności, a także przedwczesnej śmierci.

Co jest kluczem do skutecznej profilaktyki zdrowotnej? Lekarze podkreślają, że jest nim przede wszystkim wysoka świadomość społeczna dotycząca zdrowia oraz tzw. czynników ryzyka chorób (czynników sprzyjających zachorowaniu). Niestety, okazuje się, że w Polsce świadomość społeczna w tym obszarze pozostaje wciąż – delikatnie mówiąc – niewystarczająca.

Czego dotyczą luki w wiedzy Polaków o zdrowiu

„Aż jedna trzecia mężczyzn z wyższym wykształceniem i niewiele mniejszy odsetek kobiet nie zetknęła się z pojęciem czynnik ryzyka” – czytamy w raporcie z najnowszych, reprezentatywnych badań świadomości i postaw zdrowotnych dorosłych Polaków, opublikowanym przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny (NIZP-PZH).

W przypadku mniej wykształconych Polaków sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej. Odsetek dorosłych mężczyzn z wykształceniem średnim, zasadniczym zawodowym lub jeszcze niższym, którzy nie zetknęli się z pojęciem „czynnik ryzyka” albo „czynnik sprzyjający zachorowaniu” (na przykład na zawał serca, chorobę wieńcową, udar mózgu lub nowotwór) wynosi blisko 50 proc. Kobiety z analogicznym poziomem wykształcenia wypadają pod tym względem tylko nieznacznie lepiej.

Na tym jednak nie koniec złych wieści. Badanie wykazało, że nawet osoby, które znały samo pojęcie „czynnik ryzyka”, w praktyce często nie potrafiły podać żadnych konkretnych przykładów albo miały z tym duży problem. Tu również ujawniły się spore nierówności w poziomie wiedzy pomiędzy różnymi grupami społecznymi. Tak było m.in. z pytaniem o czynniki, które zwiększają ryzyko zachorowania na zawał serca lub udar mózgu.

„Największa różnica w przypadku mężczyzn dotyczyła małej aktywności fizycznej, która została wymieniona jako czynnik ryzyka (w grupie osób ze znajomością pojęcia) przez 48,2 proc. mężczyzn z wykształceniem wyższym i zaledwie 11 proc. osób z wykształceniem co najwyżej gimnazjalnym. Analogiczne odsetki w przypadku wysokiego poziomu cholesterolu wyniosły odpowiednio – 46,2 proc. i 25 proc., nieprawidłowej diety – 31,7 proc. i 14,4 proc., a przewlekłego stresu – 47,6 proc. i 26,3 proc.” – czytamy w raporcie.

Wśród kobiet różnice te były na ogół mniejsze. „Ale zwracały uwagę w przypadku wiedzy o zagrożeniu wynikającym z małej aktywności fizycznej oraz nadwagi lub otyłości, które były wymieniane odpowiednio przez 40,3 proc. oraz 65,4 proc. kobiet z wykształceniem wyższym oraz 25,4 proc. i 48,8 proc. kobiet z wykształceniem gimnazjalnym lub niższym” – podają autorzy badania.

Infografika PAP/Serwis Zdrowie

Ważną klamrą spinającą i podsumowującą tę część badania są ogólne opinie dorosłych Polaków na temat tego, co ich zdaniem, w największym stopniu wpływa na stan zdrowia człowieka: własne zachowania, jakość opieki zdrowotnej, zanieczyszczenie środowiska czy inne czynniki będące poza wpływem danej osoby.

Okazuje się, że opinia na ten temat również w największym stopniu zależy od poziomu wykształcenia, a w mniejszym stopniu od płci. Podczas gdy około 60 proc. Polaków z wyższym wykształceniem – zgodnie z aktualną wiedzą medyczną – wskazało własne zachowanie jako najważniejszy czynnik wpływający na ich stan zdrowia, to jednak wśród osób z najniższym wykształceniem odsetek ten wyniósł już tylko 40 proc. Jak widać, osoby słabiej wykształcone „winą” za stan swojego zdrowia skłonne są w dużo większym stopniu, niż osoby wykształcone, obarczać czynniki zewnętrzne, pozostające poza ich kontrolą. Oczywiście nie jest to korzystne z perspektywy profilaktyki zdrowotnej, bo takie osoby są zdecydowanie mniej aktywne w świadomym budowaniu swojego zdrowia i zapobieganiu chorobom.

– Nasze badania wykazały, że świadomość dotycząca zdrowia i różnych problemów zdrowotnych nie jest zadowalająca w polskim społeczeństwie. Istnieje ogromna potrzeba edukowania Polaków w kwestii tego, jak należy dbać o własne zdrowie, co jest dla zdrowia dobre, a co szkodliwe. Badania potwierdziły też duże nierówności społeczne istniejące w tym obszarze. Zatem, planując skuteczne działania edukacyjne i profilaktyczne trzeba zawsze starać się dostosowywać je do potrzeb i możliwości konkretnej grupy odbiorców, dbając zwłaszcza o to, żeby były zrozumiałe i atrakcyjne dla osób gorzej wykształconych – mówi prof. Bogdan Wojtyniak, główny autor omawianych badań oraz powiązanego z nim raportu NIZP-PZH pt. „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania”.

Ekspert podkreśla, że jeśli ktoś nie spotkał się z pojęciem czynnik ryzyka (np. czynnik sprzyjający zachorowaniu na choroby serca czy na nowotwór), to nie może też świadomie i skutecznie zadbać o zdrowy styl życia, ponieważ nie jest świadomy podstawowych faktów i zależności dotyczących profilaktyki – zwłaszcza tego, że pewne konkretne zachowania czy nawyki poważnie zagrażają jego zdrowiu i życiu.

Polacy są krnąbrnymi pacjentami

Badanie przeprowadzone przez NIZP-PZH pokazało też inną niezbyt korzystną prawdę o Polakach, w kontekście postaw zdrowotnych. Chodzi o stosowanie się do zaleceń lekarza przez osoby zmagające się z różnym przewlekłymi chorobami, np.: cukrzycą, nadciśnieniem tętniczym czy zbyt wysokim cholesterolem.

Z tej części badania wynika, że spory odsetek Polaków stosuje się do zaleceń lekarza tylko częściowo (czyli niezbyt systematycznie) lub też nie stosuje się w ogóle! Najgorzej pod tym względem prezentują się słabo wykształceni mężczyźni cierpiący na cukrzycę. Aż 43 proc. zmagających się z tą chorobą mężczyzn z wykształceniem zasadniczym zawodowym i 61 proc. z wykształceniem gimnazjalnym lub niższym przyznało, że nie stosuje się do zaleceń lekarza.

W przypadku kobiet, najgorzej sytuacja przedstawia się w leczeniu zbyt wysokiego cholesterolu – dość powiedzieć, że zalecenia lekarzy w tej kwestii ignoruje aż 35 proc. pań z wyższym wykształceniem.

W świetle przedstawionych wyżej faktów, które pokazują z jednej strony duże braki w wiedzy na temat zdrowia i jego uwarunkowań, a z drugiej również lekkomyślne, nieodpowiedzialne i niekonsekwentne zachowania zdrowotne Polaków, nie powinien nikogo dziwić fakt, że pod względem długości i jakości życia, a także wskaźników przedwczesnej umieralności, nasz kraj wciąż wypada znacznie gorzej od średniej dla UE.

Mimo to, generalnie w kwestii zdrowia Polacy pozostają optymistami. W omawianym badaniu pytano respondentów również o ich samoocenę ogólnego stanu zdrowia i okazało się, że aż 75 proc. dorosłych mężczyzn i 69 proc. kobiet w naszym kraju ocenia go jako dobry lub bardzo dobry. Autorzy badania podkreślają, że samoocena stanu zdrowia była z reguły tym lepsza im lepszy był status społeczno-ekonomiczny ankietowanych osób.

Wiktor Szczepaniak (zdrowie.pap.pl)

Fot. www.pixabay.com

Dieta i aktywność fizyczna w aktywnej fazie leczenia raka

Czasy, gdy pacjentom w trakcie leczenia onkologicznego zalecano leżenie w łóżku dawno minęły – mówią zgodnie lekarze …

COVID-19 obecnie: czy będą nowe szczepionki?

Firmy pracują nad preparatami przeciwko nowym wariantom koronawirusa. Według FDA mają one uwzględniać nowe typu szczepu …

Apetyt na kawę służy zdrowej starości

Co piąty mieszkaniec Unii Europejskiej ma 65 lat i więcej. Oznacza to, że niemal 100 milinów ludzi na naszym kontynencie …